BOND PO POLSKU

On 18 lutego 2014 by Justyna Skalska

Wszyscy, którzy oczekiwali poważnego, politycznego dramatu z makiawelicznymi wyborami i psychologiczną wojną nerwów w tle, srodze się zawiodą. Najnowszy film Pasikowskiego – Jack Strong to przede wszystkim kawał dobrego kina, które przez dwie godziny zapewni widzom świetną rozrywkę.

źródło: masakultury.pl

źródło: masakultury.pl

O filmach Pasikowskiego już od czasów Krolla zwykło się mówić, że są one najbardziej „amerykańskie” spośród wszystkich wytworów naszej kinematografii. Niech nie dziwi zatem, że gros recenzentów pieje (z zachwytu) lub syczy (ze złością), że najnowszy obraz reżysera, Jack Strong, garściami czerpie z kina sensacyjnego made in USA. A przecież wzorowanie się, lub, co gorsza, przeniesienie amerykańskich wzorców na polskie podwórko, może wywołać dwa, zgoła odmienne efekty: albo uznanie, albo śmieszność.

W tym przypadku Jack Strong – i piszą to z całą odpowiedzialnością widza niezainteresowanego politycznym tłem opowiedzianej przez Pasikowskiego historii – nie tylko się skutecznie broni, ale również wzbudza podziw. Dlaczego? Najnowszy film twórcy Psów to przede wszystkim kawał dobrego kina, które przez dwie godziny zapewni widzom świetną rozrywkę, a przy tym przemyci odrobinę ironii, humoru i tych rodzimych „smaczków”, które (gdy apetycznie podane) my Polacy tak bardzo lubimy. Tutaj nawet Murzyn przejawia typowo polskie, odrobinę wisielcze poczucie humoru: kto widział film, ten doskonale wie, którą scenę mam na myśli; temu, kto jest przed seansem, nie będę psuć zabawy niepotrzebnym streszczeniem.

Jack Strong jako film szpiegowski sytuuje się gdzieś pomiędzy stylistyką Fleminga i le Carré: z jednej strony mamy więc elektroniczne gadżety à la Bond (choć pisząc słówko „gadżety” trudno mi nie uśmiechnąć się znacząco pod nosem) i emocjonujące sceny pościgów, z drugiej widzimy klaustrofobiczne przestrzenie wojskowych biur i wszechobecny papierosowy dym, czujemy atmosferę paranoi i stopniowo rosnące napięcie. To wypośrodkowanie wyszło Pasikowskiemu nad wyraz zgrabnie.

Jak na twórcę Reichu przystało, Jack Strong to prawdziwie męskie kino. Kobiet tu jak na lekarstwo, w dodatku sylwetki psychologiczne obu pań – żony Kuklińskiego i amerykańskiej agentki – są słabo zarysowane i stanowią raczej tło, ale nie zdziwi się ten, komu filmy Pasikowskiego są dobrze znane. Zabrakło jednak typowych dla tego reżysera bon motów i sentencji, które, tak jak te z poprzednich obrazów, przeszłyby do historii polskiego kina.

źródło: culture.pl

źródło: culture.pl

Wszyscy ci, którzy oczekiwali poważnego, politycznego dramatu, z makiawelicznymi wyborami i psychologiczną wojną nerwów w tle, usiłującego odpowiedzieć na pytanie kim jest Kukliński – zdrajcą czy bohaterem – srodze się zawiodą. Jack Strong to typowa historia z tezą; stanowi to siłę i jednocześnie słabość tego filmu. Teza jest banalnie prosta i nie pozostawia widzom żadnych wątpliwości: Ryszard Kukliński, oficer wojska polskiego, funkcjonuje w rzeczywistości w której świat – podzielony na dwa wrogie obozy: wolnego Zachodu i zniewolonych przez komunizm krajów Bloku Wschodniego – staje na krawędzi wojny nuklearnej. By ratować swoją ojczyznę, która nieszczęśliwie znalazła się nie po tej stronie Żelaznej Kurtyny co trzeba, w stanie najwyższej konieczności decyduje się na współpracę z obcym wywiadem. I zostaje bohaterem.

Dzięki takiej tezie opowiedziana przez Pasikowskiego historia zyskuje na przejrzystości: po mocnym wejściu następuje zawiązanie akcji, w którym widz otrzymuje, jak na tacy, gładko wyłożone racje Kuklińskiego. Późniejsze zwroty akcji i punkt kulminacyjny, aż wreszcie samo rozwiązanie – nie zaskakują. I trudno się dziwić, skoro film oparty jest na faktach, które wszystkim są doskonale znane. Nie oznacza to, że Jack Strong traci przez to na wartości i nie jest w stanie zaciekawić: jasny podział na siły dobra i siły zła, sprawia, że widz od samego początku do końca kibicuje poczynaniom Kuklińskiego i z zapartym tchem śledzi ucieczkę porucznika i jego rodziny z Polski. Film jednak nie uniknął schematyzmu i pewnej dozy sztuczności, dającej szczególnie o sobie znać w końcowej scenie, w której główny bohater odpowiada na pytanie, czy uważa swój wybór za słuszny.

Trudno powiedzieć, czy jakakolwiek kreacja aktorska w Jacku Strongu zasługuje na większą uwagę: Marcin Dorociński na pewno nie zagrał tu swojej życiowej roli, sceny z Mają Ostaszewską wzbudzały na sali kinowej przede wszystkim salwy śmiechu (cóż, widzom, którzy pamiętają jej rolę z Przepisu na życie, trudno było uniknąć skojarzeń z osławioną już „Żabcią”…), a występ Zamachowskiego i Baki stanowił wyłącznie ciekawe urozmaicenie, podobnie jak obecność amerykańskiego aktora, Patricka Wilsona – znanego z filmów takich jak Upiór w operze czy Obecność.

Wszystko wskazuje na to, że Jack Strong zdoła uniknąć losu Katynia, Bitwy Warszawskiej oraz innych filmów, które dotykają wątków historycznych i nie będzie celem samych wycieczek szkolnych. Czy w historii polskiego kina po Hansie Klossie nadszedł czas Jacka Stronga? Czas pokaże.

//Justyna Skalska

Comments are closed.