DOMKACJE – DLACZEGO NIE?

On 2 października 2013 by Lidia Prokopowicz

Nowa moda?

Coraz więcej osób, zwłaszcza młodych, spędza wakacje w swoim rodzinnym mieście bądź regionie. Nie zawsze jest to wybór dobrowolny, czasami zmuszeni jesteśmy zostać u siebie z powodów ekonomicznych, albo rodzinnych. Nie stać nas, bądź nie możemy pozwolić sobie na dwa, trzy tygodnie wylegiwania się na plaży w Grecji. Ale czy to oznacza, że mamy spędzić swój urlop w domu? W łóżku? Na działce u babci?

Co roku na początku lipca znane portale internetowe rozpisują się na temat alternatywnych sposobów spędzania wakacji. Jeszcze parę lat temu tematem numer jeden były wyjazdy zarobkowe.  Teraz zdaje się kryzys uderzył w Polaków, bo jakoś nikt „na truskawki” nie jeździ, a przynajmniej gazety o tym nie piszą. Teraz w modzie jest staycation, jako idealny dodatek do płóciennej torby i wąskich spodni. Trzeba jednak zauważyć, iż samo zjawisko wcale nie przyszło do nas (jak chciałoby wielu) z zachodu. Ten sposób spędzania czasu w okresie wakacyjnym praktykowali także nasi dziadkowie, ci bardziej wykształceni i ciekawi świata. Obecnie staycation stało się modne, ale bardziej jako słowo, a nie alternatywny sposób spędzania czasu. Trochę tak jak piątkowo-sobotnie chodzenie z klubu do klubu. Kiedyś po prostu poszukiwanie darmowych drinków, dzisiaj clubbing.

Staycation – czym to się je?

Być na staycation, to spędzać wakacje we własnym mieście i aktywnie je zwiedzać. Chodzić na całodniowe wycieczki, robić zdjęcia, w muzeum korzystać z usług przewodnika, a w nocy spać we własnym łóżku. Urlop celowo wykorzystać do tego, by lepiej poznać swoje miasto lub region. Nic w tym dziwnego, można przez wiele lat mieszkać na przykład w Krakowie czy Gdańsku i nie znać połowy zabytków, nie wspominając o kościołach i nazwach ulic. Staycation to sposób na ciekawe spędzenie czasu bez zbędnych kosztów. Chcesz za darmo zobaczyć sławny „Szał”? W jeden dzień w tygodniu muzeum proponuje wszystkim darmowe wejście.

Trudny orzech do zgryzienia

Całość wydaje się zadziwiająco prosta. Czy jednak trzeba osobnej, odpowiednio brzmiącej nazwy, by Polacy masowo wylegli z domu w celu poznania swojej okolicy? Niewątpliwie, i raczej się to nie zmieni, będzie to rozrywka elitarna. Wcale nie dlatego, że mało kto używać będzie tej nazwy, a dlatego, że świadomość, iż urlop będąc w mieście spędza się w domu jest zbyt mocno zakorzeniona w naszej mentalności. Jeśli udane wakacje to: wyjazd nad morze albo w góry. Zdaje się, że ludzie zbyt dużą przyjemność czerpią z wylegiwania się na plaży bądź przy basenie, zamiast ze zdobywania wiedzy. 

Staycation jako nazwa/zjawisko pozostanie elitarne, gdyż adresowane jest do wąskiej grupy odbiorców, młodych (studentów), dobrze wykształconych, mieszkających przeważnie w dużym mieście pełnym atrakcji. W dodatku, nie ukrywajmy tego, trzeba posiadać w sobie odpowiednią dawkę snobizmu, by stwierdzić, że jest się na staycation, a nie po prostu spędza się wakacje na obiadkach u mamusi.

Czasami mówimy sobie, że nie warto, bo wszystko o naszym mieście już wiemy, innym razem jesteśmy zbyt zajęci pracą. A gdy już przyjdzie pora i zdecydujemy się na jakąś ciekawą wycieczkę i tak okazuje się, że nie jest to takie łatwe.

fot. Kamil Popiela

fot. Kamil Popiela

Wzloty i upadki

W Krakowie jest zawsze pod górkę. W Warszawie jest wszędzie daleko. Lublin jest taki malutki. W Gdańsku są tłumy. Powodów do narzekania jest mnóstwo.

Kiedy zaczęłam, razem z moimi przyjaciółmi, zwiedzać Kraków uliczka po uliczce (oczywiście za nim staycation stało się modne), najbardziej przeszkadzali mi inni turyści. Obcokrajowcy wylewający się z każdego kąta i stojący w kolejce po zapiekanki. Myślałam wtedy „Kraków byłby piękny bez turystów”, a potem się opamiętałam. W końcu, skoro ja zachwycam się moim miastem, pozwolę im się też troszkę ponapawać. Czasami warto poczuć się jak Japończyk, pędząc po brukowanej uliczce i robiąc zdjęcia wszystkiemu. O! jakie ładne okienko. O! jaka ładna kopułka. O! jaki śliczny samochód w kwiatki. Niby codziennie widuje się takie rzeczy w drodze na uczelnie, ale zwykle nie ma się czasu stanąć nawet na chwilę. Przez chwilę można być sentymentalnym.

Potem uświadomiłam sobie, że pewnych rzeczy nigdy nie widziałam, albo widziałam je dawno, będąc jeszcze w podstawówce. Na wieżę kościoła Mariackiego weszłam pierwszy raz, mając 21 lat, mimo że od zawszę mieszkam w Krakowie. To tak, jak przez całe życie mieszkać 20 km od morza i stanąć na jego brzegu zaledwie raz. Teraz boli mnie jedynie widok nastolatków na wycieczce, którzy idą Grodzką ze spuszczoną głową wpatrzeni w smatfona.

Najdziwniejsze pytania

Gdy człowiek zwiedza własne miasto w pewnej chwili ogarnia go żądza poznania wszystkich jego sekretów. Zaczyna planować wycieczki do coraz to nowych miejsc. Im bardziej nieodkryte tym lepsze. Nie da się ukryć, że pewne miejsca pociągają nas bardziej, a inne mniej. Mnie od zawsze fascynowały kazimierskie pustostany i kościoły. Jedne i drugie mają w sobie coś niezwykłego. Jednak z ich zwiedzaniem wiąże się pewne niebezpieczeństwo. Jakie? Kto wędrował po Kazimierzu ten wie, że takich prawdziwych pustostanów już prawie nie ma, swoisty urok jednak posiadają na wpół opuszczone kamienice z charakterystycznymi podwórkami. To właśnie te podwórka pewnego dnia wzięłam za  cel. Nie zawsze byłam tam mile widziana. Wyobrażam sobie jakie musiało być zdziwienie starszej pani idącej po schodach z zakupami w obskurnej kamienicy, która zobaczyła dziewczynę robiącą zdjęcia graffiti. Kiedy indziej postanowiłam pokazać koleżance  miasto jakiego jeszcze nie widziała. Musiałam tylko ustalić czy nie urażę jej uczuć religijnych jeśli będziemy zwiedzały kościół. Powiedziała, że w życiu nie słyszała dziwniejszego pytania.

Zwiedzanie miasta takiego jak Kraków robi się kłopotliwe, zwłaszcza kiedy przypadkiem zahaczymy o kompetencje opłacanego przewodnika. Wszechobecne w muzeach ponure panie tylko czekają, żeby zwrócić ci uwagę. Moja rada? Informacje przekazuj przyjaciołom szeptem i nie gestykuluj zbytnio. O wiele przyjemniej jest, kiedy rozszerzymy naszą małą ojczyznę do okolicznych miasteczek czy wsi. Rowerowe wycieczki i piesze wędrówki, to coś, na co zawsze brakuje nam czasu i chęci. Wakacje i staykacje umożliwiają nam podjęcie działań, na które nigdy nam nie wystarczało zapału. Wszyscy obcokrajowcy jeżdżą do pobliskiego miasteczka zwiedzić zamek/kopalnie/klasztor/browar? Może warto podążyć ich szlakiem?

Granice staycation

Kiedy staycation stają się vacation? Pytanie prawie filozoficzne. Co jeśli ktoś mieszka w dwóch miastach, w jednym studiuje, a w drugim przebywają jego rodzice? Które łóżko mogę nazwać w stu procentach własnym? Czym jest wypad do kuzynki, mieszkanki Wrocławia? Dla mnie vacation dla niej staycation? Coraz częściej słyszę, że przebywanie i poznawanie swojego kraju można także zaliczyć do tego rodzaju rozrywki. Myślę, i w tych przemyśleniach nie jestem samotna, że nie warto zawracać sobie głowy sztucznym nazewnictwem i ograniczeniami. Ideą staycation pozostaje bowiem poznawanie tego, co powinno nam być znane, a nie jest. Doskonale współgra z powiedzeniem „cudze chwalicie, swego nie znacie”. Dlatego do momentu, kiedy dostrzegamy piękno miejsc, w których żyjemy i nie przedkładamy nad nie cudowności miejsc obcych, jesteśmy gotowi na staycation, czyli „domkacje”.

Comments are closed.