Czekając na superbohatera

On 1 listopada 2012 by Lidia Prokopowicz

Ameryka. Rok 1938.

Na łamach magazynu Action Comics debiutuje Superman, opiekun i obrońca Metropolis, uważany przez wielu za pierwszego superbohatera.
Rok później w 27 numerze Detective Comics pojawia się Batman. Fani komiksów dostają wszystko, co najlepsze w zwartym pakiecie: detektyw, miliarder, playboy i superbohater w jednym.  Człowiek Nietoperz tylko dzięki swojemu nowoczesnemu wyposażeniu i umiejętnościom walki może mierzyć się ze złem i pilnować porządku w Gotham City. Ponadto Batman, co odróżnia go od Supermana, jest człowiekiem i ma ludzkie powody do zemsty. Staje się nam bliższy.
Trwa druga wojna światowa, wydawnictwo znane dziś jako Marvel Comics kreuje swoją pierwszą postać– Kapitana Amerykę. Bohater ten na łamach komiksu walczył z III Rzeszą. Jego największym wrogiem staje się Red Skull, nazistowski superzłoczyńca. Autorzy za pomocą kolejnych przygód superżołnierza chcą wzbudzić w ówczesnej amerykańskiej młodzieży odrobinę patriotyzmu. Udanie sugerują swoim czytelnikom, że bohaterem może być każdy. Musi tylko zażyć końską dawkę specjalnej substancji i poddać się działaniu promieni Vita.

Biały Orzeł #1 strona 4 scenariusz: Maciej Kmiołek rysunki: Adam Kmiołek kolor: Daria Widermańska-Spala

Biały Orzeł #1 strona 4 scenariusz: Maciej Kmiołek rysunki: Adam Kmiołek kolor: Daria Widermańska-Spala

Polska. Czasy obecne…

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o nowym, polskim komiksie pomyślałam, że to nie może się udać. Po pierwsze: tytuł brzmiał strasznie– Biały Orzeł. Po drugie: znam już zapędy polskich twórców, którzy chcą stworzyć coś „nowego i lepszego” i nawet jeśli im się to uda, to projekt szybko umiera.
Biały Orzeł. Pierwszy lot nie jest lepszy niż amerykańskie komiksy, ale trzyma ich poziom.  Po dłuższym zastanowieniu stwierdzam nawet, że imię bohatera nie jest wcale takie złe. Ba, brzmi nawet troszkę lepiej niż: Kobieta Kot, Człowiek Zagadka, Kapitan Ameryka czy Człowiek Nietoperz.
Należy docenić niesamowicie udaną kreskę i dynamikę kadrów, bo dialogi w Białym Orle, niestety kuleją. Istnieje jednak cień szansy, bo po przeczytaniu dwóch zeszytów dostrzegam, iż wypowiedzi bohaterów podlegają pewnej ewolucji.
Zdaje się, że największym problemem twórców jest fabuła, bowiem powtarza wszystkie możliwe schematy. Zobaczmy:

Aleks Poniatowski „wypada” z okna, ale nie umiera. Wraca jako superbohater, bo została mu zaaplikowana jakaś nowoczesna substancja.  Nocami lata po Warszawie w swoich odrzutowych butach i ekstra biało-czerwonym kombinezonie. Nie ma peleryny ani skrzydeł, ma za to pomocnika, który jest dla niego tym czym Wyrocznia dla Batmana. Brzmi świetnie i banalnie zarazem.

Nie wiadomo czy Biały Orzeł na dobre zagości na polskim rynku, przesyconym tekstami kultury napływającymi z zachodu. Ponoć Polacy mają lepszy gust niż Amerykanie. Z drugiej strony zasada, że wszystko co nasze, polskie należy skrytykować i zadeptać w zarodku, zobowiązuje obywateli do działania.Już niedługo czwarty numer Białego Orła. Na kolejną falę krytyki pod adresem tegoż komiksu czekam z niecierpliwością.

Tymczasem w Ameryce…

Trwa emisja Arrow, najnowszego serialu sieci The CW Television Network.

Seria ta opowiada o losach milionera Olivera Queena, zwanego przez przyjaciół Ollie, a przez kolegów po fachu Green Arrow. Jest to fikcyjna postać pochodząca z komiksowego uniwersum DC (tego samego świata, do którego należą Superman i Batman). Zielona Strzała podobnie jak Człowiek Nietoperz czy Iron Man nie posiada super mocy i polegać może jedynie na swoim geniuszu i swoich milionach.
Pierwszy sezon zaplanowany jest na jedyne 10 odcinków, choć twórcy materiału mają w bród. Śmiem twierdzić, że historie o superbohaterach nigdy się nie kończą, zawsze można ich wciągnąć w nową fabułę i kolejne walki. Niestety jednak serialowa postać Oliviera Queena nie jest porywająca. W komiksie Green Arrow zdawał się mieć więcej charakteru. Grający go obecnie Stephen Amell nie wnosi nic ekscytującego do ekranizacji, jest aktorem bardzo przeciętnym. Jedyną barwną postacią jest Thea Queen, siostra Oliviera, grana przez Willa’e Holland.
Wydaje się, że serial nie zrobi wielkiej furory wśród przeciętnych odbiorców, gdyż bije od niego szarością i banalnością. Stanowi jednak miłą przygodę dla fanów orientujących się co nieco w uniwersum.

Sieroty to najlepsi rekruci…”

Gdy twórcy takich filmów jak: The Avengers, Niesamowity Spider-Man, The Dark Knight Rises czy Skyfall zapominają o kompleksach, względem kina ambitnego, powstają pasjonujące widowiska, w których nie ma miejsca na głębokie treści, za to nie brakuje go na spełnianie oczekiwań odbiorców. Skyfall było reklamowane w sposób tak nachalny, że przeciętny polski obywatel bał się otworzyć lodówkę, by nie wyskoczył na niego Bond, z pistoletem w ręku, może nawet nożem. Siedząc w kinie widzowie mieli zresztą okazję, by zapoznać się z reklamami wszystkich produktów towarzyszących promocji tego filmu: telefony, laptopy, telewizory, napoje, perfumy. Wszystko.
Sam film, o dziwo, okazał się być naprawdę dobry. James Bond pełną gębą i bez kompleksów. Nawet efektów specjalnych nie było tak dużo i nikt nie zainwestował w 3D. Wszystkie tanie chwyty, zastąpione zostały przez solidną, zrozumiałą i bardzo klasyczną fabułę.
Bohater uzyskał wreszcie zdecydowany zarys psychologiczny, pogłębił więzi z otaczającymi go postaciami. Miał szansę zaistnieć jako osobny byt, z własnym zdaniem i ciekawą przeszłością.
Taki zmieniony James Bond wraca do Skyfall, swojej rodzinnej posiadłości, by tam w mrocznej scenerii zmierzyć się z wrogiem nie do końca swoim. W wirtuoza zła wciela się nie kto inny jak sam Javier Ángel Encinas Bardem, aktor znany z takich filmów jak Duchy Goi, Miłość w czasach zarazy, Vicky Cristina Barcelona czy wreszcie To nie jest kraj dla starych ludzi.
Interesująco inny jest też agent 007, pozbawiony gadżetów i lubujący się w piciu whisky. Czy to wiek go zmienił czy upadek z wysokości, widz musi zdecydować sam. Bo twórcy już zdecydowali i odeszli od czterdziestominutowych strzelanin, przetykanych wybuchami samochodów i budek telefonicznych. Być może postawili na innego odbiorcę, takiego, który przychodzi do kina i żąda czegoś estetycznego i pięknego. Takiego, którego byle efekt specjalny nie ucieszy, bo widział ich już miliony. Twórcy Skyfall wyciągnęli niewykorzystaną do tej pory kartę i postawili na nią dużą sumę. Udało się.

Zaskoczyli mnie feerią barw i wystudiowanymi kadrami. Niekiedy ocierając się o kicz jak wtedy, gdy jedną z ważniejszych walk zrealizowali w formie tańca dwóch cieni na tle wściekle niebieskiej, migoczącej i falującej meduzy. I nagle wszystko staje się dziwnie oniryczne.
W takiej samej konwencji, sennego marzenia, nakręcona została czołówka filmu. Czerwień, błękit, krew, kobiety i jelenie- niczego nie brakuje. Instytucja sama w sobie. Jak sceneria kasyna w Makau, gdzie agent 007 poznaje magicznie piękną Sévérine, zagraną przez Bérénice Marlohe.
Lecz nie zapomnijmy, że prawdziwą dziewczyną Bonda w tym filmie jest M. Postać szefa MI6, w którą wcieliła się Judi Dench, rzuca ona nowe światło na wszystko co do tej pory myśleliśmy o Bondzie. Całej, dynamicznej rozgrywce wtóruje równie energiczna muzyka, niekiedy będąca celowym komentarzem do wydarzeń. Ścieżka dźwiękowa łączy w sobie kilka znanych bondowskich motywów przewodnich, znanym niektórym widzom już tylko z reklam.
Skyfall zdaje się być zarówno niskim ukłonem w kierunku wiernych fanów jak i próbą zachęcenia nowej widowni do kontaktu z kolejnymi częściami przygód agenta 007.

Nowy film zapewne wpasuje się idealnie w lukę pomiędzy takimi dziełami jak: Iron Man 3 (2013), Thor: The Dark World (2013), Człowiek ze Stali (2013), Captain America: The Winter Soldier (2014), Amazing Spider Man 2 (2014), Avengers 2 (2015). Czekamy z niecierpliwością.

Dodaj komentarz