EPIDEMIA STRACHU

On 29 października 2014 by DO

Epidemia gorączki krwotocznej Ebola w ciągu niecałego roku zabiła ponad 4,5 tys. osób. Wydaje się, że w krajach Afryki Zachodniej już dawno wymknęła się spod kontroli lokalnych rządów i służb medycznych. Wirus dotarł także do Stanów Zjednoczonych i Europy. Czy Polsce grozi epidemia tej choroby?

Pierwszy przypadek zarażenia miał miejsce w 1976 roku, nad rzeką Ebolą w Zairze, obecnej Demokratycznej Republice Konga. Charakterystycznym zjawiskiem było szybkie rozprzestrzenianie się wirusa, który w ostateczności doprowadzał do wykrwawia się ponad 90 procent zakażonych. Badania przeprowadzone w kolejnych latach wykazały, że za nosicieli wirusa można uznać owocożerne nietoperze, zwierzęta będące częstym źródłem chorób mogących przenosić się na ludzi. Epidemie rozpoczynają się od osób mających kontakt z krwią lub innymi płynami ustrojowymi zakażonych zwierząt. Można zarazić się także przez kontakt z zainfekowanym przez zwierzę jedzeniem – przypuszcza się, że od tego rozpoczęła się obecna epidemia Eboli. Wirus rozprzestrzenia się między ludźmi przez bezpośredni kontakt z krwią i płynami ustrojowymi osób zakażonych lub zmarłych na tę chorobę, a także z zainfekowanymi przedmiotami. Trafiając do organizmu atakuje nerki, wątrobę i mózg. Powoduje także powstawanie skrzepów krwi, utrudniając jej przepływ. Jeden z głównych objawów choroby, czyli krwawienie zewnętrzne przyczynia się do zarażania kolejnych osób.

Pierwsze przypadki zakażania podczas obecnej epidemii wirusa Ebola pojawiły się w grudniu ubiegłego roku w Gwinei. Pacjentem zero najprawdopodobniej był dwuletni chłopiec, mieszkający w południowo-wschodniej części państwa. W konsekwencji braku szczepionki przeciwko wirusowi, choroba szybko zaczęła rozprzestrzeniać się na sąsiednie kraje – Liberię i Sierra Leone. Walkę z epidemią na obszarze Afryki utrudnia kilka czynników. Nieudolna służba zdrowia i nieostrożność ze strony personelu medycznego powoduje rozprzestrzenianie się wirusa między kolejnymi pacjentami, a także pracownikami szpitali. Wczesne objawy zarażenia wirusem jak wysoka gorączka czy bóle gardła podobne są do innych chorób jak na przykład malarii, utrudniając diagnostykę. Zagrożeniem są także tradycyjne afrykańskie rytuały pogrzebowe, podczas których bliscy dotykają ciała zmarłych. Ze względu na wyższość znachorów nad lekarzami i wiarę w magię w Afryce Zachodniej, Ebola uważana jest często za klątwę lub karę bogów, a pacjenci którzy wierzą w słowa szamanów nigdy nie zgłaszają się do lekarza. Według raportu Światowej Organizacji Zdrowia z 17 października, liczba zgonów a Afryce Zachodniej z powodu zarażenia wirusem Ebola na dzień 14 października wynosiła 4554.
Poza granicami Afryki Zachodniej w wyniku zakażenia zmarły dwie osoby. 8 października w Dallas w Teksasie zmarł mężczyzna, u którego choroba rozwinęła się po przybyciu do Stanów Zjednoczonych z Liberii końcem września. Osoby, które miały z nim bezpośredni lub pośredni kontakt, w tym rodzina i pracownicy szpitala przebywają na obserwacji. W nocy z 13 na 14 października zmarł z Lipsku pochodzący z Sudanu pracownik Organizacji Narodów Zjednoczonych. Był on trzecim zarażonym Ebolą pacjentem przetransportowanym do Niemiec. Jeden po udanym leczeniu został wypisany do domu, a kolejny wciąż jest leczony we Frankfurcie nad Menem. Najprawdopodobniej wyleczona została hiszpańska pielęgniarka, Teresa Romero, u której stwierdzona obecność wirusa, którym zaraziła się w wyniku opieki nad hiszpańskim misjonarzem. Oprócz niej w hiszpańskich szpitalach przebywają cztery osoby z podejrzeniem Eboli – mężczyzna podróżujący z Nigerii do Madrytu, u którego w samolocie zauważono dreszcze i gorączkę, misjonarz, który wrócił z Liberii, osoba mająca kontakt z zarażoną pielęgniarką oraz pacjent przybyły na Teneryfę z Sierra Leone.
Czy w takim razie Polsce grozi epidemia Eboli? Wydaje się to mało prawdopodobne. Osoby z objawami choroby byłyby zapewne szybko izolowane, a mający z nimi kontakt poddawani kwarantannie, stąd też rozprzestrzenianie wirusa wśród większej liczby osób nie wydaje się możliwe. Pomimo tego Polska zdaje się być niegotowa do walki z wirusem. Uregulowanym prawnie postępowaniem w przypadku pojawienia się pacjenta z podejrzeniem zakażenia się wirusem jest przetransportowanie go z kapsułą zabezpieczającą do szpitalnej izolatki, mającej osobne wejście. Personel medyczny udzielający mu pomocy musi być ubrany w kombinezony ochronne. Cztery wojewódzkie stacje pogotowia ratunkowego – Białystok, Opole, Wrocław i Warszawa – nie są wyposażone w ową kapsułę. Wśród szpitali, które w opinii ministerstwa zdrowia miałyby zająć się zakażonymi, poznańska placówka nie posiada izolatki na oddziale, tylko na izbie przyjęć, a lubelska nie posiada jej wcale. Ponadto rozmieszczenie szpitali w Polsce jest nierównomierne – pacjenci z niektórych województw muszą pokonywać duże odległości między miejscem swojego zamieszkania, a placówką. Problemem wielu szpitali jest również brak kombinezonów ochronnych dla personelu medycznego jak i odpowiednich szkoleń jak postępować z osobami z podejrzeniem zarażenia wirusem. Pielęgniarki, które miałyby bezpośredni kontakt z takimi pacjentami mogą bać się o swoje zdrowie i życie – w końcu właśnie w taki sposób, opiekując się chorym, wirusem zaraziła się, miejmy nadzieję wyleczona już, hiszpańska pielęgniarka.
Mimo że epidemia gorączki krwotocznej raczej nie grozi naszemu krajowi, niepokojące jest, że optymistyczna wizji ministra zdrowia, który zapewnia, że Polska jest gotowa na walkę z wirusem, nijak ma się do rzeczywistości. Brak odpowiedniego wyposażenia szpitali i przeszkolenia personelu to zaniedbania na które w obliczu zagrożenia epidemią ministerstwo nie powinno sobie pozwolić. Miejmy nadzieję, że braki zostaną uzupełnione, w przeciwnym razie wielce prawdopodobne, że nie Ebola a brak pomocy zabije zarażonych.

//Karolina Kreja

Dodaj komentarz