Syf

On 18 grudnia 2012 by Maciej Wirmański

Jakieś 4 miliony Polaków to dewianci, którzy za Chiny Ludowe, będące egzemplifikacją kapitalizmu, którego nigdy i  nigdzie nie było, nie chcą podejmować pracy w ramach umowy o pracę. Ba! Nawet o żadną umowę. Z pewnością nie taką, którą ustawa przewiduje, choć innego życia i ustroju gospodarczego, jak ustawa przykazuje i Pan Bóg w Trójcy Jedyny, nie powinno być.

I nie zmieni tego nawet bardzo proestablishmentowa kampania Solidarności Stop umowom śmieciowym, choć bardzo solidną się jawi i bardzo przemyślaną. Nie na tyle jednak aby zostawiła w duszy rodaków-Polaków jakikolwiek ślad, choćby cień, choćby zadrę, która urosłaby w poczucie niesprawiedliwości i wykluczenia, jakie sprawia zatrudnienie na czarno i na umowy śmieciowe. Jednym z kluczowych postulatów „S” jest ozusowienie innych form zatrudnienia niż umowa o pracę.

Ludowa mądrość – mówi się, że umów należy domagać się dopiero wówczas gdy nadchodzą złe czasy. Może i tak w zidealizowanych stosunkach pracodawca – pracobiorca. Dziś jednak w warunkach rzeczywistej władzy pracodawcy jednym z atutów przyszłego pracownika, który mógłby się śmiało pojawić w CV, jest chęć podjęcia pracy bez żadnej umowy. Jestem pewien, że bardziej „przedsiębiorczy” biznesmen przychylniej podejmie „współpracę” z desperatem niż człowiekiem, którego „roszczenia” sięgają mitycznej umowy o pracę.

Truizmem jest  przypominanie o tym, że składki emerytalne oraz ubezpieczenia społecznego wpłacane do ZUS pożerają lwią część dochodów pracowników (tudzież wartości dodanej, która powinna znaleźć się w kieszeni pracodawcy) – według różnych szacunków około 877, 6 zł. A co gdyby wszystkich, których nie stać na taką składkę przepisać do KRUSu? Umówmy się – rolnicy pod pewnymi względami są uprzywilejowani w stosunku do mieszczuchów, choćby przez niższe składki – kwartalnie przy areale do 50 ha to dla rolnika prowadzącego tylko gospodarstwo rolne (bez prowadzenia działalności gospodarczej) koszt 366 zł. Problem?

Idąc tym tropem można by jakimś cudem wymóc od Skarbu Państwa fikcyjne przepisanie na obywateli (którzy pracują na pół etatu albo są samo zatrudnieni) areały, będące zarejestrowane jako grunty rolne. Myślę, że nie byłoby problemu z takim „obdarowaniem” obywateli, tym bardziej, że według zeszłorocznego raportu NIK piastun urzędu Ministra Skarbu nie wie ile wynosi ten majątek, a urzędnicy w najlepszym przypadku korzystają z zaawansowanych technologii software jak Excel. Zresztą o jakim obdarowywaniu ja mówię – dobra Skarbu to i nasze dobra, chyba, że zmieniła się doktryna, chyba, że o czymś nie wiem.

Idąc tym tropem – umowy śmieciowe, które wykluczają obywateli w partycypacji dóbr i usług publicznych, potwierdzonych na poziomie konstytucyjnym, zastąpić działalnością quasi- lub pseudo- lub bezprzedrostkowo- rolniczą i związanymi z tymi przywilejami rolników, moglibyśmy utworzyć państwo na kształt Kampuczy Pol Pota (wariant hard) lub II RP (wersja soft). Uprzejmie i up(i)ornie przypominam wszystkim mieszczuchom, że kiedyś życie społeczne, kulturalne i polityczne było w znacznej mierze moderowane przez mieszkańców wsi, ze świadomym swoich praw i obowiązków ruchem ludowym, który mimo tego, że przed wojną stanowił bardzo szeroki front ideologiczny, to bezpośrednio po wojnie cieszył się największym realnym poparciem Polaków.

PS.

Przykład płynie z Białorusi, o której pisał Wojtek Ganczarek, gdzie nawet białoruscy arystokraci utrzymują przydomowe grzędy. Nawet jeśli to tylko jest związane z etosem, to zawsze jest to pożyteczny etos, którego skutki w permanentnym kryzysie mogą być doniosłe.

Więcej:  KULTURA STAROCI

Dodaj komentarz