ET IN ARKADIA EGO

On 18 maja 2013 by Justyna Patoła

I przyszedł Jasiu i przyniósł pączki, Całuję rączki, całuję rączki – śpiewa Justyna Wasilewska, kiedy publiczność zajmuje miejsca na widowni Nowej Sceny Teatru Starego. Ta  wpadająca w ucho melodia od razu wprowadza widzów w pozytywny nastój i wciąga w spektakl swoim rytmem. Zresztą nie tylko urzekająca piosenka zasługuję na uwagę odbiorców. Zanim jeszcze światła zostaną wygaszone i zacznie się akcja sztuki, publiczność może z zainteresowaniem śledzić to, co znajduje się na scenie. Po lewej stronie Wiktor Loga-Skarczewski i Karolina Sokołowska  stukają leniwie w klawisze pianina. Tomasz Cymerman podchodzi do widzów z pierwszych rzędów i z uśmiechem na twarzy zachęca ich do „zbadania konsystencji”. W miarę zbliżania się trzeciego dzwonka aktorzy wyjmują z jasnych skrzynek, podpisanych imieniem i nazwiskiem postaci z dramatu Thorntona Wildera. Grzegorz Grabowski nakłada blond perukę Georga Gibbsa, Doktor Gibbs wkłada czerwony sweter, a z pudełka Szymona Stimsona wystaje gruby sznur z pętlą. Widzimy aktorów szykujących się do roli, czy może już postacie? Też szykujące się do roli…

źródło: culture.pl

źródło: culture.pl

           

Wreszcie Reżyser (Szymon Czacki) wita publiczność i zaczyna opowiadać o „Naszym Mieście” – Grover’s Corners. Poza położeniem geograficznym i danymi statystycznymi, Reżyser chce nam przedstawić zwykły dzień dwóch rodzin: Gibbsów i Webbów. Widzimy więc codzienne śniadanie, próbę chóru, zaloty Georga do swojej młodszej sąsiadki i rozmowę syna z ojcem. Na pozór szczęśliwe, wręcz sielankowe życie. W tym obrazie idylli widoczne są jednak wyraźne pęknięcia. Pani Webb jest wyraźnie znudzona odgrywaniem roli szczęśliwej żony i dobrej matki. Ton jej głosu zdradza, po trosze zniecierpliwienie, a po trosze rezygnację i dystans. Kiedy się uśmiecha, to wyuczonym uśmiechem numer pięć. Tylko wspomnienie z lat młodości, kiedy to została wybrana miss lokalnej społeczności, wywołuje u niej szczere zadowolenie. Z kolei scena, w której Dr Gibbs napomina Georga, aby pomagał matce może wzbudzać w widzu mocne napięcie.. Marcin Kalisz ma spokojny głos i używa stonowanych słów, jednocześnie ściska Grabowskiego mocno za kark, albo trzymając jego rękę uderza nią w jego kolano. W tym samym czasie, po lewej stronie odbywa się próba chóru, więc wszystkiemu towarzyszy piękna, spokojna muzyka. Widocznie jest wyzwalająca, ponieważ Pani Gibbs w jej trakcie wyrzuca poduszki i pianki, którymi wcześniej (na naszych oczach) wypychała sobie biust, żeby wydawał się większy. Momentów, w których sytuacja wymyka się z rąk Reżysera, jest więcej, jednak wszyscy bardziej lub mniej chętnie godzą się brać udział w jego przedstawieniu. Wyjątkiem jest Szymon (Wiktor Loga-Skarczewski). Już na początku spektaklu, kiedy to Reżyser dokonuje introdukcji Naszego Miasta, organista próbuje zadawać niewygodne pytania i odkryć przed widzami prawdę: Grover’s Corners nie jest Arkadią. W tej scenie wtóruje mu Redaktor, który także nie chce wypowiadać się na temat miasteczka, a w końcu, jakby w szaleństwie, wbiega między publiczność i sam sobie zadaje pytania.

Mimo tych pęknięć w przedstawieniu Reżysera – Czackiego, spektakl Kaczmarka ogląda się z przyjemnością. Widz jest wciągnięty w jego wartkie tempo. Jedynym zgrzytem w tej dobrze zrytmizowanej maszynie jest Emilka, grana przez Karolinę Sokołowską. Młoda dziewczyna, porusza się nieporadnie, przyciężko. Może nie potrafi sobie poradzić, ze swoim dojrzewającym ciałem, może to kwestia jej tuszy, a może po prostu Emilia jest szalenie niezgrabną nastolatką. Siada sztywno na krześle, niemal nieporuszona, tak jak nieporuszona jest jej twarz. Cały spektakl (dwie godziny) jedna mina obrażonej dziewczynki. Kiedy się odzywa, z pietyzmem artykułuje każdą zgłoskę, tak jakby była na konkursie recytatorskim, niestety nie jako faworytka. Ani modulacją głosu, ani twarzą, ani ciałem nie wyraża żadnych emocji. Za to wywołuje emocje u widza: irytację. Jeśli intencją reżysera było przedstawienie jej, jako szczególnej wrażliwej i inteligentnej obserwatorki, która nie pasuje do skonwencjonalizowanego świata i świadomie trzyma się z boku, to w, mojej ocenie, zamysł ten się nie powiódł.

Może dlatego najlepszą sceną w spektaklu jest pogrzeb Emilki. Aktorka leży bez ruchu i słowa na podłodze, a pozostali aktorzy w genialnie groteskowy sposób okazują swoją żałobę. Matka zmarłej najpierw przybiera wystudiowaną pozę obok jej ciała, a potem rozpoczyna teatralne jęki i krzyki rozpaczy. Dr Gibbs chodzi szybkim krokiem tam i z powrotem przed pierwszym rzędem i pali papierosa za papierosem, albo wkłada ich kilka na raz do ust. Chętnie też częstuje publiczność ostatnim jaki znalazł w paczce. Reżyser zapala zapałki i gasi je w ustach, a te wyrzucone Pani Gibbs układa w równym rządku. Wszystkiemu towarzyszy wesoła, energiczna muzyka, którą porównać można do motywu z Benny Hilla. Kiedy pogrzeb dobiegnie końca, któraś z postaci podsumuje tylko: „Tośmy sobie popłakali”, a pani Gibbs skonstatuje, że „najważniejsze w życiu to umrzeć”. Ci, którzy nie zauważyli, że Reżyser już w pierwszych zdaniach spektaklu mówi o śmierci bohaterów, w kategoriach czegoś już dokonanego, dopiero teraz orientują się na co patrzyli przez cały czas. Postaci cały czas znajdowały się w „innym świecie” i tylko inscenizowały życie – wcale nie idealne, takie, które wygląda wspaniale, ale do którego wcale nie chce się wracać.

Comments are closed.