DWIE TWARZE ORIENTU

On 29 października 2013 by DO

Spacerując wąskimi ulicami Stambułu zalanymi tłumem turystów wmawiam sobie czasem, że ja do tej masy nie należę, że gdy oni bezmyślnie się gapią – ja świadomie obserwuję, gdy oni robią zdjęcia – ja dokumentuję. Próbuję więc uciec i zgubić się gdzieś między kamienicami Beyoğlu, czy Beşiktaşu. Rozpaczliwie usiłuję znaleźć gdzieś ten magiczny Orient, który innością i mistycyzmem przyciągał niegdyś zachodnich artystów.

Stambuł

Stambuł

To wcale nie poczucie wyższości, lepszości, a jedynie tanie, nieudolne próby wynagrodzenia sobie niespełnionych chęci obcowania z czymś niezwykłym, z magią zrodzoną ze wszystkich stereotypowych wyobrażeń o Wschodzie. Edward Said skwitowałby pewnie moją niemoc szyderczym uśmiechem. Oto kolejny zadufany w sobie człowiek Zachodu, który traktuje Wschód jak park rozrywki dla Europejczyków szukających wrażeń, źródło natchnienia, rezerwat osobliwości. Tyle, że dziś ten człowiek Zachodu musi wrócić do domu na tarczy. Orient to gasnący mit.

Ale romantyczne mity nie działają z korzyścią tylko dla tych, którzy je tworzą. Mit orientalny, choć stworzony przez poetów z rozbuchanym ego i przekonaniem o intelektualnej dominacji Europy, był też mitem o potędze odmiennej kultury. I mimo iż taki Nerval z perfidną szczerością uzasadnia romans ze wschodnią dziewczyną „chęcią zanurzenia się w ożywczych źródłach człowieczeństwa”, to jego ignorancja kończy się tam, gdzie zaczyna ogromny szacunek dla siły bliskowschodnich tradycji. Także Flaubert, czy Lamartine szukają w Stambule metafizycznych doznań i literackich uniesień czując jednocześnie wielki respekt do skomplikowanej historii zapisanej w ścianach greckich i ormiańskich domów stojących przy Grande Rue de Péra, w rozsypujących się murach Konstantynopola na obrzeżach starego miasta, w minaretach unoszących się nad Fatihem, w końcu – w pomarszczonych twarzach rybaków cumujących łódki do pomostów Eminӧnü.

Orientalizm to przecież przede wszystkim efekt romantycznej nostalgii, a nie tylko wytwór kolonialnej supremacji. Nawet polscy poeci nie potrafili oprzeć się panoramie Stambułu. Pawlikowska-Jasnorzewska tak urzeczona była obrazem miasta, że w poetyckiej pasji zapomniała o swoim feministycznym zacięciu i „w liijowych jaszmakach drzemiące kobiety” postawiła w galerii wschodnich atrakcji obok minaretów i kopuł. Romantyczny twórca Michał Czajkowski został w Turcji na stałe i założył nad Bosforem istniejącą do dziś polską osadę.

Ostateczną prawdę o orientalizmie sprowadzić można by do banału, że nie jest ani czarny, ani biały. Jest tak samo dzieckiem stereotypów budowanych na poczuciu wyższości Europy jak i respektu oraz lęku przed tak odmienną, a bogatą i silną zarazem kulturą. Razem z orientem gaśnie więc mit o potędze. Osmańskie budowle rozpadają się i niszczeją. Pałace, haremy i ogrody pękają w szwach od naporu turystów, a meczety coraz bardziej pustoszeją. I nie tylko Europejczykowi jest żal, to Turcy częściej – choć niechętnie się do tego przyznają – z nostalgią patrzą wstecz. Tak, nowoczesność i modernizacja jest konieczna, jest w modzie. Stambuł ze swoimi wieżowcami, klubami, multikulturową mozaiką, turystycznymi atrakcjami, jest już w Europie, ale kosztem utraty kulturowej tożsamości i jednorodności zarzuca macki westernizacji coraz bardziej na Wschód i wlecze za sobą powoli resztę społeczeństwa.

Ostatecznie, to nie żaden tam człowiek Zachodu, a Stambulczyk z krwi i kości najmocniej rozczula się nad zmierzchem Orientu. Orhan Pamuk z jednej strony zarzuca europejskim artystom przedmiotowe traktowanie, z drugiej z żalem przytacza stworzone przez nich opisy pejzaży, które teraz przysłaniają setki betonowych wieżowców, ulic wydeptywanych dziś co dzień przez tysiące turystów, otomańskich will, które systematycznie trawią pożary lub pozostawione same sobie niszczeją powoli, po cichu. Ta ambiwalencja odczuć noblisty odpowiada dwuznaczności piętna, jakim orientalizm odcisnął się na Turkach: w nic tak nie wierzą, jak w wyższość swojej kultury nad kulturą Zachodu i w niezależność wobec Europy, a jednocześnie nic nie jest dla nich tak cenne jak wzbudzenie w niej podziwu.

I tak to chyba właśnie jest z tym Orientem. Krzywdził, ale budował poczucie dumy, był zrodzony z uproszczeń i powierzchowności, ale i z podziwu. Tworzył stereotypy, ale mitologizował potęgę Wschodu. Był tak niejednoznaczny jak jeden z jego najsłynniejszych ojców, Pierre Loti. Choć, niemal jak Nerval, przeżył płomienny romans z kobietą haremu, by potem napisać o tym powieść, choć ubierał się jak Turek, by niczym sprawny antropolog wtopić się w tłum tubylców i poznać ich bliżej, choć ucieleśniał wszystkie negatywne wyobrażenia o poecie-orientaliście, dziś na jednym ze wzgórz Eyüpu nazwanym jego imieniem stambulskie rodziny siedzą ramię w ramię z turystami z całego świata, popijają herbatę i delektują się potrawami z restauracji noszącej imię jego kochanki. I patrzą na leniwy Złoty Róg, łagodnie uśpione miejskie wzgórza i majaczące w oddali gardło Bosforu. I gdy zajdzie słońce, gdy dotrą do nich odbijające się echem od miliona ścian dźwięki ezanu, próbują jeszcze wdychać te ostatnie, ulatniające się powoli opary Orientu. Mogą choć na chwilkę spróbować zanurzyć się w nich… jak Nerval.

//Dawid Barański

 

Na podstawie: Orhank Pamuk, Stambuł. Wspomnienia i miasto, Wydawnictwo Literackie, 2008, Kraków

 

 

Comments are closed.