DO CZTERECH RAZY SZTUKA

On 7 listopada 2014 by Kamil Popiela

Rozmowa z prof. Jackiem Majchrowskim, prezydentem Krakowa.

Kamil Popiela: „Sądziłem, że sytuacja ułoży się w ten sposób, że nie będę musiał kandydować.” Tak mówił Pan na konferencji prasowej w czerwcu tego roku. To oświadczenie brzmi jak wałęsalik „Nie chcem, ale muszem!” W takim razie chce Pan, czy musi?

Jacek Majchrowski: Jedno drugiego nie wyklucza. Chcę, bo wiem dokładnie co w czwartej kadencji chciałbym zaproponować krakowianom. Muszę, bo czuję się odpowiedzialny za miasto. Moja ambicja, żeby trzymać samorząd z dala od polityki, nie jest pozbawiona racji. Kilka dni temu przeczytałem w gazecie, że listy kandydatów na radnych Krakowa jednej z dużych partii były zatwierdzane w Warszawie. Polityk, który to mówi, nie widzi nawet niczego niestosownego w takim stwierdzeniu. A przecież oznacza to w praktyce, że decyzje kluczowe dla miasta będą podejmować ludzie, którzy są ubezwłasnowolnieni przez Warszawę. Nie będą się więc kierować interesem miasta, tylko czekać na wytyczne z centrali.

Prof. Jacek Majchrowski ubiega się o stanowisko prezydenta Krakowa po raz czwarty i ostatni

Prof. Jacek Majchrowski ubiega się o stanowisko prezydenta Krakowa po raz czwarty i ostatni

„Kandydując na prezydenta Krakowa, prof. Jacek Majchrowski chce uwolnić radę miasta od politycznych rozgrywek” – tak napisał o Panu w 2002 roku Tygodnik Przegląd. I przez te lata nic się nie zmieniło, bo wciąż mówi Pan o upartyjnieniu Krakowa. Czy to rzeczywiście najważniejszy powód by ubiegać się o kolejną kadencję?

To bardzo ważny powód. Już częściowo wyjaśniłem dlaczego. Byłem wielokrotnie świadkiem sytuacji, gdy przepadała dobra dla miasta uchwała, bo przecież PiS nie zagłosuje na propozycję PO i odwrotnie. Niezależnie od tego, gdybym nie miał pomysłu na miasto na następne cztery lata, nie zdecydowałabym się kandydować.

Dwanaście, a być może szesnaście lat to dużo jak na pracę w jednostce samorządowej. Nie popadł Pan w rutynę?

Na stanowisku prezydenta Krakowa nie można popaść w rutynę. Jeżeli codziennie podpisuję około 200 pism – jak mi ostatnio wyliczono – to proszę sobie wyobrazić ile spraw dzieje się w mieście, z iloma osobami trzeba się spotkać, ile decyzji podjąć. To także ciężka fizyczna praca, najczęściej siedem dni w tygodniu.

Wciąż uważa się Pan za „sprawdzonego” prezydenta?

Jeżeli krakowianie trzy razy z rzędu powierzali mi to stanowisko, to widać ufają mi. Wiedzą, że nie obiecuję nigdy rzeczy nierealnych, ale też jeżeli już coś obiecuję, to za wszelką cenę staram się dotrzymać obietnicy. Myślę, że pod tym względem jestem „sprawdzony”.

Krakowianie uznają Pana za sprawdzonego, bo pewnym jest, że tuż przed wyborami Kraków jest remontowany na potęgę – wystarczy zobaczyć rozkopaną Nową Hutę lub inwestycje na południu miasta, na Centrum Kongresowym kończąc…

Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Kraków jest remontowany wtedy, kiedy są pieniądze. Proszę pamiętać, że mijająca kadencja była najtrudniejsza, jeżeli chodzi o finanse samorządów, nie tylko Krakowa. Przekonaliśmy się na własnej skórze, co oznacza „kryzys gospodarczy”. Najtrudniej było w 2011 roku. Wtedy musieliśmy ograniczać wydatki na remonty. Teraz, gdy sytuacja zdecydowanie się poprawiła, nadrabiamy zaległości z chudych lat. Co do Centrum Kongresowego, to tak zaplanowany był cykl inwestycyjny, by skończyć budowę do końca 2014 roku. Jeżeli Pan sugeruje, że otwarcie Centrum Kongresowe w przededniu wyborów jest złe, to odpowiem Panu od razu, że nie widzę w tym niczego złego. Zawsze podkreślałem, że to inwestycja bardzo ważna dla miasta, a dla mnie osobiście jeden z priorytetów, żeby Kraków mógł się rozwijać i uważam, że nie jest grzechem pokazanie krakowianom, że dotrzymałem złożonej obietnicy – mamy Centrum, dzięki któremu rozwiniemy gałąź turystyki biznesowej w Krakowie.

Co w takim razie w Krakowie trzeba zmienić w najbliższym czasie, by było lepiej niż jest teraz – po 12 latach Pana rządów?

Moja pierwsza kadencja to było nadrabianie zapóźnień cywilizacyjnych, o których teraz już chyba niewiele osób pamięta. Na osiedlach peryferyjnych budowaliśmy wodociągi i kanalizację. Kolejne dwie kadencje to budowanie Krakowa, o którym możemy powiedzieć, że jest metropolią. Wydaje mi się, że to zamierzenie też się udało: wybudowaliśmy wszystko, co jest potrzebne do rozwoju naszego miasta w przyszłości. Uważam, że w pewnym sensie należy wrócić do początków – czyli do jakości życia mieszkańców. Tylko 12 lat temu mówiliśmy o rzeczach podstawowych, jak wodociąg. Teraz możemy zacząć rozmawiać o wygodzie życia w mieście. Należy się skupić na rzeczach nam bliskich: czystym powietrzu, powiększaniu terenów zielonych, doskonaleniu komunikacji miejskiej, budowie ścieżek rowerowych, bezpieczeństwie.

W minionej kadencji jednym z ważniejszych problemów miasta stał się smog. Jak chce Pan doprowadzić do tego, by w Krakowie wreszcie oddychało się z ulgą?

Ciągle liczę na to, że uda się uratować uchwałę sejmiku, zakazującą palenia w piecach węglowych. My, jako miasto, musimy być konsekwentni. Niezależnie od tego, czy zakaz obwiązuje czy nie, musimy finansować wymianę pieców węglowych, a także utrzymać program osłonowy dla najuboższych. Nie mówię tutaj już o inwestycjach na przykład w ekologiczny tabor komunikacji miejskiej – w tej chwili mamy jedyną bodajże w Europie linię autobusową, obsługiwaną w całości przez pojazdy elektryczne i najwięcej autobusów z silnikami spełniającymi normę EURO6, czyli obecnie obowiązującą najbardziej restrykcyjną normę ochrony środowiska.

A co z peryferyjnymi terenami Krakowa, na których mieszkańcy żyją w domach jednorodzinnych i ogrzewają je węglem, drewnem, tj. Kurdwanów, Bieżanów, Kliny, Zwierzyniec? Czy oni też mogą liczyć na wsparcie ze strony miasta przy wymianie instalacji węglowej? Obecnie władze kładą nacisk na tę akcję przede wszystkim w centrum.

Jak najbardziej, wspieramy finansowo każdego, kto chce zlikwidować piec. Różnica polega na tym, że mieszkańcy kamienic w centrum często chcą wymienić ogrzewanie na wygodniejsze i nowocześniejsze, natomiast budujący nowe domy na peryferiach miasta od razu zakładają, że taniej będzie ogrzewać dom na tzw. „ekogroszek”, w którego przypadku przedrostek „eko” jest nieporozumieniem. To właśnie im uchwała sejmiku zakazałaby takich nowych inwestycji. Bo cóż z tego, że będziemy likwidować stare piece, gdy nie mamy prawa powstrzymać instalowania nowych?

Igrzysk w Krakowie nie będzie. Dość umiejętnie współpracował Pan z Jagną Marczułajtis-Walczak, wedle zasady: jak wyjdzie to będę ojcem sukcesu, jak nie uda się, to odpowiedzialność zrzucę na innych – wielu krakowian tak właśnie odbierało Pana poczynania. No i nie udało się… Nie czuje się Pan odpowiedzialny za przegrane referendum w tej sprawie?

Mam wrażenie dokładnie odwrotne. To znaczy na początku było wielu zwolenników zorganizowania igrzysk, którzy zniknęli przed samym referendum i nie wspierali mnie w przekonywaniu krakowian, ze to szansa na pozyskanie dużych kwot na inwestycje dla miasta. Nie czuję się przegrany. W końcu sam zapytałem krakowian o zdanie. Szanuję ich decyzję, aczkolwiek osobiście bardzo żałuję.

W wywiadzie dla „Gazety Krakowskiej” w 2009 roku powiedział Pan, że „Krakowa nie stać na metro”. Dlaczego w 2014 propozycja metra jest, Pana zdaniem, warta rozwagi? Pozazdrościł Pan Hannie Gronkiewicz-Waltz?

Pytanie o metro było jednym z pytań, które radni Platformy Obywatelskiej dodali do pytań referendalnych. Krakowianie odpowiedzieli się za metrem, więc teraz jesteśmy na etapie analiz, jakie mamy możliwości finansowe pozyskania środków zewnętrznych na tą inwestycje, bo jak się Pan domyśla, realizowanie jej z budżetu miasta jest nierealne. W tym sensie podtrzymuję moje zdanie, że nie stać nas na metro. Musimy także zaproponować taki przebieg linii, by metro było jak najbardziej funkcjonalne oraz ekonomiczne. To jest największy krakowski problem z budową metra. Wiele opracowań wskazuje na to, że w Krakowie jest po prostu za mało pasażerów, żeby inwestycja była opłacalna i pilniejszą potrzebą jest rozbudowa linii tramwajowych, by dobrze skomunikować duże osiedla peryferyjne, niż budowa linii metra. Osobiście przekonuje mnie ta argumentacja. Krakowianie jednak wyraźnie opowiadają się za metrem, więc jak już mówiłem, szukamy najkorzystniejszego rozwiązania, by zrealizować ten postulat.

A jeśli nie metro to dalszy rozwój komunikacji miejskiej? Jak odniesie się Pan do propozycji kontrkandydatów, by krakowianie mogli jeździć za darmo autobusami i tramwajami?

Uważam, ze rozbudowa sieci tramwajowej jest kluczowa, ponieważ ograniczymy ruch samochodów w mieście i tym samym przyczynimy się do poprawy jakości powietrza. Teraz przyszedł czas na rozbudowę sieci w północnej części Krakowa. Natomiast jeżeli chodzi o propozycje kontrkandydatów, to wielokrotnie mówiłem, że niczego nie ma za darmo. Po prostu zapłacimy za utrzymanie komunikacji w innej formie. Pieniądze w budżecie miasta to nie są pieniądze „niczyje”. To nasze pieniądze, z naszych podatków. Tak czy inaczej zapłacimy więc za przejazd. Utrzymanie komunikacji miejskiej to w Krakowie koszt ok. 400 mln złotych. 60 proc. z tej kwoty pochodzi z biletów, reszta – z budżetu miasta. Po wprowadzeniu bezpłatnych biletów cała kwota 400 mln musiałaby pochodzić z kasy miasta, a to oznaczałoby, że musielibyśmy zrezygnować z innych wydatków, bo nie wyobrażam sobie, że krakowianie chcieliby pogorszenia jakości komunikacji – likwidacji linii, czy zmniejszania częstotliwości kursów. Nie mówię tutaj już o inwestycjach w komunikację. Na nie też potrzeba pieniędzy. Opowiadanie, że tak kosztowne zadania jak utrzymywanie komunikacji miejskiej, może być dla mieszkańców całkowicie bezpłatne, jest skrajnym populizmem i z tego co wiem, na takie rozwiązanie nie zdecydowało się żadne duże miasto w Europie, mimo że wiele z nich jest znacznie bogatsze od nas.

Sondaże przedwyborcze wskazują, że w Krakowie odbędzie się druga tura. Jest Pan jedną z osób, które najprawdopodobniej do niej wejdą. Który z kandydatów: Berkowicz, Gibała, Lasota, Leśniak, Patena, Ptaszkiewicz jest dla Pana największym zagrożeniem?

Zawsze unikam oceny kontrkandydatów i nigdy żadnego nie lekceważę.

Jeśli Pan wygra, będzie to Pana ostatnia kadencja? W końcu za 4 lata Kraków zapewne wciąż będzie upartyjniony…

Za cztery lata osiągnę wiek emerytalny przewidziany dla profesorów akademickich…

A gdyby Pan nie ubiegał się o ponowny wybór, to na którego z kandydatów by Pan zagłosował?

Powiem zupełnie uczciwie, że miałbym ogromy problem z wybraniem kandydata. 

//Kamil Popiela

TEKST z #DO15

#15DO

Comments are closed.