Drugi Obieg » Reforma od siedmiu boleści

Reforma od siedmiu boleści

On 18 kwietnia 2012 by Piotr Kaszczyszyn

W ostatnim czasie jesteśmy świadkami jakże osobliwego i fascynującego zjawiska, mianowicie reformy polskiemu systemu edukacji, na którą to reformę składa się zmiana podstawy programowej oraz pomysł obniżenia wieku szkolnego do szóstego roku życia. Niestety problemy z tą reformą pojawiają się już na poziomie semantycznym, gdyż słowo reforma implikuje sytuację, w której ze stanu obecnego przechodzimy do stanu nowego, charakteryzującego się wyższą jakością reformowanego podmiotu. Czy aby jednak jest tak rzeczywiście w przypadku działań Ministerstwa Edukacji Narodowej?

fot. PAP

fot. PAP

Inżynieria edukacyjna

Pomysł obniżenia obowiązkowego wieku szkolnego i wysłania do szkół podstawowych 6-latków forsowany był już przez poprzednią panią minister Katarzynę Hall i zakładał, że nastąpi to w roku 2012. Obecnie miłościwie nam urzędująca minister Szumilas przesunęła ten termin dwa lata do przodu. Idea ta uzasadniania jest, jakżeby inaczej, dobrem naszych pociech. Urzędnicy ministerstwa, niczym platońscy filozofowie z „Państwa” (szkoda tylko, że pozbawieni zdolności intelektualnych samego Platona) stwierdzili apriorycznie, iż dzieci w naszej ojczyźnie nudzą się w przedszkolach i zerówkach, marnując swój potencjał i nie odpowiadając na cywilizacyjną konieczność, dlatego ich obowiązkiem jest jak najszybsze umieszczenie leniwych 6-latków w podstawówkach. Dla przedstawicieli administracji nie ma najwyraźniej różnicy między stopniem dojrzałości i zdolnościami 6- i 7-latków, skoro wydaje im się, że młodszym dzieciakom można narzucić tryb nauczania ‚ławkowego’. Jednocześnie podstawa programowa przygotowana przez ministerialnych demiurgów z jednej strony stawia wymagania w zakresie rozwoju fizycznego niższe niż podstawa programowa dla 6-latków w przedszkolach z anno domini 1982, a z drugiej tworzy takie kwiatki, jak zapis, iż nowy absolwent 1. klasy będzie obeznany z zasadami kaligrafii. Reformatorzy nie dostrzegają najwyraźniej żadnej korelacji pomiędzy rozwojem fizycznym a intelektualnym, no, ale to już jest problemowej korelacji, nie reformatorów. Rok 2012 okazał się niemożliwy do wyegzekwowania tego światłego założenia, gdyż krnąbrne szkoły nie przystosowały się do przyjęcia nowych uczniów. Około 700 z nich, z pewnością z inspiracji szkodliwych przeciwników reformy (jak ruch „Ratujmy maluchy” czy Stowarzyszenie Rzecznik Praw Dziecka, które zebrały 330 tyś. podpisów pod obywatelskim projektem odrzucającym pomysł pani Hall), sabotuje reformę Najjaśniejszego Ministerstwa nie zapewniając nawet ciepłej wody w toaletach!  Z tym projektem wyśmienicie zgrywa się fakt zamykania kolejnych placówek szkolnych, stała niemożność zapewnienia wystarczającej liczby przedszkoli, czy sytuacja, w której w szkołach lekcje wychowania fizycznego odbywają się na korytarzach z braku odpowiednich sal. Oczywiście w argumentacji autorów reformy nie mogło zabraknąć odwołania do mitycznego Zachodu, gdzie większość 6-latków uczęszcza już do szkół. Dla tego nadszedł już najwyższy czas, aby skończyć z naszym godnym pożałowania wstecznictwem i podążyć ku nowoczesności (nasza historia zna już przykład takiego bezrefleksyjnego naśladownictwa, jakie nastąpiło w wieku XVIII i bynajmniej nie budzi ono pozytywnych reminiscencji?) Szkoda tylko, że program nauczania tych maluchów odpowiada poziomowi nauczania przedszkolnego w Polsce , a zachodnia infrastruktura i warunki nauki w szkołach, obawiam się, są ciut wyższe niż w naszym kraju. A może prawdziwy powód reformy kryje się w informacjach, którymi jesteśmy bombardowani już od kilku tygodni? Z jednej strony wydłużamy wiek emerytalny, a z drugiej wysyłamy dzieci do szkół rok wcześniej? Tym samym kolejne roczniki (okrojone do wymiaru homo oeconomicus) zostaną wyekspediowane do podstawówek, a w następstwie rok wcześniej rzucone na rynek pracy, niczym żołnierze na front, w celu ratowania nieudolnego państwowego molocha, jakim jest system ubezpieczeń społecznych. Oczywiście mogę się mylić, być może pan Tusk, w przerwach od haratania w gałę, zaczaruje polską demografię, przywracając odpowiednio wysoki wskaźnik dzietności, a ZUS znów stanie się instytucją rentowną. Jako że MEN, dzierżący pochodnię jedynej prawdy, w swojej nieomylności, odmawia wysłuchania głosu niezadowolonych rodziców, pozostaje nam pokładać nadzieję w niekompatybilności szkół do obecnego i potencjalnie kolejnych (odpukać!) projektów państwowych urzędników, którzy zgodnie z filozofią Państwa-Piastuna, wiedzą lepiej od protestujących rodziców, kiedy ich dzieci powinny rozpocząć nauczanie w szkolę podstawowej.

 

Fabryka rzemieślników

W ostatnich miesiącach MEN i szefująca mu minister Szumilas, obok prób odgórnej transformacji naturalnej ścieżki rozwojowej 6-latków, zgodnie z aksjomatem, jakoby dzisiaj rozwój dzieci następował szybciej, wyprodukowało również dokument pod nazwą „Podstawa programowa wychowania przedszkolnego oraz kształcenia ogólnego w szkołach podstawowych, gimnazjach i liceach”. Abstrahując już od dogłębnej analizy programów poszczególnych przedmiotów, można dojść do jednej zasadniczej konkluzji: dokument ten dokonuje całkowitej destrukcji edukacji ogólnokształcącego na poziomie licealnym, zastępując licea ogólnokształcące liceami profilowanymi. Uczniowie klas o profilach humanistycznych od drugiej klasy zamiast uczyć się biologii, chemii czy fizyki, otrzymają zbiorczy przedmiot o nazwie przyroda, natomiast uczniowie popularnych ‚matfizów’ będą mogli wybierać spośród kilku bloków tematycznych w ramach przedmiotu ?Historia i społeczeństwo?, który zastąpi dotychczasową edukację historyczną. Serdecznie polecam lekturę owych bloków, prawdziwa tragikomedia. Ponadto pani Szumilas i zespół ‚reformatorów’ doszedł do wniosku, iż należy ukrócić katowanie młodzieży obowiązkiem czytania lektur szkolnych, których kanon należy poddać redukcji. Wszystkie te zmiany znakomicie oddają słowa samej pani minister: „Kluczowe są umiejętności, a nie materiał faktograficzny” (Przekrój nr 9/2012). Zgodnie z tym paradygmatem, nauka historii kończyć się będzie dla profili ścisłych już w 1. klasie liceum i będzie ona kontynuacją nauki z gimnazjum( w końcu powtarzanie materiału od samego początku to tylko strata czasu, zbędna faktografia, która zabiera czas na kształcenie umiejętności!), a humaniści powrócą w drugiej klasie do czasów szkoły podstawowej, gdzie przedmiot przyroda pojawią się w klasie czwartej. Natomiast eliminacja części lektur to tylko odciążanie zmęczonej młodzieży, a zresztą, kto by je w dzisiejszej szkole czytał! Posunięcia te pociągają za sobą daleko idące konsekwencje, uderzające z niezwykłą mocą w przyszłe pokolenia. Nie są one niczym innym, jak dalszą dekonstrukcją polskiego systemu edukacji i wciąż postępującym spadkiem jego poziomu intelektualnego. Dotychczas zadaniem liceów ogólnokształcących było dostarczanie uczniom wiedzy z szerokiej palety przedmiotów: zarówno ścisłych jak i humanistycznych (wiek licealistów i wynikająca z niego lepsza „chłonność” informacji znakomicie się do tego nadawały). Wiedza ta miała stanowić fundament intelektualny absolwenta, na podstawie którego miał on dokonać ewentualnego wyboru kierunku studiów. Natomiast w myśl nowej podstawy programowej, dzisiejszy absolwent zostanie zastąpiony przez model „absolwenta wyspecjalizowanego”, ściśle sprofilowanego rzemieślnika o zawężonych, ale w myśl reformy, lepszych umiejętnościach i wyższym poziomie wiedzy z wybranych przedmiotów. Wybranych dodajmy, już przez 15- czy 16-latków (po reformie 14- bądź 15-latków!). Z tego miejsca gratuluję autorom „reformy” budzącego podziw antropologicznego huraoptymizmu, co do dojrzałości i zdolności wyboru dalszej ścieżki edukacji przez absolwentów gimnazjów. Decyzja ta, zaznaczmy to wyraźnie, determinuje ich dalsze życie w stopniu dalece wyższym niż dzisiaj, skoro zamiast trafić do liceum prawdziwie ogólnokształcącego trafią do placówek de facto profilowanych. Dodam jeszcze nieśmiało, iż w Polsce istnieje szkolnictwo licealne profilowane. Rozumiem, że bardzo mocno kuleje, ale nie wydaje mi się, że właściwą drogą jego rehabilitacji jest zastąpienie nim liceów ogólnokształcących! Jeśli chodzi jeszcze o samą idee ‚wyspecjalizowania się’ już na poziomie kształcenia średniego, to chciałbym zauważyć, że owszem dzisiejszy rynek pracy, tak jak kiedyś, tak i dziś, wymaga wysokiego poziomu kwalifikacji potencjalnych pracowników, ale jego współczesną specyfiką jest raczej wymóg mobilności, interdyscyplinarności, elastyczności oraz zdolności do nieprzerwanego dokształcania się czy przekwalifikowywania. A tego, wydaje mi się, nowy model liceów ogólnokształcących nie jest w stanie zapewnić.

Dodaj komentarz