Boska nie po Bożemu

On 20 grudnia 2012 by Katarzyna Waligóra

Marzłam, byłam szturchana przez aktorów, wyczyszczono mi buty rękawem bluzy, a moją cierpliwość wystawiono na najrozmaitsze próby – innymi słowy kolejną edycję krakowskiego festiwalu Boska Komedia uważam za zakończoną.

źródło: www.teatrpolski.wroc.pl

źródło: www.teatrpolski.wroc.pl

Preludium do wydarzenia stanowił tak jak w zeszłym roku gościnny spektakl zagraniczny. Tym razem zaproszono hiszpańską Materię primę – świetne przedstawienie, w którym dorośli aktorzy oddali swoje role bardzo zaangażowanym dzieciom. W niezwykle poetyckich obrazach, przywodzących miejscami na myśl plastyczne wizje Romea Castellucciego, opowiadano historie dzieci dotykające bardzo dorosłych problemów. Gorycz dojrzewania, refleksje o naturze zła, radość z sukcesów, poważne, nieledwie filozoficzne uwagi – wszystko to mogłoby być nieznośnie sentymentalne i kiczowate. Spektakl wyszedł jednak z tych niebezpieczeństw obronną ręką, głównie dzięki naiwności i delikatności małych aktorów, którzy nie tylko doskonale rozumieli wypowiadany tekst, ale także byli jego współautorami. Dzięki temu słowa brzmiały szczerze i przekonująco, zwłaszcza, że były przerywane scenami zabaw, które sprawiały uczestnikom niekłamaną radość. Pomagało też świetne opracowanie plastyczne i dźwiękowe. Efektem był bardzo ciekawy eksperyment na najwyższym artystycznym poziomie, a nie słodka bajka w czasie oglądania której wzruszamy się widząc na scenie dzieciaki.

Właściwa część festiwalu zaczęła się od szeregu spektakli złych i bardzo złych, ale potem pokazano przedstawienia bardzo dobre, nowatorskie, świetnie zrobione. Można śmiać się z teatralnych tendencji (wszechobecne laptopy, czasami w zaskakujących zastosowaniach i mikrofonowe zabawy), ale wybrane na festiwal produkcje stanowiły ciekawy przegląd tegorocznych dokonań polskich reżyserów. Ciekawy i przede wszystkim niezwykle różnorodny. Nie zazdroszczę międzynarodowej komisji, która stanęła przed koniecznością porównania skrajnie różnych estetyk i konwencji. Za najlepszy spektakl uznano Opowieści afrykańskie według Szekspira Krzysztofa Warlikowskiego. Reżyser pokazał kolejną produkcję z cyklu, który określam jako „teatr szklanych boksów” – pięciogodzinne przedstawienie nie było jednak nudne, zwłaszcza dzięki świetnym kreacjom aktorskim (genialne role Stanisławy Celińskiej i Ewy Dałkowskiej). Mimo to osobiście mam trzech innych faworytów.

Bezkrólewie

Królowa Śniegu, Michał Borczuch

Historię o Kayu i Gerdzie każdy kiedyś słyszał. Co się jednak stanie, jeśli ich losy przepiszemy na dwudziestowieczną opowieść dla dorosłych? Michał Borczuch podjął próbę. Nieudaną, być może, ale chyba jednak pod pewnymi względami cenną.

W całej tej historii brakuje najważniejszej postaci – Królowej Śniegu. Mówi  się o niej, ale nigdzie jej nie widać – Królowa najwyraźniej nie istnieje. Kto więc włożył odłamek lustra w serce i oko Kaya? Gerda szuka kochanka, ale ten przecież przez cały czas pojawia się w różnych kątach sceny wykonując dziwne ruchy i wydając dziwne dźwięki… Borczuch nie tylko sprawił, że relacja Kaya i Gerdy jest jak najdalsza od niewinności, ale przede wszystkim odarł ją z całej delikatności. Kochankowie (bo na scenie oglądamy kochanków, nie dzieci) w pierwszej scenie szukają wzajemnej bliskości, jednak ze wszystkich uczuć, którymi mogliby się obdarzyć, zostaje seks i brutalna szarpanina. Miłość, a przynajmniej umiejętność jej okazywania, chyba już dawno zniknęły – pozostał dojmujący brak. Kto więc włożył odłamek lustra w serce i oko Kaya? Wygląda na to, że nikt. Chłopak po prostu nie jest wart zainteresowania i poświęcenia Gerdy… Czasem tak bywa. Jednak dziewczyna będzie przez prawie dwie godziny poszukiwać kochanka. A na końcu, jak to bywa w opowieściach dorosłych, zamiast szczęśliwego zakończenia, gorzkie rozczarowanie. Kay jest jaki był – nadal nie spełnia ideału czułego kochanka (Gerdzie chyba też sporo do ideału brakuje). Policzek, odejście dziewczyny, wyciemnienie, słabe oklaski. Z morza bezsensu, nie-dziania się, krzyku i hałasu, ze scen statycznych, jakby zamrożonych, przeplatanych bezładną bieganiną, wyłania się pewien interesujący pomysł – odbaśniowienie historii, zderzenie jej z rzeczywistością, z tu i teraz dorosłych ludzi, którzy nie wierzą w bajki. Przyznaję, że przedstawienie jest męczące. Przyznaję, że sama wyszłam z niego poirytowana i rozczarowana. Potem jednak uznałam, że należy je docenić, głównie za tę trudną do zniesienia gorycz, do której doprowadzeni zostają bohaterowie. Oczywiście to nie ma być teatr przyjemny do oglądania, teatr który wzrusza i cieszy – moje zarzuty tyczyłby się jednak głównie kwestii formalnych. Niepotrzebne są niektóre sceny, pewne fragmenty przesadnie przeciągnięto, można mieć spore zastrzeżenia co do aktorstwa, nie do końca trafiony wydaje mi się pomysł uwikłania w historię grupy polarników – całkiem sporo zastrzeżeń. Z bezładu, który źle się ogląda, wyłania się jednak pewien przekaz, bardzo bolesny, który być może uderza nas dopiero po spektaklu, kiedy znajdziemy się w ciszy, tak odmiennej od przykrych dźwięków generowanych ze sceny. Kay i Gerda nie potrafią znaleźć języka. Baśnie są obciążone pięknymi, doskonale poskładanymi słowami, w nich wszystko wydaje się proste, dąży do pewnej całości, do kosmosu. U Borczucha dostajemy chaos. Przede wszystkim chaos sprzecznych oczekiwań, półsłów, odgłosów. Kay nie mówi w spektaklu prawie nic, wydaje za to z siebie nieartykułowane dźwięki, a kiedy wreszcie ma przemówić, kiedy spodziewamy się, że powie coś romantycznego, delikatnego, coś adekwatnego do sytuacji – totalnie zawodzi. Zawodzi bohater czy zawodzi jego język? Tego co mówi nie chciałaby usłyszeć żadna kobieta, zwłaszcza Gerda… Jednak język kobiety także zawodzi – to dlatego rozpoczyna spektakl od słów „pieprzmy się”, a potem cierpi, bo dostaje dokładnie to, o co poprosiła, a nie to, czego naprawdę chciała. Dość przejmująca jest też scena kolejna, w której dziewczyna wyraża sprzeczne prośby („zrób mi herbatę, albo nie, zostań”) – w końcu prosi, żeby Kay ją przytulił. Chwilę potem mężczyzna ją opuści – bajkowego powrotu nie będzie. To być może banalne, na pewno nie nowatorskie, ale między bohaterami wytwarza się jakiś rodzaj napięcia, które umożliwia przekazanie widzowi w sposób niewerbalny (a zatem bez kiczu do którego prowokują słowa, także recenzji) istotnych jak się wydaje problemów.

Boli spektakl i być może boli także brutalna dekonstrukcja historii, którą znamy z dzieciństwa. Boli ingerencja rzeczywistości (choć nie odwzorowywanej mimetycznie na scenie) w idealny świat baśni. W przedstawieniu nawet słowa zaczerpnięte z opowiadania brzmią jakoś tak fałszywie i niewiarygodnie. Czujemy przecież, że to nie czerwone buciki przyniosą rozstrzygnięcie. Historia z lustrem, które zatruwa Kaya, przybiera kształt groteskowej hiperboli – znowu kłamstwo. Przejmujący jest ten totalny brak magii, powszechnej szczęśliwości, przekonania o pomyślnym rozwiązaniu historii, które gwarantują przyjemność z czytania baśni. Borczuch, przy wszystkich zastrzeżeniach i całym zmęczeniu jakie udało mu się wywołać wśród publiczności, próbował, jak się wydaje, powiedzieć coś o pewnym wycinku naszej niebaśniowej rzeczywistości. I za to bardzo doceniam jego spektakl, nawet jeśli nie podzielam zawartych w nim wizji i przekonań. Do niego należą także trzy najbardziej przejmujące sceny festiwalu, takie, których nie udało się uzyskać w innych, lepszych spektaklach.

Dwunastu w garniturach

Dwunastu gniewnych ludzi, Radosław Rychcik

„Nie zazdroszczę wam waszego zadania” – informuje kobiecy głos. Właśnie dowiedzieliśmy się, że na naszych oczach dwunastu ławników będzie rozstrzygać o winie lub niewinności podejrzanego o morderstwo mężczyzny. Podnosi się czarna kurtyna i w błyskach ostrych świateł, przy dźwiękach rytmicznej muzyki widzimy dwunastu mężczyzn w różnym wieku – dwunastu gniewnych.

fot. Bartłomiej Sowa

fot. Bartłomiej Sowa

Spektakl Rychcika oparty na filmie Sidneya Lumeta operuje bardzo prostymi środkami. Na brzegu sceny dwanaście mikrofonów, z tyłu dwanaście krzeseł a nad nimi zawieszony wielki, odwrócony pies. Dużo pustej przestrzeni. Sprawa, którą mają rozstrzygać ławnicy wydaje się oczywista – wstępne głosowanie daje wynik 11:1 za winą oskarżonego. Każdy z dwunastu mężczyzn ma jakiś jeden, charakterystyczny dla siebie rys (charakterologiczny lub estetyczny) – w ten sposób postaci tworzą mniej lub bardziej wyraziste typy, układające się w świadomie prostą różnorodność. W pierwszym głosowaniu wyłamał się jeden człowiek, który popsuł pozostałym wizję szybkiego powrotu do domu i… rozpoczął show. Nie o sądową sprawę w spektaklu chodzi, a o teatr, performerski pokaz, grę. Od jednego głosu sprzeciwu zaczyna się szereg retorycznych przepychanek, który ujawnia kompleksy i charaktery dwunastu gniewnych. Psychologiczne rozgrywki są jednak rysowane grubą kreską, nie one są bowiem najważniejsze. Najważniejszy jest stale przyspieszający rytm argumentów, kontrargumentów i intelektualnych wolt. W spektakularny sposób podważane są kolejne dowody zbrodni, przekonywani kolejni przysięgli. Czujemy, że od pewnego momentu poruszamy się w sferze, w której prawda nie istnieje – jej miejsce zajmuje racja jednej lub drugiej strony. Ostateczny wyrok tak naprawdę jest nieistotny, podkreśla to otwarte zakończenie przedstawienia. Tempo narzuca zarówno świetnie dobrana (choć momentami za długo przeciągana) muzyka, jak i rytm kroków przysięgłych. Na dobre wyszła Rychcikowi współpraca z choreografem Rafałem Urbackim zwłaszcza, że spektakl w warstwie wizualnej opiera się w dużej mierze na chodzeniu przysięgłych po scenie tam i z powrotem.

Bardzo łatwo publiczność daje się wciągnąć w fascynujący spór sędziów. Wszystko poprowadzone jest tak, żeby było ciekawie i widowiskowo, stopniowo podkręcane tempo także służy utrzymaniu napiętej uwagi widzów. W tej przemyślanej strukturze pojawiają się jednak świadome pęknięcia. To dzięki nim uświadamiamy sobie, w jak bardzo perfidną grę zostaliśmy wciągnięci. Z jednej strony oglądamy fascynujące show, retoryczne zwroty akcji na świetnym poziomie, z drugiej wiemy przecież, że gra toczy się o życie młodego chłopaka. Jego wina nie ma żadnego znaczenia, liczy się tylko to, czy uda się przeciągnąć na swoją stronę kolejnych graczy. Rzadko kiedy „gapienie się” widza w teatrze ma tak silne moralne przeciwwskazania jak tutaj, rzadko kiedy obciążone jest taką odpowiedzialnością.

W spektaklu Rychcika nie ma prawdy, niewinności i słusznej obrony. Dyskomfort oglądania jest podstawową wartością przedstawienia, dzięki niemu widzowi pozostawia się spore pole do refleksji i wyjście poza myślenie w kategoriach binarnych opozycji. „Dobrze, że trafiła nam się sprawa o morderstwo” pada w pewnym momencie ze sceny. Istotnie, inaczej nie byłoby show.

Iwona zelektryfikowana

Iwona, księżniczka Burgunda, Krzysztof Garbaczewski

Po pierwszej krótkiej scenie aktorzy znikają za białymi parawanami. Uwaga publiczności musi przenieść się na duży, zawieszony nad sceną ekran, na którym wyświetlana jest transmisja live z tego, co dzieje się za parawanami. Oczywiście można się zastanawiać, czy przypadkiem nie jesteśmy oszukiwani – może pokazuje się nam tylko wcześniej spreparowane nagranie? Ruchy jeżdżącej nad sceną kamery i niektóre dźwięki potwierdzają jednak autentyczność transmisji.

W pałacu za parawanami toczą się kolejne sceny z dramatu Gombrowicza i jednocześnie parodiowane są kolejne konwencje filmowe. Doskonale dobrana muzyka wskazuje nam na gatunek lub na odwołanie do konkretnego filmowego cytatu. Połączenie bezpośrednich nawiązań kinowych i zastosowanie kamer daje niezwykle ciekawy efekt. Zwłaszcza, że wyświetlana na ekranie transmisja jest robiona z niezwykłą precyzją, przy użyciu kilku kamer, z wykorzystaniem zmiennej perspektywy i idealnej synchronizacji czasowej. Z biegiem trwania akcji spektaklu niszczone są fragmenty papierowych parawanów – dzięki temu widz uzyskuje dwa przekazy tego, co dzieje się na scenie. Z jednej strony cały czas widzi precyzyjną transmisję na ekranie, z drugiej przez dziury w parawanach może obserwować aktorów oraz kamerzystów i ekipę techniczną. Odsłonięcie „kuchni” nagrywanego materiału przypomina trochę krótkie nagrania ujawniające pracę ekip na planach filmowych. W przedstawieniu Garbaczewskiego dostajemy jednak dwa symultaniczne obrazy i możemy zdecydować, który w danym momencie będziemy oglądać. Nawiązujący szeroko do kina spektakl wykorzystuje także najrozmaitsze teatralne tricki, chociażby świetnie używa sceny obrotowej i lustra. Użycie transmisji live i zabawy kamerami nie są oczywiście niczym nowym, choć w teatrze polskim są nadal dość słabo rozpowszechnione. W spektaklu Garbaczewskiego ten pomysł zagrał zresztą bardzo dobrze i został inteligentnie powiązany z wybraną konwencją.

Można mieć pewne zastrzeżenia co do czytania dramatu Gombrowicza. Nie podobało mi się rozpoczęcie spektaklu od wprowadzenia męskiej wersji Iwony i potem zamienienie jej na kobietę. Nienajlepiej też wypadła kreacja tytułowej bohaterki – Iwona Garbaczewskiego odznaczała się przesadnym aktywizmem. Przez nadmiar ruchów aktorki, bardzo dosłowne gesty i dopisane sceny (głównie scenę stosunku miłosnego z Filipem) reżyser stracił najważniejszy jak się wydaje walor postaci, która właśnie poprzez swoją bierność jest kimś niejednoznacznym, zbliżonym do lalki, kto ujawnia ukryte tajemnice dworu. Świetnie za to wypadła kreacja Izy – małomównej, zastraszonej, niepozornej, nieco histerycznej. W interpretacji tekstu nacisk położono na jego groteskowy oraz absurdalny charakter i konsekwentnie poparto ten pomysł opisywaną wcześniej zabawą z konwencjami i cytatami filmowymi.

Iwona na wesoło wzbudziła entuzjazm publiczności i zgarnęła nagrody za najlepszą scenografię i  najlepsze opracowanie wizualne. Nie da się ukryć, że trudno w tym przypadku o lepszy wybór.

Comments are closed.