DYM O KRYM

On 25 marca 2014 by DO

Podczas ostatniej konwencji Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński przypomniał w kontekście Ukrainy słowa swojego zmarłego brata: „Rację mają te narody, które walczą o wolność”. Sentencja tak piękna, jak pusta, szczególnie w przypadku aneksji Krymu. Bo czyż Rosja nie zarzeka się, że walczy o wolność swoich obywateli – i to ze sporym ich poparciem? Może ma więc rację?

fot. Dawid Barański

fot. Dawid Barański

Zafałszowane wyniki referendum utrudniają odpowiedź na to pytanie. Patrząc jednak na postawę mieszkańców półwyspu od początku konfliktu, można domniemywać, że gdyby wszystko było zorganizowane po bożemu wynik mógłby być podobny. Gdyby w wypadku każdego miejsca na ziemi znaleźć jakiś punkt w historii – złoty środek, który usprawiedliwia jego przynależność do jakiegoś państwa, to ten punkt w przypadku Krymu byłby zdecydowanie bliżej Rosji niż Ukrainy. Zresztą tak, jak w przypadku, choćby Wileńszczyzny znalazł by się bliżej Polski aniżeli Litwy. Dlatego właśnie w walce o Krym nie chodzi o to, co komu się należy i kto ma rację, a o coś znacznie ważniejszego.

Do niedawna wydawało się, że europejski ład jest jeszcze na długo nienaruszalny. Ostrożna dyplomacja, wzajemna pomoc gospodarcza i społeczna wewnątrz Unii, program partnerstwa wschodniego i wiele innych pokojowych inicjatyw pozwalały utrzymywać nas w przekonaniu, że żyjemy w okresie umiarkowanego spokoju, a żaden poważny konflikt nam nie zagraża. Aneksja Krymu poddaje to wszystko w wątpliwość. Ciężko oprzeć się wrażeniu, że od teraz wszystko leży w rękach Putina.

Nie rozumie tego wielu publicystów, jak choćby Max Kolonko, który zatrzymał się na etapie Majdanu, gdzie wsparcie dla Ukrainy miało jeszcze wymiar braterski. Poddaje on w wątpliwość sens pomocy Ukraińcom, którzy przecież „bardzo często byli mordercami naszych dziadków”. Pewnie ma rację, szkoda tylko, że tak błyskotliwemu publicyście szerszy obraz przysłaniają czarne klapki radykalizmu, i chęci zabłyśnięcia oryginalnym komentarzem politycznym. Od momentu, gdy do konfliktu włączyła się Rosja skala kryzysu wykracza daleko poza relacje sąsiedzkie, nawet poza integralność samej Ukrainy, która zeszła na drugi plan. Wszystko wskazuje bowiem na to, że świat gotów jest oddać Putinowi Krym, jeśli tylko na tym miałoby się skończyć.

W rzeczywistości Krym należy już do Rosji. Żadne głosy sprzeciwu, sankcje i rezolucje potępiające działania Kremla tego nie zmienią. Mimo zapewnień rządu w Kijowie, Ukraina nie walczyła, a żołnierze powoli wycofują się z półwyspu. Zachód może odetchnąć z ulgą. Bo gdyby, nie daj Boże, na Krymie przelała się krew, wtedy pewnie ktoś musiałby zareagować bardziej stanowczo. Póki co wystarczą sankcje, które mają raczej na celu ostudzić zapędy Putina i zagwarantować, że nie posunie się dalej. Nikt nie łudzi się chyba, że Krym wróci do Ukrainy. Ta sprawa wydaje się być zakończona.

Wydaje się jednak, że Putin nie ma nic do stracenia. Lata mijają, a on nie zapisał się na kartach historii niczym znamiennym. Można przypuszczać, że w jego przypadku wewnętrzne ambicje mogą odegrać tu główną rolę, a obawy o wizję zjednoczenia starych ziem Związku Radzieckiego nie są tak zupełnie wyssane z palca – tym bardziej, że wspominał o tym ambasador Rosji w USA. O swoje granice boi się Kazachstan, Estonia, Litwa i Mołdawia, której wschodnia część – Naddniestrze wydaje się być najbardziej realnym celem po Krymie.

Zachód może w tym momencie pełnić jedynie rolę obserwatora a międzynarodowe organizacje mają do powiedzenia mniej więcej tyle co Stolica Apostolska przy okazji każdego konfliktu zbrojnego, codziennie potępiając działania Kremla używając nowych synonimów słowa „zbrodniczy”. Sankcje gospodarcze są bronią silną, ale obosieczną, na dłuższą metę tracą na nich obie strony, nie można więc stosować ich bez końca. Bardziej efektywne wydaje się wyłączenie Rosji z prac grupy G8 lub ewentualnie odebranie organizacji mistrzostw świata w piłce nożnej. Utrata prestiżu może zaboleć Putina dużo bardziej niż blokowanie kolejnych kont oligarchów. Z drugiej strony wykluczanie Rosji z grona wpływowych państw i obniżanie jej pozycji na arenie międzynarodowej to ciągnięcie niedźwiedzia za ogon. Póki co międzynarodowa brać ma ciągle nadzieję, że lepiej pozwolić mu się wybiegać po krymskich lasach i może po wszystkim zapadnie w kolejny, długi sen.

//Dawid Barański

Comments are closed.