BĄDŹ DUMNY Z WROGA

On 11 listopada 2013 by Mateusz Ciołkowski

Siedząc w kinowej kafejce przed seansem „Wyścigu” i delektując się czarną kawą w ponury, deszczowy wieczór, znienacka przypomniał mi się fragment wywiadu telewizyjnego z Robertem Kubicą. Bezceremonialnie oświadczył on do kamery, że zawody Formuły 1 to sport dla zawodników – z perspektywy widza są jego zdaniem wyjątkowo nudne i nieciekawe. Od razu uspokajam: ta uwaga w żadnej mierze nie dotyczy filmu Rona Howarda.

źródło: polityka.pl

źródło: polityka.pl

Nie ukrywam, że dotychczas każda propozycja amerykańskiego reżysera sprawiała mi nie lada problem. Historia Toma Mullena z „Okupu” jakoś nie trzymała mnie w napięciu, „Piękny umysł” okrzyknięty genialnym (niemal jak sam jego bohater), obsypany wszelkimi możliwymi nagrodami nie zachwycił. Później obejrzałem „Człowieka ringu”, a w nim z kolei drażniły mnie jego baśniowe momenty. „Frost/Nixon” stanowi (może przez zacięcie polityczne, a wbrew powszechnemu odbiorowi) chlubny wyjątek, choć nie ustrzegł się długich niezrozumiałych (niepotrzebnych) fragmentów. Na „Kod da Vinci”, „Anioły i demony” oraz „Sekrety i grzeszki” wolałbym w ogóle opuścić zasłonę milczenia. A zatem od czasu „Apollo 13” (pierwszego bodaj tak znacząco wyróżnionego w dorobku reżysera) Howard nakręcił film, którego akcja pochłonęła mnie całkowicie.

A wszystko zaczyna się inaczej niż u Hitchcocka. Historię Nikiego Laudy i Jamesa Hunta – w rzeczywistości faktycznie rywalizujących ze sobą w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych – nakreśla Howard od momentu kiedy obaj znajdują się tak naprawdę na peryferiach wielkich wyścigów. Choć obu bohaterów dzieli niemal wszystko (o czym za moment) to łączy ich jedna zasadnicza cecha – bunt przeciwko wykształconym i majętnym rodzicom, zajmującym prominentne posady w świecie finansjery. Obaj odrzucają wyznaczone im przez starszych kontinuum, bezpieczeństwo ufundowane zapewne na pracy kilku pokoleń. Chcą oddać się pasji, gwarantującej tylko jedno – częste spojrzenie w oczy Tanatosa.

Niki Lauda to perfekcjonista, umysł analityczny (szacujący, że w każdym wyścigu nie podejmuje ryzyka większego niż 20%), mający osobowość samotnika, profesjonalista. W czasie kiedy jego główny antagonista dopiero tuż przed wyścigiem zjawia się na torze Austriak od 5 rano spaceruje po nim, obserwuje, przewiduje, dogląda maszyny mającej posłużyć mu do osiągnięcia zwycięstwa. Z drugiej strony Lauda potrafi dać się ponieść emocjom. Bywa apodyktyczny, opryskliwy, chamski.

James Hunt to z kolei charyzmatyczny i towarzyski pasjonat, frywolny lekkoduch o sylwetce gladiatora, uwodzący kobiety. Kocha rywalizację. Te cechy sprawiają, że otacza się ludźmi – wystarczy skonfrontować jego zachowanie po wygranych wyścigach z reakcją Laudy. Ma zaufanie do swojego zespołu w kwestiach technicznych, interesuje go jedynie sama jazda (co zresztą przez dłuższy czas będzie działało na jego niekorzyść).

W tym miejscu możnaby wyciągnąć wniosek, że rywalizacja obu kierowców rozgrywa się w sztywnym podziale, w którym widz swoją sympatię kieruje tylko ku jednemu – albo  ku Laudzie, albo Huntowi. Jednak za sprawą świetnej pracy Rona Howarda i Petera Morgana (scenarzysty) udało się stworzyć role prawdziwie złożone. W obu bohaterach widzimy zalety wymagane od każdego kierowcy, np. profesjonalizm, oddanie (Lauda) oraz odwagę graniczącą z brawurą i pasję (Hunt). Z drugiej strony dostrzegamy też wady charakterów, jednak są one rozłożone proporcjonalnie. Co ważne – zarówno reżyser, jak i aktorzy potrafią mieć do nich dystans – przeobrażać w sytuacje komiczne, nietrącące sztucznością, patosem, służącemu niekiedy mozolnej budowie napięcia.

Muszę przyznać, że na tym gruncie zarówno Daniel Brühl (w roli Nikiego Laudy), jak i Chris Hemsworth (James Hunt) odnaleźli się znakomicie. Ich rywalizacja nie przypomina gry dwóch indywidualności, z których każda za wszelką cenę dąży do zgaszenia drugiej. Przeciwnie – stanowią zwarty tandem, strony tej samej monety. Demonstracyjna niechęć (werbalna i gestykulacyjna) z początku historii przepoczwarza się przekonująco w zażyłość – fascynującą mieszankę szorstkiej przyjaźni i pulsującej wrogości. Lauda i Hunt cenią swoje zalety, ale mają też pełną świadomość wad, których nie są w stanie u siebie znieść. Co jednak najistotniejsze – nabierają szacunku do wroga – elementu determinującego do ciągłego postępu. Fundamentalnego motoru kultury w ogóle. Howard chciał przez to pokazać, że ta sama rywalizacja, narażająca bohaterów na śmierć, jest tą samą siłą sprawiającą, że ostatecznie udaje się im wymknąć, przechytrzyć los. 

Pierwsza część filmu jest barwna, humorystyczna (choć dowcip obecny jest do samego końca), można by rzec – beztroska. Zarówno Lauda, jak i Hunt spotykają się na torach Formuły 3, gdzie nie rywalizują ze sobą wielkie drużyny – na przykład Ferrari z McLarenem, posiadającymi najlepsze samochody i rozbudowane sztaby organizacyjne. Jeśli rywalizują to przede wszystkim o sławę. Bez znaczącej presji kibiców, mediów, zniecierpliwionych szefów. Ale szybko okazuje się, że nie jest to miejsce dla tak przebojowych osobowości.

Wraz z pięciem się w hierarchii rozgrywek zwiększa się stawka. Lauda zaciąga kilkumilionową pożyczkę, żeby wkupić się do drużyny Ferrari. Huntowi z kolei przyświeca szczęście i znajduje miejsce w drużynie przeciwnej. Najlepsze wyścigi Formuły 1 przyciągają rzesze kibiców i sponsorów. A to wszystko sprawia wreszcie, że najlepsi kierowcy wsiadają do bolidów z monstrualną presją oczekiwań, popychającą do jeszcze większego ryzyka. Hunt i Lauda będą zatem szczególnie narażeni na wypadek niepozostawiający wielkich szans na przeżycie. Jak sobie z tym poradzą? Na to pytanie odpowie film.

Zastanawiając się nad tajemnicą sukcesu „Wyścigu”, pozytywnymi reakcjami krytyków i publiczności, to poza wszystkimi elementami dotychczas wymienionymi istotny jest chyba jeszcze jeden: estetyka. Ponieważ akcja filmu Howarda dzieje się głównie w latach siedemdziesiątych, to szczególna dbałość o takie elementy jak kolorystyka, ubrania, samochody, jest bardzo pociągająca w czasie, który nazwałbym retromanią – jakimś szczególnie nasilonym trendem, ukierunkowanym ku stylistykom z epok minionych. Żebym jednak został dobrze zrozumiany – ów trend jest moim zdaniem zupełnie naturalny, choć nie umiem do końca wyjaśnić stopnia nasilenia tego zjawiska. Potęguje on przyjemność płynącą z oglądania.

Ron Howard nie ustrzegł się kilku błędów. Pierwszym z nich jest pojawiająca się niekiedy maniera do uproszczenia danego wątku – ma to miejsce na przykład w relacji pomiędzy Huntem a Suzie Miller – dziewczyną, z którą się żeni. Zirytowało mnie przejście pomiędzy sceną ich pierwszego spotkania, naładowaną seksualnym niedopowiedzeniem (Miller grana jest przez wyzywająco ubraną Olivię Wilde), a kolejną przedstawiającą już moment ślubu. Drażni to tym bardziej, że relacja w dalszych partiach filmu nie zostaje pogłębiona. Na tym tle bardziej przekonująco wypada para stworzona przez Nikiego i Marlene. Po drugie niezwykle mocna fetyszyzacja Hunta na początku filmu utrudnia recepcję postaci. Stawia fasadę, którą trzeba obejść. Wspominam o tym, ponieważ moim zdaniem Hemsworthowi przeszkodziło to w wydatniejszym przedstawieniu swojej postaci. I znów, w opozycji Brühlowi udaje się nomen omen „brühlować” na ekranie od samego początku. Grana przez niego postać nie wymaga korygowania. Oba te zarzuty, choć nadwyrężają spójność opowieści, to jednak ostatecznie nie przewartościowują sensu filmu.

Kiedy już opuściłem kinową salę i starałem się dokonać jakiejś wstępnej rewizji tego, co zobaczyłem, przypomniał mi się fragment „Tako rzecze Zaratustra” Fryderyka Nietzschego, który chyba najlepiej oddaje istotę „Wyścigu”: „Wam wolno mieć tylko wrogów, których nienawidzieć należy, przenigdy takich, którymi gardzić trzeba. Winniście być dumni z wroga: wówczas stają się wroga waszego powodzenia i waszym powodzeniem.”.

Dodaj komentarz