AKADEMIA NIE DOJRZAŁA DO „WILKA Z WALL STREET” – ROZMOWA Z KAJĄ KLIMEK

On 3 kwietnia 2014 by DO

Rozmowa z Kają Klimek, absolwentką dziennikarstwa i kulturoznawstwa na UJ, doktorantką, tłumaczką filmów i książek, wyróżnioną w 2011 i 2012 roku w konkursie im. Krzysztofa Mętraka dla młodych krytyków filmowych.

źródło: latimes.com

źródło: latimes.com

Mateusz Ciołkowski: Jak oceniasz tegoroczną galę rozdania Oscarów? Czy była udana? Organizatorzy najwyraźniej wyciągnęli wnioski po zeszłorocznej edycji, kiedy prowadzący Seth MacFarlene opowiadał niesmaczne dowcipy, między innymi o Żydach kontrolujących Hollywood, i postawili na Ellen DeGeneres, która świetnie współpracuje z publicznością.

Kaja Klimek: W tym roku, zamiast z kumplami przed telewizorem, oglądałam galę, siedząc w studiu oscarowym, więc jedno jest pewne: nie czułam się ani trochę znudzona. Miałam jednak wrażenie, że prowadzenie ceremonii w jej wykonaniu było bardzo poprawne, grzeczne i w pewnym sensie konserwatywne. Pasowało to jednak do rangi imprezy przygotowywanej przez konserwatywną i poprawną z natury Amerykańską Akademię Filmową.

Rzeczywiście, po licznych głosach sprzeciwu wobec stylu MacFarlene’a, organizatorzy musieli stwierdzić, że potrzebna jest odmiana – złagodzenie i uspokojenie atmosfery, lżejszy kaliber żartu. Dodatkowo mogło to mieć znaczenie w związku z nieprzyjemnymi zdarzeniami ostatnich miesięcy. Postać taka jak McFarlane prawdopodobnie nie omieszkałaby wskazać palcem Woody’ego Allena, nominowanego do Oscara za najlepszy scenariusz oryginalny, podważyć wiarygodności historii opowiadanej w Witaj w klubie lub otwarcie zapytać, czy Akademia nagrodzi film o zdeprawowanym Robin Hoodzie, który odbiera bogatym, jak jej członkowie, i oddaje sobie i kolegom. Ellen DeGeneres wolała ciepłe żarty, podawanie pizzy i loterię pocieszenia dla wielkich przegranych.

Co roku powraca dyskusja na temat intencji członków Akademii Filmowej, motywacji i kryteriów, którymi posługują się przy selekcji i nagradzaniu poszczególnych dzieł. Moim zdaniem, każda tego typu decyzja charakteryzuje się kompromisem pomiędzy tym, co artystyczne – film musi posiadać pewne walory – a tym, co komercyjne – rywalizują o prestiż często wielkie dystrybutornie. Także między tym, co polityczne, ważne z perspektywy bieżących wydarzeń. Jak oceniasz kwestię wpływu tych czynników w tym roku?

To prawda, w tym roku akcent wyraźnie pada na to, co polityczne. W filmach poruszane są kwestie istotne z punktu widzenia amerykańskiego społeczeństwa. Problem AIDS i opieszałości biurokratycznej USA, który punktuje Witaj w klubie, to nieodrobione ciągle zaległości z lat osiemdziesiątych. Co ciekawe, rok temu pojawił się w finale dokument na ten sam temat – How to Survive a Plague. Przegrał jednak w wyścigu z głośnym Sugar Manem, z tego względu, że innego rodzaju tematy i wartości interesują Akademię Filmową jako całość, która od dwóch lat w pełnym składzie ocenia dokumenty. W tej akurat kategorii niekoniecznie liczy się więc tylko wartość artystyczna czy – jakbyśmy sobie życzyli – powaga polityczna, ale także coś, co spodoba się widzom.

W tym roku sytuacja się powtarza w przypadku najlepszego filmu dokumentalnego – i to nawet bardziej niż w innych kategoriach. Nominowane były między innymi O krok od sławy oraz Scena zbrodni. Pierwszy jest historią o możliwości wyjścia z cienia i wielkim marzeniu o karierze muzycznej. Bohaterkami są dziewczyny śpiewające w chórkach największych muzyków – Stonesów, Eltona Johna czy Stinga. Dla tych dziewczyn szklany sufit i niewidzialna ściana między tyłem sceny a światłem reflektorów stanowiły często przeszkodę nie do pokonania, ale niektórym się udało. Jest to więc, mimo wszystko, budująca, choć wcale nie naiwna opowieść o marzeniach. Z kolei Scena zbrodni sytuuje się na przeciwnym biegunie. Jest opowieścią o indonezyjskich zbrodniarzach, kiedyś czerpiących inspirację z kina gangsterskiego, dziś aranżujących swoje bestialstwo w przedstawienia przed kamerą. Przyznają się do swoich czynów, absolutnie nie czują wyrzutów sumienia. Film Oppenheimera ma zatem kompletnie inny ciężar gatunkowy. I mimo że posiada wartość artystyczną, a przede wszystkim polityczną, w dużo wyższym stopniu niż O krok od sławy – przegrywa. Może dlatego, że jest zaprzeczeniem crowd-pleasera i dlatego że filmu nie ocenia wyłącznie dział dokumentalistyki, ale wszyscy członkowie Akademii, którzy mają na uwadze także zwykłą popularność, rozumianą jako przyswajalność określonych treści.

W kategorii Najlepszy Film niemal każdy zawiera w sobie jakąś treść polityczną. Wilk z Wall Street odnosi się do kapitalizmu, Kapitan Phillips mówi o konfrontacji imperium z peryferiami i o tym, jak łatwo jest odwrócić stosunek panowania za pomocą pistoletu przystawionego do skroni. Film Ona Spike’a Jonze’a przedstawia zagadnienie stosunku człowieka do technologii, w Witaj w klubie pojawia się ważki problem społeczny.

Fakt, że jako faworyta do zwycięstwa typowano Zniewolonego, jest dla mnie rzeczą całkowicie zrozumiałą. W rywalizacji z Grawitacją ujawnia się coś, co już możemy swobodnie nazwać oscarową prawidłowością. W ostatnich latach rywalizują ze sobą filmy przedstawiające opowieść zaczerpniętą – w mniejszym lub większym stopniu – z historii, z tymi, które bazują na nowych technologiach – przede wszystkim 3D, CGI i efektach specjalnych. W 2011 konkurowały The Hurt Locker i Avatar, w 2012 Artysta oraz Hugo i jego wynalazek, rok później – Operacja Argo i Życie Pi, wreszcie w tym roku Zniewolony z Grawitacją. Do tej pory wygrywały filmy z pierwszej kategorii. W mniej prestiżowych kategoriach docenia się oczywiście świeżość spojrzenia, innowacyjność i nowe techniki, ale ostatecznie najbardziej honorowane są produkcje, które w ten czy inny sposób opowiadają o historii Ameryki.

Skoro padł tytuł Wilka z Wall Street, porozmawiajmy o przegranych, bo film Scorsesego niewątpliwie do nich należy. Bardzo spodobało mi się sformułowanie, którego użyłaś po zakończeniu gali, że Akademia Filmowa najzwyczajniej nie dojrzała do nagrodzenia takiego filmu, jak ten. Do tego, by nagrodzić taki obraz, a więc w pewien sposób legitymizować jego narrację.

Wilk z Wall Street sytuuje się gdzieś między kinem „niepotrzebnym” a „potrzebnym”. Ma w sobie coś ze Spring Breakers: tyle, że nie o studentkach na melanżu, ale o maklerach na Wall Street. Operuje bardzo mocnym przekazem wizualnym, przesytem i ekscesem, które zawsze mnie w kinie uwodzą. Uwielbiam ten film za jego kaskady atrakcji, bo lubię, kiedy takie rzeczy dzieją się na ekranie, gdy jedziemy po bandzie i nie wiemy, co czeka nas za następnym zakrętem. Ma niesamowite tempo, jest jak trzygodzinny koncert rockowy.

Po drugie, łączy on w sobie wszystkie dotychczasowe produkcje Scorsesego (najwyraźniej cytuje Chłopaków z ferajny), jest pięknym nawiązaniem do Obywatela Kane’a, więc przy okazji odrabia lekcję z historii kina. Jest też fenomenalnie zagrany: DiCaprio gra całym sobą, absolutnie. Myślę, że sam Jordan Belfort chciałby być w realu taki, jak on w tym filmie. Leo sprzedaje blaski i cienie (choć tych drugich jest zasadniczo mniej) życia maklera tak, że nikt inny nie może z nim konkurować. W Wilku widać radosną, dynamiczną, spektakularną stronę kina. Choć Scorsese za temat obiera żywot człowieka zupełnie niepoczciwego, nie przesadza z dydaktyzmem, lecz podaje widzowi tę historię jak efektowną, kolorową, dziką komedię. Właśnie z tym ma problem Akademia, bo Wilk z Wall Street jest tak rozpasany i rozhulany, że w pewnym sensie znajduje się poza jej zasięgiem. Stąd pięć nominacji i zero nagród. Gdzie są czasy, kiedy Oscary zdobywały takie filmy jak Ojciec chrzestny?

Chyba o mocy tego obrazu świadczy fakt, że nawet w gronie przegranych przyćmił film, który formalnie poniósł największą porażkę. Mam tu na myśli American Hustle Davida O. Russella, nominowanego w aż dziesięciu kategoriach.

Myślę, że Akademia lubi filmy, które „mają przejść do historii” – zwyczajnie odpowiada jej taka narracja. W jej przekonaniu takim filmem jest Zniewolony, choć myślę dokładnie odwrotnie. Za kilka lat nikt nie będzie o nim pamiętał, natomiast o Wilku z Wall Street – tak.

Jeśli chodzi o American Hustle, to sytuacja jest rzeczywiście przedziwna, ponieważ film był nominowany w dziesięciu kategoriach, a został z niczym. Jest to trochę smutne, mieliśmy bowiem nominowanych wszystkich grających, jednakże stworzyła się taka sytuacja, w której możliwe było albo uhonorowanie wszystkich, albo nikogo. Amy Adams, Jennifer Lawrence, Bradley Cooper i Christian Bale – cała czwórka poniosła klęskę.

American Hustle to „zabawa w chowanego” z widzem – balansowanie pomiędzy tym, co pokazujemy, co omijamy. Kolejni bohaterowie wkładają maski, aspirują do bycia kimś, kim nie są. Niestety, niektóre z tych postaci tak bardzo się chowają, że ja nie jestem w stanie ich odnaleźć i zrozumieć.

Popatrzmy teraz na wygranych. Grawitacja otrzymuje siedem statuetek. Co wnosi film Cuaróna do kina, jak rozumieć rekomendację o jego epokowym znaczeniu dla branży?

Najistotniejsza jest oczywiście kwestia rewolucji technicznej, która zaszła przy okazji realizowania tego filmu. Skoro z realizacją konkretnego projektu, na który były pieniądze, gotowa ekipa, zwlekano, by móc wykorzystać nowe środki techniczne, to „wiedz, że coś się dzieje”. Zarówno programy komputerowe, jak i Lightbox, w którym Sandra Bullock jest filmowana, to zupełnie nowe narzędzia. Pierwszy raz wykorzystano też inny sposób przedstawienia bohatera w stanie nieważkości. Do tej pory korzystano ze specjalnego sprzętu wyprodukowanego przez NASA, w którym taki efekt można było uzyskać zaledwie na 25 sekund. Tu Sandra staje się marionetką w rękach mistrzów teatralnego kunsztu. Przykłady nowych, niezwykłych rozwiązań można mnożyć.

Swoją drogą to właśnie technika, jako pole dla nowych rozwiązań przesuwających granicę doświadczenia kinowego, ma dziś dla mnie niemal większe znaczenie niż sama opowiadana historia. Kino, które mnie najbardziej interesuje, zwraca się do dziedzictwa spektaklu spod znaku Georgesa Mélièsa i stawia na prezentowanie atrakcji, i za ich pośrednictwem próbuje rozwijać sposoby, narzędzia, warunki, możliwości opowiadania historii. Dlatego uwielbiam Michaela Baya i jego letnie blockbustery, ponieważ tak bardzo interesują go te właśnie sfery produkcji filmowej.

Ważnym aspektem sukcesu Grawitacji jest teoria, którą przedstawili jakiś czas temu George Lucas i Steven Spielberg. Twierdzą oni, że w kinie pojawi się wyraźny podział na dwa sposoby opowiadania historii. Z jednej strony będziemy mieli do czynienia ze spektaklami, przygotowanymi do projekcji i oglądania w specjalnych salach kinowych, tak jak w przypadku filmu Cuaróna – tylko i wyłącznie 3D, na dużym ekranie – bo inaczej nie będziemy w stanie doświadczyć ich w takiej formie, w jakiej kino to zostało pomyślane. I będzie ono coraz droższe. Z drugiej strony będą filmy skupione na narracji, takie które nie będą wymagały specjalnych warunków. Te będzie można oglądać tak, jak do tej pory, na przykład w domu czy nawet na iPhonie.

W tym roku statuetki za najlepsze role męskie otrzymali aktorzy Witaj w klubie. Pierwszy z nich, Matthew McConaughey, przeszedł głęboką metamorfozę, ale wśród krytyków raczej panuje zgodność co do tego, że fizyczność nie jest jedynym walorem, który zaprezentował aktor. Jak oceniasz jego grę?

Nie byłam zaskoczona uwagą skupioną na Matthew McConaughey’u, który w przez ostatnie lata obsadzany był raczej w rolach drugoplanowych. Zanim wybił się na pierwszy plan, jak w Killer Joe czy Uciekinierze, pojawił między innymi w Magic Mike’u Soderbergha i był fantastyczny. Z kolei w Berniem Linklatera ironizował ze swojej starej roli z Czasu zabijania. Wtedy, oglądając film na jednym z festiwali, przeczuwałam, że w jego przypadku może mieć miejsce jakiś zasadniczy awans. Ktoś zacznie dostrzegać, że w wieku czterdziestu lat należy przyznawać mu role inne, niż tylko te w komediach romantycznych, czy kowbojskie i surferskie, jak do tej pory. Liczyłam, że ktoś wreszcie rzuci wyzwanie także jego fizyczności – tak zrobił wspomniany Soderbergh. Jego przemiana z Witaj w klubie rzeczywiście przyciąga uwagę, owszem, to świetna rola, kapitalne wykonanie, dlatego nie mam w zamiarze obniżania wartości tego, co przedstawił.

Za Matthew McConaughey’em stoi też historia, którą uwielbia Hollywood – motyw przełomu w karierze, pozwalający na występowanie w pierwszoplanowych, poważnych rolach. A zatem na McConaughey’a warto spojrzeć nie tylko przez pryzmat jednej roli, ale właśnie szerszej zmiany, którą przeszedł jako aktor.

Za najlepszą rolę drugoplanową Oscara otrzymał z kolei Jared Leto. Moim zdaniem, bardzo na wyrost. Nie wniósł niczego nowego do opowieści o bohaterach-transseksualistach. Nie wykroczył poza pewne tendencyjne ramy przedstawień takich postaci. Jak oceniasz jego grę?

Kiedy oglądałam film, Leto nie robił na mnie specjalnego wrażenia, ponieważ rola ta bazuje na dość powszechnych wyobrażeniach postaci transseksualnych. Repertuar środków jest jednak dość stereotypowy. Rozmowy o sukienkach z lekarką graną przez Jennifer Garner czy spotkanie z ojcem są dobrym przykładem tego, o czym mówimy. Nie widzę w tej roli wielkiej głębi, raczej silne trzymanie się prostego schematu, który pozwala jednak nie popaść w groteskę. I to jest jednak trochę za mało.

Zresztą, postać Rayon została całkowicie wymyślona na potrzeby filmu. W rzeczywistości nigdy nie istniała. Historia Rona Woodroofa wydaje się być znacznie ciekawsza, kiedy spojrzy się na fakty. Okazuje się bowiem, iż prawdziwy szef Dallas Buyers Club wcale nie był homofobem, a wszystko wskazuje na to, że był biseksualny. W filmie przedstawiony jest jako zupełnie ktoś inny.

Jako postać typowa dla małomiasteczkowej społeczności.

Tak, ten zabieg powoduje, że postać lepiej prezentuje się na ekranie w zderzeniu z Leto, który odtwarza postać skłaniającą Woodroofa do wewnętrznej przemiany, refleksji. Mam wrażenie, że to jest jej najważniejsze zadanie. Ze wszystkich nominowanych aktorów drugoplanowych występował na ekranie najkrócej. Poza tym, skoro film podejmuje tak ważny temat, to liczą się także wszystkie kontrowersje krążące wokół postaci granej przez Jareda Leto – zarówno po tej, jak i po tamtej stronie ekranu. Dlatego nie mogę przejść obojętnie wobec zarzutów o transmizoginię, podważanie jego rzekomych konsultacji roli ze środowiskami LGBTQ, a nawet to, dlaczego wybrano do przedstawienia Rayona właśnie mężczyznę, a nie transseksualną aktorkę. Te elementy niestety zaczynają rzutować na samą postać.

W przypadku ról żeńskich podział ten wydaje się przebiegać podobnie – przyjęta z aprobatą Cate Blanchett i poważny znak zapytania unoszący się nad nagrodą dla Lupity Nyong’o za rolę w Zniewolonym.

Lupita kreuje oczywiście postać emocjonalnie angażującą widzów, lecz w filmie przedstawia się raczej pasywnie – jest przede wszystkim ofiarą ciągłych aktów przemocy, które rozdzierają serce widza. W każdej scenie, w której ją widzimy, robiona jest jej krzywda – fizyczna lub psychiczna. To bohaterka udręczona, której widz chciałby pomóc, wyciągnąć ją stamtąd. To bardzo trudna i wymagająca rola, ciekawa jestem jednak kolejnych projektów, w których Nyong’o weźmie udział. Bliższe są mi bowiem takie role, które pozwalają aktorce rozwinąć skrzydła. Dlatego zdecydowanie wygrywa tu Jennifer Lawrence w American Hustle, „Picasso pasywno-agresywnego karate”, jak określa ją mąż.

A Cate Blanchett?

Jak już wspomniałam, jest dla mnie kwintesencją klasy wyższej w obliczu kryzysu. Oto reprezentantka klasy próżniaczej ulega dekonstrukcji na naszych oczach. Warto zauważyć, że Allen zostawia na ten proces bardzo dużo przestrzeni na ekranie. Rzadko oglądamy ją w zbliżeniu. Ponadto stosuje proste zabiegi, które niesamowicie działają w przypadku tej postaci. Blanchett w garsonkach i jedwabnych bluzkach Chanel, ma jednocześnie przetłuszczone włosy, podkrążone oczy, jest spocona – to zderzenie tak absolutnie różnych elementów jest bardzo przekonujące.

Na koniec chciałem zapytać o te filmy, które znajdowały się w czołówce, ale w pewnym sensie na drugim planie. Mam tu na myśli choćby Ona Spike Jonze’a. Mimo że otrzymał prestiżową nagrodę za najlepszy scenariusz oryginalny, rzadko typowany był na zwycięzcę w głównej kategorii. Poza nim, mam na myśli także Kapitana Phillipsa, Nebraskę czy Tajemnicę Filomeny. Każdy z nich, moim zdaniem, wnosił coś znaczącego do rywalizacji. Jak byś oceniła z kolei te produkcje?

Faktycznie, myślą przewodnią gali byli bohaterowie i przetrwanie w trudnych okolicznościach, a nawet dosłowny surwiwal, Te „mniejsze”, drugoplanowe produkcje stworzyły pewną mozaikę, bogatszy, wieloaspektowy obraz. Tajemnica Filomeny to w pewnym sensie historia o tym, jak przetrwać po zderzeniu z instytucją Kościoła katolickiego w Irlandii lat 50. Kapitan Phillips to klasyczne ujęcie problemu przetrwania – tu w dwóch odcieniach – bo to historia kapitana porwanego, przetrzymywanego przez piratów i samych piratów uwięzionych niejako w swojej roli przez „system”, a raczej kapitalistyczny system – świat. Ona to opowieść o konfrontacji z technologią; bohater Nebraski musi z kolei zmierzyć się z własną starością… W każdym z nich dostrzegam elementy, które przesądziły o nominacji, ale bardzo trudno jest wybrać obraz jakoś wyróżniający się z nich wszystkich. To Wilk z Wall Street, i będę to powtarzała do znudzenia, zjada je wszystkie na śniadanie.

//Mateusz Ciołkowski

TEKST z #DO13:

[str. 27-31]

OKŁADKA  (1)

 

Comments are closed.