Doskonała forma festiwalu formy

On 29 listopada 2012 by Katarzyna Waligóra

Dwanaście spektakli o hipnotyzującej wizualności. Dwanaście spotkań z teatrem zmysłowym. Dwanaście odsłon formy w teatrze. Widzowie drugiej edycji Festiwalu Materia Prima przez dziewięć dni na różne sposoby mogli odkrywać, czym tak naprawdę jest materialność przedstawienia i jak można ją wykorzystać na scenie.

Notatki z II Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Materia Prima

Teatr  formy: cienia, lalki, maski, tańca cieszy się mniejszą popularnością niż to, co zazwyczaj można oglądać w Krakowie. Paradoksalnie jednak to festiwal Materia Prima uznałabym za najważniejsze krakowskie wydarzenie teatralne sezonu. Składa się na to kilka czynników. Przede wszystkim fakt, że w czasie Materii Primy można zobaczyć spektakle absolutnie unikatowe, niszowe, przywiezione z różnych zakątków świata (tylko jedno z dwunastu zaproponowanych przedstawień jest polską produkcją). Zespoły zabrały ze sobą wyszukane dekoracje i kostiumy, maszynerie, lalki – słowem, było na co popatrzeć. Wszystko to, co zostało zaprezentowane pozwala na złapanie oddechu, chwili wytchnienia od tego, co ciągle widzi się w teatrze – oddechu chyba bardzo potrzebnego zwłaszcza tym, którzy już wkrótce zmierzą się z wielogodzinnymi produkcjami, które będą prezentowane w czasie Boskiej komedii. Spektakle Materii Primy pokazywano nie tylko w Krakowie, ale także w Wadowicach, Tarnowie, Nowym Sączu, Bukowinie Tatrzańskiej i Oświęcimiu. Jednak to, co najbardziej mnie urzekło, to absolutna niejednoznaczność opinii dotyczących poszczególnych przedstawień – z moich rozmów z widzami wynika, że każdemu spodobało się inne przedstawienie i każdy znalazł coś dla siebie. Nie bez znaczenia pozostaje też fakt, że festiwal zdobył sobie małą, ale przez to bardzo dobrą i nieprzypadkową publiczność. Bilety sprzedawano w znośnych cenach. Przewidziano sporą zniżkę dla studentów, istniała także możliwość zakupienia opłacalnego karnetu, pozwalającego na spędzenie dziewięciu dni w teatrze. Kto więc nie skorzystał – niech żałuje i czeka na kolejną edycję. Ja tymczasem przedstawiam kilka subiektywnych impresji i uwag na temat równie subiektywnie wybranych spektakli.

Demetrio non ama Hermia

Sen nocy letniej, Teatro Gico Vita & Imperfect Dancers (Włochy)

Można mieć zastrzeżenia co do baśniowej konwencji i prostego w gruncie rzeczy odczytania dramatu Szekspira. Można uśmiechać się z politowaniem na myśl o uroczym lesie i szczęśliwym zakończeniu, zwłaszcza mając w pamięci inne współczesne realizacje utworu. Magia tego spektaklu polega jednak nie na uważnej lekturze dramatu wydobywającej niuanse interpretacyjne – tekst służy tylko jako szkic dający fabułę i prowokujący do scenicznego przywołania magicznego świata Szekspira wraz z baśniowym Pukiem i fantastycznym Oberonem. Eksponowane są więc cudowność i wyobraźnia. Dlaczego? Bo to pozwala na włączenie do widowiska niezwykle interesujących form plastycznych. Teatr tańca połączony zostaje w większej części przedstawienia z teatrem cienia – imponujące efekty uzyskuje się tu za pomocą bardzo prostych środków – wystarczy biała tkanina, odpowiednie światło i świadomość działania perspektywy. Potem do klasycznego czarno-białego teatru cienia włączone zostają barwy i nowe kształty. Rytm historii początkowo wyznaczany jest przez epizody oznaczone za pomocą tekstu, później spektakl toczy się bez ich udziału. Widowisko koncentruje się wyłącznie na dwóch wątkach dramatu Szekspira – na leśnych przygodach dwóch par oraz historii Oberona i Tytanii. Ponure aspekty sztuki zostają wyciszone – dominuje pogoda i lekkość, oczywiście z dużą dawką naiwności. Mam jednak wrażenie, że czasami dobrze jest pamiętać, że oprócz grozy, wydobywanej zwykle w najnowszych inscenizacjach, tekst Szekspira niesie z sobą także łagodność i subtelność, przedstawia wizję świata dążącego do porządku i ładu. Tekst Szekspira jest przecież komedią. Albo przynajmniej bywa, chyba dobrze, że również na scenie.

Eksplozja energii, eksplozja ruchu

Chouf Ouchouf, Zimmermann & de Perrot (Szwajcaria/Maroko)

To zdecydowanie mój ulubiony spektakl z tych, które udało mi się zobaczyć w czasie festiwalu. Od momentu kiedy gasną światła i zaczyna się właściwa część przedstawienia ze sceny bije niesamowita energia i optymizm. Grupa mężczyzn i kobiet wykonuje rozmaite akrobacje prezentując to, co trzeba nazwać nowym cyrkiem. Z dawnego cyrku pozostała poetyka numerów, zwroty w stronę publiczności traktowanej jak żywe ciało, które trzeba pobudzić do reakcji, a przede wszystkim sprawność wykonawców. Tutaj jednak oglądamy pełnowymiarowy spektakl pozbawiony na szczęście kiczowatej aury cekinowych strojów. Przyjemność widza polega na obserwowaniu sprawności fizycznej i na udziale w radości generowanej przez scenę. Akrobacje, muzyka, śpiew komponują się w rytmicznie następujące po sobie fragmenty. Czasami mają one charakter cyklu solowych popisów, czasami układają się w humorystyczny obrazek zaczerpnięty z codzienności. Publiczność angażuje się i odpowiada śmiechem oraz oklaskami. Niektóre żarty są niskie, slapstickowe, nastawione na określoną reakcję widzów – pasują jednak do ogólnej poetyki kpiny i rozbawienia, zresztą w żadnym momencie nie dominują. Stanowią natomiast dobry kontrapunkt dla fragmentów spokojniejszych, kontemplacyjnych, naznaczonych na przykład arabskim śpiewem.

Ogromnym walorem przedstawienia jest scenografia. Z początku wydaje się, że to tylko brzydka, szara ściana, którą ewentualnie można przesuwać do przodu i do tyłu. Potem jednak okazuje się, że składa się ona z kilku wysokich prostopadłościanów, kryjących w sobie tajemnicze otwory i szczeliny, możliwych do przesuwania, odwracania, przenoszenia. Aktorzy doskonale radzą sobie z wykorzystywaniem wszystkich jej możliwości. Niektóre ich wspinaczki i akrobacje przyprawiają o dreszcz niepokoju, chociaż nie znajdziemy tu typowej dla cyrku atmosfery napiętych nerwów – wszystko odbywa się płynnie.

Swoboda, żywiołowość, optymizm, wyznaczają rytm spektaklu, który hipnotyzuje, bawi i wciąga. Nie chodzi w nim o dostarczenie prostej rozrywki, ale przede wszystkim o przekazanie pewnej dawki pozytywnej energii, o lekkość i zachwyt nad możliwościami ciała i wreszcie o dobrą zabawę przynoszącą tak czasem potrzebne odprężenie.

Panowanie nad materią

À distances, Les Ateliers du spectacle (Francja)

On – człowiek, który kryje przed widzami swoją twarz za pomocą śmiesznego worka naciąganego na głowę albo odwracając się tyłem do publiczności.

On – człowiek, który pociąga za sznurki przez pociąganie za sznurki.

On – człowiek, który dwukrotnie sporządza swój autoportret i dwukrotnie go niszczy.

Kim jest? Filozofem? Artystą? Geniuszem mechaniki? Dyrygentem orkiestry znaczeń w (fil)harmonii językowej?

À distances to spektakl poetycki, głęboki w swoim przekazie, ciekawy pod względem formalnym. Na scenie pojawia się dwóch aktorów – mężczyzna, który jest autorem zachodzących zmian i jego asystentka. Przestrzeń wypełniają najrozmaitsze przedmioty – krzywe taborety, giętkie lampy, pudła i szafy. Jak się okazuje wszystkie mogą zostać poruszone za pomocą sznurków – taborety będą tańczyć i zrzucać umieszczone na nich talerze, szafa wypełniona dziwnymi obiektami posłuży do montowania dźwiękowo-językowych rebusów z Szekspirem w tle, na stole giętka butelka sama będzie nalewać wodę do szklanki. Magia? Nie, to tylko mechanika. Natłok przedmiotów, natłok myśli i wątków a w pewnym momencie także słów potraktowanych z taką samą analityczną precyzją – wszystko razem podzielone na kolejne epizody, wyznaczane przez pojawiające się w różnych miejscach napisy lub głosowe obwieszczenia. W tej dziwnej pracowni-laboratorium, gdzie rzeczy ruszają się i rozsypują na żądanie, ukrywa się tajemniczy mężczyzna. Zasłania swoją twarz, próbuje zapanować nad własnym wizerunkiem – albo malowanym, albo rzutowanym na ekranu w postaci niewielkiej animacji sylwetki. Panuje nad swoim małym, mechanicznym światem – pociąga za sznurki wprawiając w ruch obiekty, tworzy rebusy i zagadki. Daje spektakl, a my śmiejemy się z kolejnych zaplanowanych kroków, z mechanicznego studium przedmiotów. A jednak harmonia i rytm naznaczone są świadomością przypadkowości świata – małą przestrzeń można zaaranżować tak, żeby pozostała precyzyjnym mikrokosmosem, można nadać jej harmonię i rytm. W prawdziwym świecie czekają nas jednak niespodzianki i to właśnie czyni życie fascynującym i niebezpiecznym. Dlatego końcowe fragmenty spektaklu, gdzie przedmioty nadal działają w zaplanowanym rytmie, nawet jeśli czasami wydaje się, że zaszło coś nieprzewidzianego, wzbogacone są o fragmenty z dzienników Paula Valéry`ego, mówiące właśnie o przypadkowości egzystencji.

Pozostaje jeszcze problem twarzy – niezrozumiałego, niemożliwego do uchwycenia znaku tożsamości. W kosmicznym uniwersum przedmiotów i rozbieranych na części zdań, twarz wymyka się spod kontroli – nie daje się przedstawić ani na portrecie, ani w rzeźbie. Powoli jednak jest przed widzami odsłaniana, a sam artysta przesuwa się  coraz bliżej krawędzi sceny. Wreszcie w końcowym epizodzie, całkowicie widzialny, ujawnia się za pośrednictwem słów Valéry`ego. „Nie wszystko da się przewidzieć” – mówi po polsku ze śmiesznym francuskim akcentem. I chyba to właśnie zdanie stanowi najlepsze podsumowanie idei spektaklu i całego festiwalu. Bo pokazywane przedstawienia zaskakiwały i wprawiały w zdumienie, czarowały i oczywiście czasem rozczarowywały, ale to także przecież wpisuje się w nieprzewidywalność.

 

Festiwal Materia Prima, Kraków 17-24.11.2012, organizator: Teatr Groteska Kraków

Dodaj komentarz