DONALD TUSK: PEŁZAJĄCY REKONSTRUKTOR

On 16 maja 2013 by Michał Wróblewski

Mszczą się dziś na premierze błędy dotyczące mechanizmów tworzenia tego rządu – stwierdził niedawno na antenie radia TOK FM zwykle przychylny Platformie prof. Kazimierz Kik.
Gdy Donald Tusk tworzył swój drugi rząd, użył kilku kluczy. Pierwszy otworzył drogę ludziom pozbawionym silnych osobowości: nikt poza Tuskiem nie może błyszczeć. Drugim premier uchylił drzwi osobom o miłej powierzchowności, mającym dobrze wypadać w mediach, ale niezbyt mocnym. Trzeci klucz to wytrych dla osób, które przewodniczącemu Platformy nie miały robić problemów: dobiera się je lub usuwa w zależności od interesu partii.

Z pierwszego klucza pochodzą tacy ministrowie jak Krystyna Szumilas, Tomasz Siemoniak czy Barbara Kudrycka. Z drugiego: Joanna Mucha, Bartosz Arłukowicz i Sławomir Nowak. Trzeci klucz: Włodzimierz Karpiński i Marek Biernacki, ale także stosunkowo niedawno powołany Bartłomiej Sienkiewicz. Wszystkich tych ludzi łączy jedno: mają pełnić funkcję zderzaków.

Dziś kolejne rządowe dymisje to już tylko bomby z opóźnionym zapłonem. Ministrowie to wiedzą. I już próbują te bomby rozbrajać, snując marzenia o brukselskich salonach. Zamiast jednak wróżyć z fusów, kto, kiedy i gdzie wyląduje, sprawdźmy, kogo pozbył się Tusk od początku tego roku. Na spektakularną rekonstrukcję nikt specjalnie nie czeka. Ona już trwa.

fot. Maksymilian Rigamonti

fot. Maksymilian Rigamonti

Awansowany dymisją
Koniec września ubiegłego roku, konferencja w Sądzie Najwyższym. Przemówienie wygłasza Jacek Cichocki, szef resortu spraw wewnętrznych. „Ministrem się tylko bywa” – rzuca. Nie wie jeszcze, że nieco ponad trzy miesiące później te popularne wśród zderzaków premiera zdanie znajdzie uzasadnienie także w jego przypadku.

„Gówniarze wzięli się do rządzenia” – miał powiedzieć gen. Adam Rapacki, gdy na początku 2012 roku zwalniał urząd wiceministra spraw wewnętrznych. Odwołał go Cichocki, z nową ekipą przejmującą resort. Decyzję o zdymisjonowaniu Rapackiego w wielu kręgach odbierano jako pozytywną: generał miał hamować zmiany w policji. Sprzeciwiał się reformie emerytur mundurowych, której przeprowadzenie zlecił Cichockiemu premier. Sam Cichocki bał się dominacji Rapackiego: starego wygi, człowieka Grzegorza Schetyny. Mimo czystek przeprowadzonych w resorcie Cichocki nigdy nie był zaliczany do ministrów sprawujących urząd twardą ręką. Wręcz przeciwnie: zarzucono mu zbyt miękkie podejście do spraw, które wymagały zdecydowanych działań.

Maciej Duda, dziennikarz śledczy TVN24: – Cichocki miał przygotować zmiany w służbach. Czy przygotował? Tak naprawdę nikt tego nie wie.

Reformę służb specjalnych zapowiedział w sejmowej debacie na temat Amber Gold w sierpniu ubiegłego roku premier Tusk. Nie jest tajemnicą, że szef rządu od służb chce trzymać się z daleka. – Boi się ich, najlepiej w ogóle by je zlikwidował – śmieją się politycy PO. – Premier osobiście scedował na Cichockiego nadzór nad służbami – mówił w rozmowie ze mną tuż po odwołaniu Krzysztofa Bondaryka z funkcji szefa ABW Maciej Duda, dziennikarz zajmujący się służbami od lat. – Minister będzie miał pod sobą istne imperium.

Te imperium to w istocie moloch, nad którym trudno zapanować. Wielokrotnie w ostatnim czasie Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego wykazywała niewydolność: przy okazji wspomnianej już afery Amber Gold, a ostatnio w sprawie nieszczęsnego polsko-rosyjskiego memorandum, o podpisaniu którego nie miał pojęcia premier.

Cichockiemu powierzono zadanie połączenia niektórych służb, w wyniku którego doszłoby do klarownego i efektywnego rozdziału kompetencji, a także do uproszczenia ich struktur. Reforma miała być rewolucyjna, w istocie przez miesiące nie wiedzieliśmy o niej nic.
     
Opinia ludzi z kręgów władzy zainteresowanych służbami jest dość powszechna: minister Cichocki nie ogarniał obszaru, który mu podlegał. Sprawa go przerosła. W pierwszej kadencji rządów Tuska Cichocki co prawda sprawował funkcję szefa kolegium ds. służb specjalnych, ale jego możliwości były dość wątłe. O skierowaniu go do MSW zdecydowały nie tyle stojące za nim kompetencje, ile zaufanie premiera. Cichocki został ministrem, bo był lojalny wobec Tuska. Do końca.

W lutym Cichockiego zastąpił Bartłomiej Sienkiewicz. Ten pierwszy uzupełnił lukę po Tomaszu Arabskim, którego Tusk skierował na placówkę w Madrycie. – Powierzenie Cichockiemu funkcji szefa Kancelarii Premiera to awans. Tusk potrzebował na miejsce Arabskiego sprawnego urzędnika, który ogarnie zarówno prace KPRM, jak i skoordynuje działalność Komitetu Stałego Rady Ministrów – ocenia w rozmowie z „Drugim Obiegiem” Michał Kolanko, współtwórca serwisu 300polityka.pl. I dodaje: – Oceny Cichockiego jako ministra spraw wewnętrznych wśród specjalistów zajmujących się policją nie były wysokie. Dymisjonując Cichockiego, Tusk rozwiązał dwa problemy za jednym zamachem.

A dlaczego akurat Sienkiewicz? – To krew z krwi, kość z kości człowiek Platformy – mówi nam Andrzej Stankiewicz z dziennika „Rzeczpospolita”. I podkreśla, że obecny szef MSW miał swój udział przy zakładaniu PO. To prawda: Sienkiewicz stronił od wikłania się w gry polityczne, nigdy nie był szerzej znany, ale faktem jest, iż współtworzył program partii Tuska. Stankiewicz: – Nominacja Sienkiewicza na ministra to sięgnięcie do głębokich rezerw Platformy. Tusk dał członkom partii sygnał: „sięgam po naszych”. Premier honoruje tym samym wierność i oddanie. Duda: – Sienkiewicz to człowiek światły, znający się na rzeczy. Do resortu przyszedł jednak z sektora prywatnego. Mam wątpliwości, czy to dobra rekomendacja dla szefa MSW. Ale cóż: po owocach go poznacie.

fot. Sławomir Kamiński

fot. Sławomir Kamiński


Minister bez gazu
Mikołaj Budzanowski to, podobnie jak Cichocki, typowy „element wymienialny” autorskiego rządu Tuska. – Premier powołał go w oparciu o jeszcze inny klucz – tłumaczy Michał Krzymowski, dziennikarz polityczny tygodnika „Newsweek”. – Jaki to klucz? – pytam. – Podobny, jaki zastosowano przy wciąganiu do resortu środowiska Marcina Korolca: stosunkowo młody urzędnik, technokrata, znający języki, wykształcony. I co najważniejsze: bez politycznego zaplecza. „Tuskowi technokraci” mieli jasno postawione zadanie: sprawnie zarządzać swoimi resortami. I się nie wychylać.

W przypadku Budzanowskiego owo „jasno postawione zadanie” sprowadzało się w istocie do dwóch kwestii: po pierwsze – odpartyjnić spółki Skarbu Państwa. Po drugie – zająć się eksploatacją gazu łupkowego. Tylko jedno z tych zadań zostało wykonane. Pytanie, czy aby na pewno ważniejsze.

Grudzień 2011. Mijają pierwsze tygodnie od chwili objęcia resortu skarbu przez Budzanowskiego. Z funkcji szefa Polskiej Grupy Energetycznej zostaje zwolniony Tomasz Zadroga. Powód? Rezygnacja spółki z budowy elektrowni jądrowej na Litwie.
     
Kilka dni później ze stanowiska rezygnuje Michał Szubski, ówczesny prezes Państwowego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa, który zarządzał spółką nieprzerwanie od marca 2008 roku. Oficjalna przyczyna rezygnacji: powody osobiste. Przyczyna druga: brak rozstrzygnięcia przez prezesa Urzędu Regulacji Energetyki kwestii taryfy PGNiG na kolejny rok. I tak dalej, i tak dalej.

Roszady trwają.
     
Tarnów i Dolny Śląsk. To ludzi z tych rejonów najchętniej wyrzucał ze spółek Budzanowski. – Tarnów to matecznik Aleksandra Grada, poprzednika Budzanowskiego w resorcie. Dolny Śląsk to region Schetyny – mówi Krzymowski. Zdymisjonowany Zadroga prezesem PGE został m.in. dzięki wstawiennictwu tego drugiego. Potem przeszedł pod skrzydła Grada. W końcu został zmuszony do odejścia.
     
A co z łupkami? Jeśli idzie o realizację tego zadania, ministrowi Budzanowskiemu szło już znacznie gorzej. – Uważam, że Budzanowski kierował się jak najlepszymi intencjami, jeśli chodzi o tę sprawę – mówi Krzymowski. Ale nawet najlepsze intencje nie są w stanie zatrzeć wrażenia, jakie można odnieść obserwując to, co w sprawie łupków robi rząd. A właściwie czego nie robi. Co prawda Budzanowski wydał decyzję o powołaniu konsorcjum złożonego ze spółek, które w założeniu mają inwestować najpierw w poszukiwanie, a potem wydobycie gazu łupkowego, jednak pomysł ten wywoływał i wywołuje nadal spore kontrowersje. Realizacja leży.
     
Ale to nie na łupkach i nie na zbyt małej gorliwości w czyszczeniu spółek poległ Budzanowski.
     
Początek kwietnia. Do mediów wycieka informacja o podpisaniu przez polsko-rosyjską spółkę EuroPolGaz i rosyjski Gazprom memorandum w sprawie budowy gazociągu z Białorusi na Słowację: tzw. Jamału II. Sytuacja jest dziwna: o dokumencie nie ma pojęcia premier. Szef rządu wije się w trakcie spotkania z dziennikarzami, ich pytania kwituje krótkim: „nie wiem”. Po kilku dniach medialnej burzy sprawa jest jasna: polecą głowy. Pytaniem pozostaje – czyje.
     
Padło na Budzanowskiego. Mimo zapewnień szefa rządu, że wszystko jest pod kontrolą, a cała sprawa z memorandum wynika tylko i wyłącznie z nie do końca sprawnie kontrolowanego przepływu informacji między poszczególnymi instytucjami państwa, premier dymisjonuje ministra skarbu, czyniąc go de facto odpowiedzialnym za zaistniałą sytuację (z rządowych przekazów jawiącą się jako nieistotna z punktu widzenia bezpieczeństwa energetycznego państwa). Czy Budzanowski faktycznie winien ponieść tak dotkliwą karę? Nie to jest najważniejsze. Jego dymisja to jasny sygnał premiera wysłany w stronę nie tylko szefów strategicznych spółek (usunięta z funkcji prezesa PGNiG została także Grażyna Piotrowska-Oliwa, bliska Budzanowskiemu), ale przede wszystkim w stronę ministrów: wszyscy jesteście wymienialni.

fot. Piotr Waniorek

fot. Piotr Waniorek


Poświęcony superlider
Ta prosta prawda zadziałała także w przypadku Jarosława Gowina. Premier usuwając go z rządu i mianując na jego miejsce Marka Biernackiego wykonał zręczny ruch: konserwa za konserwę. Jednak droga do dymisji niepokornego ministra miała znacznie bardziej skomplikowany przebieg, niż w przypadku odwołania Cichockiego i Budzanowskiego.
     

– Pan Jarosław Gowin jest dziewiętnastym ministrem sprawiedliwości. Pytanie, czy przetrwa do końca kadencji, a pytanie o to, czy dobrze spełnia swoją funkcję, to dwie zupełnie różne kwestie. – Premier Tusk może być z działań ministra Gowina zadowolony? – Panie redaktorze, średnia sprawowania funkcji szefa resortu sprawiedliwości wynosi w Polsce 1,5 roku.

Gdy w styczniu pytałem Zbigniewa Ćwiąkalskiego o ocenę Jarosława Gowina, pan profesor kluczył. Twierdził, że nie ma wiedzy na temat wewnątrzpartyjnych rozgrywek w Platformie. I nie wie, jakie uczucia względem Gowina żywi premier Tusk. Unikał stawiania politycznych diagnoz. Z jednym trafił natomiast idealnie: Jarosław Gowin został odwołany niemal dokładnie półtora roku od chwili objęcia funkcji szefa resortu sprawiedliwości (prof. Ćwiąkalski na tym samym stanowisku przetrwał nieco ponad rok i dwa miesiące). Gowin ani nie zaniżył, ani nie podwyższył wypracowanej przez jego poprzedników średniej. Przeciętniak?

Bynajmniej.
   
– To jedyna osoba w tym rządzie, która potrafiła postawić się premierowi – twierdzi Michał Krzymowski. To prawda: żaden inny minister nie pozwolił sobie na tak otwartą krytykę działań rządu i kierunku, w którym podąża Platforma, jak czynił to Gowin. Najbardziej wymownym tego przykładem było słynne już wystąpienie ministra w Sejmie w dniu głosowania nad projektami dotyczącymi związków partnerskich. Wówczas Gowin wyszedł na mównicę i stwierdził wprost: pomysły wysuwane przez moją partię są niezgodne z Konstytucją.

Zasłaniając się ustawą zasadniczą, były minister sprawiedliwości dał świadectwo swoim przekonaniom. Konserwatywne poglądy Gowina były i są doskonale znane, ale nigdy wcześniej nie służyły jako oręż polityczny wymierzony bezpośrednio w premiera. Donald Tusk był wściekły. Czemu dał wyraz w swoim kontrrwystąpieniu chwilę po tyradzie Gowina.
    
Zgodnie z założeniami szefa rządu projekt ustawy o związkach partnerskich przygotowany przez wyznaczonego do tego zadania posła Artura Dunina miał przejść bez problemu przez Sejm. Skierowany do komisji projekt mógł utknąć w niej lub nie. Dla premiera nie miało to większego znaczenia. Cel był prosty: nie drażnić, przepuścić, nie robić hałasu. A przede wszystkim: nie narażać się lewicy.

Wkrótce oręż stał się bronią obosieczną.
      
„Gowin to szkodnik. Nie tylko kłopot rządu, ale całej Polski” – Magdalena Środa, wywiad dla „Gazety Wyborczej”.
„Ten problem narasta. Co pomysł, to większa wtopa. Jest katastrofą zupełną” – Jacek Żakowski, audycja w TOK FM.
Gowin, wypowiedź z czerwca 2012: „Nie mam poczucia, abym w jakiejkolwiek kwestii musiał iść na kompromis z establishmentem. Mam całkowicie wolną rękę i mocny głos.”
     
A establishment miał problem z Gowinem. Uzależniona od mniej lub bardziej otwarcie deklarowanego dotąd poparcia kręgów tzw. salonu Platforma zaczęła z tego powodu cierpieć. Gowin jednoosobowo wywołał lament nad zaściankowością partii, jej rzekomą hipokryzją i okrucieństwem, z jakim traktuje miliony ludzi żyjących w związkach nieformalnych lub skazanych na in vitro. Deklaracje: „nigdy więcej na Platformę” na stałe wlały się do krwioobiegu publicznej debaty, urastając do rangi narodowego problemu, roztrząsanego przy błyszczących stołach w telewizjach informacyjnych. I paradoksalnie gloryfikowały Gowina, czyniąc jego głos najbardziej donośnym i wyznaczającym ideologiczną linię partii, stojącą w niezgodzie z prądami postępu. Jednocześnie wystawiały na medialną rzeź samego premiera. Bo Platforma to Tusk. A Gowin?
     
Do rządu wszedł jako naturszczyk. Kilka godzin: tyle miał czasu, by podjąć decyzję. Filozof, polityczny teoretyk, wcześniej oderwany od idei „realpolitik”. Nie tylko zdawał sobie sprawę, że jako zderzak Tuska może popłynąć i wylądować na mieliźnie. Ba, wiedział, że decyduje się na skok na główkę do pustego basenu. Jednak wypłynął. I zatopił po drodze kilka okrętów.
     
Z chwilą objęcia teki szefa resortu sprawiedliwości został rzucony na pożarcie rekinów: środowiskowych lobby i wpływowych korporacji. Nie tylko prawniczych: Gowin postanowił otworzyć dostęp do 373 zawodów. Deregulacja, obok zamiarów ukrócenia lub zlikwidowania tysięcy krępujących i zbędnych przepisów gospodarczych (sam Gowin nazywa to „powstrzymaniem inflacji przepisów”), a także znacznego uproszczenia procedur sądowych, stała się głównym leitmotivem misji Gowina.
     
Kilka dni przed dymisją b. minister ogłosił sukces: Sejm przyjął pierwszą transzę deregulacji półtora roku od rozpoczęcia prac. Powierzone Gowinowi zadanie otworzenia regulowanych dotąd przez państwo zawodów zostało przeniesione z poziomu słów na poziom czynów. To rzadkie zjawisko w tej ekipie.
      
Przyjęcie przepisów przez Sejm dotyczy na razie pięćdziesięciu profesji. „Człowiek z deregulacyjną szajbą” pękał z dumy. Dziś twierdzi, że gdyby nie inercja Kancelarii Premiera, reforma przebiegałaby szybciej. – Gowin osiągnął jeszcze coś – podkreśla w rozmowie ze mną Andrzej Stankiewicz. – Okazał się niezwykle skuteczny i sprawny dlatego, że potrafił przekonać do swego sztandarowego pomysłu całą prawicową opozycję.
     
To prawda, ale jeszcze większym sukcesem było – o, paradoksie – przekonanie do swojej „deregulacyjnej szajby” stawiających się co rusz koalicjantów z PSL. To oni stanęli okoniem, gdy na wokandzie pojawiła się kwestia reorganizacji sądów. Przekształcenie – zwane przez ludowców „likwidacją” – 79 małych sądów rejonowych w wydziały zamiejscowe większych sądów Gowin uzasadniał jako „bardziej racjonalne i elastyczne wykorzystanie potencjału polskich sędziów.” Znów mu się udało: na początku roku zmiany weszły w życie, a reforma zyskała aprobatę Trybunału Konstytucyjnego. Gdy Gowin odszedł z rządu, opozycja przeforsowała jednak obywatelski projekt ustawy. Ale były minister sprawiedliwości nadal liczy na sukces. Pomóc ma w tym Senat, zdominowany przez posłów PO, albo sam prezydent, który podziela poglądy Gowina w tej sprawie.
     
Gowin podkreśla, że nadepnął na odcisk środowiskom sędziowskim („nie likwidowałem sądów, likwidowałem prezesowskie stołki”). Jednak w pierwszych miesiącach urzędowania b. minister dbał o dobre relacje z sędziami. Nie wchodził z nimi w otwarty konflikt. Powód? To właśnie ta grupa stawia zwykle największy opór zmianom w środowisku prawniczym, który to opór zazwyczaj przekłada się na niemożność wprowadzenia innych zmian.
     
Prawdziwa wojna zaczęła się w czasie afery Amber Gold, której odnogą była inna afera: z prezesem gdańskiego sądu, Ryszardem Milewskim. To wówczas z ust Gowina padły słynne słowa, które w opinii wielu deprecjonowały go jako ministra: „mam w nosie literę prawa, liczy się jego duch”. Rzucone hasło o „prawniczej sitwie”, której długie macki mają krępować pozytywne zmiany i względnie sprawnie działające mechanizmy państwa, stało się ostatecznym motorem przemian, które do samego końca urzędowania „człowieka słyszącego krzyk zarodków” (określenie lewicy) wytworzyły i utwardziły dychotomię Gowin – reszta świata.
    
Wyjątkowość Jarosława Gowina polegała nie tyko na tym, że jako jedyny minister w ekipie Tuska nie siedział cicho, lecz działał (co zdecydowanie nie należy do powszechnych wyborów strategii przetrwania w tym rządzie). Jego odwaga – czy inaczej – brawura przywołująca na myśl chłopca igrającego z ogniem, polegała także na tym, że Gowin szukał dróg porozumienia z opozycją. Spotykał się z prezydium klubu PiS, nigdy wprost nie atakował prezesa Kaczyńskiego. Ba, bronił go, stanowczo sprzeciwiając się rozliczaniu poprzedniej ekipy przed Trybunałem Stanu. Mimo iż Antoniego Macierewicza Gowin sytuuje raczej w kategoriach polityków szkodliwych, nie zagłosował za odebraniem mu immunitetu. Wstrzymał się. Podobnie jak ponad dwudziestu innych posłów Platformy, którym „błąd” ten szybko zapomniano. Gowinowi – nie.
     
Opozycja za to nie wybaczy mu jednego: tonowania nastrojów po aferze hazardowej i stanięcia w obronie ludzi związanych z Platformą (w oczach polityków PiS oczywiście umoczonych w aferę), a także inercji w działaniu i próby łagodzenia wizerunku władzy w sprawie Smoleńska. Mimo „kolaboracji” z niektórymi politykami PiS (padające często w tym kontekście nazwisko Przemysława Wiplera) i wzajemnego obwąchiwania się (sondowanie posłów gotowych wystąpić z partii), scenariusz, w którym Gowin stworzy w bliższej przyszłości nową formację, należy włożyć między bajki. On sam powtarzał często: „w żadnej innej partii nie miałbym szans realizacji swoich konserwatywnych poglądów tak, jak w PO”. Pytanie, na ile dziś to zdanie jest aktualne. Bo Gowin nie padł za realizację poglądów. Padł za ich artykulację.
     
„Nasze społeczeństwo jest tradycyjne. Inność nie może liczyć na poparcie i tolerancję. Ten pan wyznaniem o homoseksualizmie raczej sobie zaszkodził, niż pomógł. Nie powinien sprawować żadnych funkcji publicznych”.
„Związek homoseksualny nie powinien być wspierany przez państwo. Cieszę się, że w polskim społeczeństwie zwycięża zdrowy rozsądek i wstrzemięźliwość wobec takich lewicowo-liberalnych pobudek”.
     
Czy powyższe zdania brzmią, jakby padły z ust Gowina? Z pewnością. Pierwsze z nich to wypowiedź Ewy Kopacz komentującej coming out Roberta Biedronia. Drugie to cytat z Donalda Tuska.

Dziś te słowa nigdy by nie padły. Już nie są aktualne.
     
Pytanie, na ile aktualna za kilka miesięcy okaże się zapowiedź Gowina na temat startu w wyborach na szefa Platformy. Dziś były szef resortu sprawiedliwości prowadzi internetową stronę DobreZmiany.org, na której chwali się swoimi osiągnięciami. Wydaje także gazetkę „Superlider”. Były minister m.in. tłumaczy w niej, jak przyrządza się schabowego.
     

KOREKTA: KP

Comments are closed.