BIO-MASA

On 16 kwietnia 2014 by DO

Świat byłby smutniejszy i nasze życia szare, gdyby jedzenie miało służyć tylko niwelowaniu uczucia głodu. Zapychalibyśmy się byle czym, bez szans na delektowanie wyszukanymi smakami. Podobnie jest z literaturą. Od złego jedzenia psuje się ciało, od złych lektur – głowa.

źródło: emirates247.com

źródło: emirates247.com

Mimo że jest grubości dwóch Lalek Prusa, książkę tę da się z przyjemnością przeczytać w dwa dni. Napisana przez Waltera Issacsona biografia Steve’a Jobsa opowiada o człowieku, który zmienił świat. Często mówi się o kimś, że dzięki niemu (lub przez niego) nasza kultura stała się inna. Najczęściej przedmiotem podobnych określeń są królowie, carowie, führerowie i generałowie, znacznie rzadziej naukowcy i myśliciele, a najrzadziej – artyści. Steve Jobs, założyciel firmy Apple, to jeden z niewielu współczesnych ludzi, o których możemy powiedzieć, że wpłynął na koleje świata. Bez obrazy dla nikogo zestawiany jest z Edisonem, Fordem i Billem Gatesem. Porównanie z tym ostatnim to znak naszych czasów – bez pana w czarnym golfie (Jobsa) i okularnika o śmiesznym głosie (Gatesa) nie mielibyśmy komputerów. Nie dlatego, że oni wymyślili maszynę cyfrową – powiedzieć tak byłoby bluźnierstwem – a dlatego, że dzięki nim trafiła pod strzechy. Miliardy komputerów na świecie podczas włączania pokazuje powszechnie znane logo okna Windowsa. Gates przez bodaj 10 lat był najbogatszym człowiekiem na świecie, mimo że (cóż za piękny okaz paradoksu!) pół świata go okrada – któż z nas nigdy nie korzystał z nielegalnego Windowsa lub Office’a?

Steve Jobs w naszym kraju nie jest tak szeroko znany, bo produkty z logiem jabłuszka (Apple) są droższe od innych. Ich cena bierze się jednak nie tylko z faktu posiadania odpowiedniego znaczka; za wizerunkiem nadgryzionego jabłuszka stoją dwa pojęcia, dzięki którym te urządzenia mają swoich wyznawców: innowacyjność i perfekcjonizm. Gdy czytamy biografię Jobsa, uderza nas wyjątkowość tego człowieka. Był skrajnym indywidualistą i dziwakiem, nie ukończył studiów (podobnie jak Gates), miał szerokie zainteresowania i ciągotki artystyczne, wyznawał buddyzm zen. Ale nie to czyni go wyjątkowym. Za sprawą indywidualizmu i dziwactwa myślał samodzielnie, zawsze miał własne zdanie, postępował i tworzył według swojej wizji. Nie ukończył studiów, bo uważał, że nie są mu potrzebne. Chodził tylko na przedmioty, które go interesowały – tak trafił na zajęcia z kaligrafii. Między sztuką pięknego pisania a „komputerologią” jest równie daleko jak między piernikiem a wiatrakiem. Podobne paralele można tworzyć w przypadku buddyzmu zen i konstrukcji obudowy komputera. Wyjątkowość Jobsa polegała na umiejętności stosowania syntezy odległych dziedzin, dzięki czemu powstawały dzieła wyjątkowe. Bez ćwiczeń kaligraficznych, w Komputerach z Jabłuszkiem nie byłoby opcji obecnie wydającej się oczywistą i obecną w niemal wszystkich urządzeniach elektronicznych: zmiany czcionek w edytorach tekstu. Wpływ buddyzmu zen jest jeszcze znamienitszy. Podstawą tej religii jest harmonia, do której należy dążyć wewnętrznie, odpowiednio układając relacje z ludźmi, światem i samym sobą, oraz zewnętrznie, modelując swoje otoczenie. Dlatego iPody, iPhony i iPady są możliwie proste w obsłudze i niezawodne: wszystko w nich do siebie pasuje i współpracuje, bo ich podzespoły tworzone były z myślą o konkretnych systemowych współzależnościach. Gdy Jobs stwierdził, że w komputerach stacjonarnych przeszkadza mu wiatrak, swoim buczeniem zaburzający harmonię, zlecił podwładnym wynalezienie systemu chłodzącego, który obywałby się bez wiatraczka. To się udało. Działa. I nie buczy.

Stwierdzenie, że generał bez wojska jest niczym, to frazes nad frazesy. Steve Jobs sam nie siedział z lutownicą (uogólniam, zdarzało mu się w młodych latach) i nie wytrawiał płytek do układów scalonych. Od początku miał do tego ludzi. Oni byli od realizowania jego wizjonerskich pomysłów. W wywiadach z pracownikami Jobsa jak mantra powtarzane są zdania typu „był człowiekiem ciężkim jak cholera, ale dzięki niemu dokonywaliśmy niemożliwego”. Jedno i drugie jest prawdą. Kosztem współpracy była konieczność znoszenia tyranicznego sposobu zarządzania, niekiedy poniżania, zawsze obowiązku dawania z siebie wszystkiego. Wynagrodzenie to możliwość pracy z najlepszymi oraz to, co zawarte w zdaniu, które Jobs wypowiedział do jednego ze specjalistów pracujących w Coca-Coli, którego chciał mieć u siebie, a który wahał się i nie potrafił zdecydować o zmianie pracy: „Chcesz do końca życia sprzedawać słodką wodę czy wolisz zmieniać świat?”. Wiadomo, co wybrał.

Nie moją intencją jest przepisywanie biografii Jobsa. Najlepiej ją po prostu przeczytać. Wybrałem ją, bo stanowi przykład wyśmienicie napisanej historii czyjegoś autentycznego i ważnego życia. Pokazane zostało tło wydarzeń, korzystano z wielu źródeł; nie pominięto milczeniem ciemnych stron bohatera, co poskutkowało stworzeniem nie hagiografii, lecz rzetelnej biografii – Walter Isaacson wykonał swoją misję znakomicie. Zwracam na to uwagę, bo w dobie dzienniko- i biografiomanii wielu zapomina, że książka musi mieć jakość i sens.

Księgarniane półki w dziale biografie/dzienniki uginają się pod ciężarem wydawanych pozycji. Są trzy przyczyny takiego stanu. Trzecia podle ważności jest prozaiczna i możliwa do wyrażenia dwoma słowami: upływ czasu. Wielu autorów, wiedząc, że w ich wieloletnich zapiskach znajdują się informacje i komentarze mogące zaszkodzić niektórym osobom (i ich reputacji), zastrzegało sobie klauzulę karencji, strzegącą czasu, który musi minąć między opisywanymi wydarzeniami lub śmiercią autora a publikacją np. dziennika. Tak działo się w przypadku zapisków Marii Dąbrowskiej, Jarosława Iwaszkiewicza i innych. Wymagane lata minęły, więc wydawcy mogli „rzucić towar na rynek”. W tym miejscu pojawia się druga przyczyna wszechobecności książek o ludziach znanych: pieniądze. Osobiste notatki znanej postaci – najlepiej ważnej dla kultury lub kontrowersyjnej – to na wpół murowany hit sezonu. Wystarczy wziąć takowe „intymne zeszyty”, opatrzyć „komentarzem specjalisty”, dodać szczyptę „nieznanych faktów”, to wszystko okrasić kampanią promocyjną i już! – sprzedaż rośnie aż miło (tu należałoby się przyjrzeć przypadkowi Kronosa Gombrowicza, bo to trudna w lekturze książka trudnego pisarza, ciesząca się popularnością większą niż aktualni nobliści, o której mówiono w mediach i która na pewno zwróciła się wydawcy. Chciałoby się zakrzyknąć: Ludzie Książki, marketing działa!).

Już po parominutowym kursie podstaw ekonomii wiadomo, że sama podaż nie daje pieniędzy. Potrzebny jest jeszcze popyt. Na pierwszym miejscu przyczyn wszechobecności twórczości biografioidalnej znajduje się właśnie popyt, czyli chęć wchodzenia czytelników w kontakt z takimi książkami. Jest on ogromny. Bierze się z ludzkiej potrzeby, która niektórych wiedzie do piekła, innych do mądrości, jeszcze innych do szczęścia. Tą potrzebą domagającą się zaspokojenia jest… ciekawość. Z coraz większym trudem przychodzi nam podglądanie sąsiadów, nie możemy sobie pozwolić na wielogodzinne podpatrywanie zza stojącej w oknie paprotki, więc szukamy substytutu. Główne skrzypce grają portale społecznościowe, gdzie oglądamy to, co inni wrzucili i wrzucamy sami („wrzucać” to nad wyraz trafne określenie tego zjawiska, bo zakłada pewien nieład i brak kontroli). Potrafimy godzinami przeglądać czyjeś zdjęcia z wakacji i imprez, strony, które „lubi”, spisy znajomych. Sprawia nam to przyjemność. Lecz dochodzimy w pewnym momencie do ściany, którą trudno przeskoczyć. Tak jak kiedyś nie mieliśmy za sąsiada znanego piosenkarza, tak teraz może i mamy go wśród znajomych (stanowiąc ułamek procenta kilkudziesięciotysięcznej rzeszy fanów), ale prześladuje nas poczucie, że ta więź jest nie do końca szczera, że wiele informacji nasz umiłowany celebryta ukrywa. Chcemy więcej. Chcemy znać prawdę! Tu z pomocą przychodzą nam tabloidy. Zaspokajają nasz głód wiedzy (szlachetnie brzmi): odkrywają tajne romanse, wyciągają na wierzch grzechy sprzed lat, pokazują kompromitujące zdjęcia lub po prostu opowiadają o czyimś życiu. Przypuszczam, że chęć przyglądania się bliżej znanym postaciom jest bardzo, bardzo stara i swoiście wbudowana w naszą mentalność. Przed tabloidami były historie świętych, służące niekoniecznie umacnianiu wiary. Zmieniły się media, zmieniły się czasy, zmienili się święci. Ważne, żebyśmy się dowiedzieli i zaspokoili swój głód. Nie jest istotne, czy źródłem, z którego zaczerpniemy będzie telewizja śniadaniowa, brukowiec, Facebook czy biografia.

Przywołanie na wstępie książki o Stevie Jobsie nie było zabiegiem marketingowym i tylko w nieznacznym stopniu stanowiło potrzebę podzielenia się drobną recenzją wyśmienitej książki. Potrzebowałem takiego utworu, żeby pokazać, że biografia nie musi tylko zaspokajać ciekaw(sk)ości, może też pełnić funkcje dodatkowe. Wśród czytelników omawianej książki, prócz zagorzałych wyznawców Apple’a (tak należy nazywać wielu z nich; można też spotkać się z pojęciem Sekty Nadgryzionego Jabłuszka), można znaleźć miłośników biografii (do których zalicza się autor niniejszego tekstu), lecz nie tylko. Specjaliści od sprzedaży z wypiekami na twarzy ze stronicy na stronicę poznają magię skrajnego perfekcjonisty  Steve’a Jobsa, człowieka wyciskającego ze swych ludzi 120 procent możliwości. Fachowcy od marketingu próbują wchłonąć całą wiedzę zawartą w zdaniu, którym Jobs scharakteryzował swoją działalność: „Nie daję ludziom tego, czego chcą, tylko tworzę rzeczy, bez których nie będą potrafili się obejść”, bo ona stanowi klucz do rynkowego sukcesu. Biografii, które dają czytelnikowi coś więcej niż nakarmienie potwora ciekawskości, można znaleźć liczbowo sporo, lecz procentowo niewiele, bo rozpływają się w masie książek służących jedynie zastępowaniu wyglądania zza paprotki i nabijaniu kasy. Odpowiednie księgarniane półki pełne są historii życia aktorów, piosenkarzy, sportowców, kucharzy, tancerzy, celebrytów, prezenterów pogody, osób związanych z Kościołem katolickim (szczególnie Jana Pawła II, temat na osobne rozważania), modelek, artystów, postaci historycznych, zespołów muzycznych… Niedawno, zaskoczony obfitością, zmierzyłem centymetrem krawieckim, ile miejsca zajmują książki poświęcone piłkarzom. Wynik: 80 cm! I to wszystko były biografie osób żyjących, a z wyłączeniem Maradony, Pelego i kilku trenerów – osób młodych, wciąż aktywnych sportowo. Wisienką na torcie jest biografia Neymara da Silva Santos Júniora, czyli Neymara, zawodnika FC Barcelony, urodzonego w… 1992 roku! Zdziwi się ten, kto myśli, że książki tego typu dostarczają analiz futbolowej taktyki, wprowadzają w tajniki boiskowych rozwiązań, bo przeważnie skupiają się na młodzieńczej pasji biegania za piłką, trudnym dzieciństwie, uporze w podążaniu za marzeniem, trudzie znoszenia kontuzji, imprezach, dziewczynach, pieniądzach i szczęściu, jakim jest gra w aktualnym klubie etc. Pewnie jestem niesprawiedliwy, zadając cyniczne pytanie, co ciekawego może być w biografii 22-latka, którego największym osiągnięciem w sportowej karierze jest transfer z Brazylii do Europy za ogromne pieniądze lub co ważnego ma do powiedzenia jurorka w celebryckim szoł. Mimo to będę podobne pytania zadawać, licząc, że ktoś da mi satysfakcjonującą odpowiedź, bo na razie nie wiem, o co chodzi (a jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to wiadomo, o co chodzi).

Lubię biografie. Obecnie czytam książkę o życiu Leonarda Cohena, żeby potem zabrać się za Einsteina (pióra Waltera Isaacsona, ponoć wyśmienita) i Pepa Guardiolę. W kolejce czeka również Miłosz, wymagający dla siebie mnóstwa czasu, Szymborska, Beksińscy… Wiem, że nie zabraknie mi lektur, podobnie jak nie wyschnie morze biograficznej tandety i tabloidalnej sensacji. Clou sprawy stanowi trudność: spośród bio-masy wyłuskać nie to, co pozwoli zapchać żołądek, ale to, co pyszne i zawierające substancje odżywcze.

//Michał Kozień

Dodaj komentarz