„Europa przestała wiedzieć po co jest i co ma ją wyróżniać” – rozmowa z Dr. Krzysztofem Mazurem

On 14 maja 2019 by Drugi Obieg

„Europa, odrzucając myślenie w kategoriach uniwersalistycznych, przestała wiedzieć po co jest i co ma ją wyróżniać. I to jest zasadniczy problem” – tak w wywiadzie o pogłębiającym się kryzysie Europy dla Drugi Obieg, mówi Dr Krzysztof Mazur – filozof i politolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego, były prezes Klubu Jagiellońskiego.

Autor książki Przekroczyć nowoczesność. Projekt polityczny ruchu społecznego Solidarność wydanej w 2017 roku przez krakowski Ośrodek Myśli Politycznej.

 

Agnieszka Tarnowska, (red. nacz. czasopisma Drugi Obieg): O kryzysie Europy, z jakim niewątpliwie mamy do czynienia, napisano i powiedziano już naprawdę wiele. Czy mamy obecnie styczność z przejściowym tylko kryzysem politycznym i instytucjonalnym czy raczej pogłębiającym się kryzysem aksjologicznym i duchowym?

Dr Krzysztof Mazur: Mamy do czynienia z pogłębiającym się kryzysem Europy w każdym wymiarze. Także dla przywódców politycznych coraz bardziej staje się to widoczne, o czym świadczy Biała księga w sprawie przyszłości Europy z 2017 roku wydana przez Komisję Europejską. Jest tam powiedziane wprost, że rola Europy będzie stopniowo maleć w każdym wymiarze i należy się z tym faktem oswoić. Szczególnie symboliczna jest kwestia demografii. W 1900 r. mieszkańcy Europy stanowili około 25 proc. światowej populacji. Do 2060 r. udział Europejczyków w ogólnej liczbie ludności świata spadnie poniżej 5 proc., a żadne z państw członkowskich nie będzie reprezentować więcej niż 1 proc. ludności świata. To pokazuje, że Europa nie tylko starzeje się, ale wręcz stopniowo umiera. Patrząc z kolei na aspekty ekonomiczne, można powiedzieć, że znajdujemy się coraz bardziej na peryferiach globalnego kapitalizmu, gdzie jednoznacznie przegrywamy w rywalizacji chińsko-amerykańskiej. Jesteśmy degradowani do roli poddostawców na te rynki, co dla obszaru e-commerce precyzyjnie pokazuje w swoich prezentacjach prof. Janusz Filipiak, prezes Comarchu.

Kryzys instytucjonalny, polityczny – a z takim także mamy do czynienia dzisiaj w Europie – jest zawsze pochodną kryzysu w obszarze kultury i poczucia utraty pewnej uniwersalistycznej myśli przewodniej, która miałaby konstytuować nasz sposób patrzenia na świat i człowieka. Początkowo Europa była zbudowana na greckiej mitologii i filozofii, judeo-chrześcijańskiej religii oraz rzymskim prawie. Później to dziedzictwo zostało rozwinięte przez włoski Renesans, francuskie i szkockie Oświecenie; wreszcie Romantyzm, najsilniej rozwinięty w Niemczech, ale i mający swój polski wkład. Po dwudziestowiecznych doświadczeniach dwóch totalitaryzmów oraz moralnym potępieniu kolonializmu Europa odrzuciła jednak myślenie w kategoriach uniwersalistycznych. Przestała wiedzieć po co jest i co ma ją wyróżniać, oprócz oczywiście wysokiego standardu życia. I to jest zasadniczy problem.

Jaką rolę w tym zatraceniu swojego poczucia misji i myślenia o przyszłości odgrywają niezdolne do zadawania trudnych pytań w czasie kryzysu, elity europejskie? Czy brak im odwagi?

Wśród elit politycznych krajów europejskich dominuje dzisiaj mieszanka nostalgii za dawną świetnością połączona z silnym poczuciem winy. Nostalgia za dawną potęgą, wielkością i siłą imperialną łączy się z poczuciem, że ta wielkość doprowadziła do jednoznacznie okrutnych i strasznych rzeczy, uderzających w godność człowieka, o czym przypomina tragiczna przeszłość XX wieku. Stąd wynika pewne rozchwianie w postawie dzisiejszych elit, które często dezerterują, gdy powinny zająć jednoznaczne stanowisko.

Po II wojnie światowej trwało poszukiwanie przez intelektualistów, głównie niemieckich, odpowiedzi na pytanie o przyczynę tych wydarzeń. Jaką wizję przyszłości sformułowano wtedy i czy przystaje ona jeszcze do dzisiejszej rzeczywistości?

Centralnym punktem rozważań intelektualistów na temat przyszłości była kooperacja gospodarcza. Już w Traktacie o wiecznym pokoju Immanuela Kanta pobrzmiewał ton takich rozważań. Racjonalna i zimna kalkulacja ekonomiczna, wymiana dóbr, wzrost poziomu zamożności, otwarcie granic, by móc rozwijać handel – wszystko to sprawia, że wojna przestaje się opłacać. Stąd idea „wiecznego pokoju” i postulat likwidacji wojska zawodowego, które nie będzie już potrzebne. Te idee mocno odżyły po II wojnie światowej. Wśród „ojców założycieli” pojawiło się wówczas przekonanie, że każde kolejne pokolenie Europejczyków będzie miało lepsze warunki życia niż poprzednie, o ile wyrzekniemy się wojny i postawimy na współpracę gospodarczą. Obecnie żyjemy w momencie, w którym ta zasada została zakwestionowana i pierwsza generacja powojenna musi zaakceptować fakt, że będzie żyła w gorszych warunkach niż ich rodzice. Stąd wiele sił odśrodkowych w Unii, bo dla wielu Europejczyków oznacza to kryzys wiary w dalszą integrację.

Francuski intelektualista Remi Brague, pisze, że Europa utraciła zdolność do dostrzeżenia kim jest, bo jest konsekwentnie odcinana od swoich korzeni – Jerozolimy, Aten i Rzymu. Samo chrześcijaństwo, które stanowiło od wieków pas transmisyjny wartości traci na znaczeniu. Czy bez zgodnej wiary w spójny zestaw wartości, Europa będzie w stanie przetrwać?

Obok refleksji Brague’a, warto spojrzeć także na klasyczny esej brytyjskiego historyka idei i filozofa, Isaiaha Berlina – Dwie koncepcje wolności. Sformułowana przez niego wizja zakładała, że szczególnie po doświadczeniach obu wojen światowych, powinniśmy kłaść nacisk na wolność w wymiarze negatywnym, „wolność od”, koncentrując się na jednostce i jej prawach. Wszelkie hierarchie społeczne, ale i chęć ustanowienia w społeczeństwie jednej wizji antropologicznej, jawiły się jako największe zagrożenia dla ludzkiej wolności, bo uderzające w autonomię i decyzyjność jednostki. Dlatego dzisiejsza Europa nie kłóci się już o jedną wizję człowieka, „o jedną właściwą człowiekowi naturę gatunkową”, jak powiedział w rozmowie z Panią prof. Bogdan Szlachta. Walka jaką zdaje się prowadzić, to tę ze wszystkimi porządkami, które chcą jeszcze holistycznie opisać rzeczywistość, zaczynając od człowieka, przez sferę jego moralności po wolność i godność. Dlatego też chrześcijaństwo siada na ławie oskarżonych jako pierwsze, bo chce regulować sferę moralności i ingerować w wolność negatywną jednostki, uwypukloną przez Isaiaha Berlina jako autonomiczną. Dzisiaj można odnieść wrażenie, że po misyjności chrześcijańskiego modelu życia dla Europy, po którym nie ma śladu, ostatnią prometejską misją Europy jest uświadomienie tego, że nie ma żadnych uniwersalnych norm moralnych.

Przypominajmy więc o Jerozolimie, Atenach i Rzymie, bo to jest nasza tożsamość. Bez tego ciężko będzie nam zrozumieć naszą przeszłość. Jednak patrząc na sytuację dzisiejszej Europy, nie wierzę w kontrrewolucję i powrót do starego porządku opartego na jednej wizji człowieka. Samo chrześcijaństwo utraciło chyba zdolność do przeprowadzenia takiej kontrrewolucji, bo zawsze opierało się ono na żywych wspólnotach i świadectwie wiary, a nie na rytualnym przywiązaniu do doktryny. Czy dziś w Europie istnieją żywe wspólnoty chrześcijan? Jeśli tak, to jaka jest siła ich oddziaływania?

W tym kontekście ciekawe jest spostrzeżenie Josepha H.H. Weilera, amerykańskiego ortodoksyjnego żyda, który zasłynął w Europie z obrony krzyża we włoskiej sali lekcyjnej. Argumentował to walką o pluralizm światopoglądowy, pisząc jednocześnie krytycznie pod adresem chrześcijan, że sami tworzą getta i wznoszą ich mury pozostawiając sferę publiczną bez nadzoru. Jak zrozumieć i wytłumaczyć taką postawę?

Fundamentalne dla zrozumienia istoty tworzenia się gett jest przemówienie papieża Benedykta XVI wygłoszone na Uniwersytecie w Ratyzbonie w 2006 roku. Według jego słów dzisiejszy świat nauki został zwężony do empiryzmu, do „eksperymentu i metody”. Racjonalne jest tylko to, co matematycznie policzalne lub weryfikowalne na drodze eksperymentu. Transcendentny sposób myślenia, wykraczający poza to co doczesne, staje się z definicji nieracjonalny. Na gruncie rozumu nie można wówczas sensownie nawet zapytać o kluczowe dla człowieka pytania: „skąd pochodzę?” i „dokąd zmierzam?”. Dlatego Benedykt XVI domaga się poszerzenia naszej koncepcji racjonalności. Świat empirii jest oczywiście ważny, ale poza nim istnieje ogromnie istotna dla człowieka sfera pytań metafizycznych, które również mają swoją wewnętrzną racjonalność, logikę i porządek. Getta opisane przez Weilera są zatem złe, ale doskonale rozumiem, co kieruje ludźmi, którzy posyłają dzieci do szkół katolickich, a te następnie wybierają uniwersytety katolickie. Nie chcą utracić podstaw, którymi kierują się w życiu i według, których chcą wychowywać swoje dzieci. Jeśli dla kogoś kategoria zbawienia jest fundamentalna, bo dopiero „tam”, „po drugiej stronie”, ujawni się miara i sens naszego życia, to nie zgadza się on do zawężenia perspektywy jedynie do tego, co „tu i teraz”. Paralelność tych dwóch światów – ceniącego empirię, a także tego wykraczającego poza to co li tylko materialne – zachęca by spotkały się one na gruncie szerokiej koncepcji rozumu, którą proponuje Benedykt XVI. Dopiero wtedy będzie naprawdę możliwe wspólnie życie ludzi o różnych światopoglądach, a chrześcijanie nie będą musieli uciekać do gett.

Uniwersytet jako przestrzeń wolności słowa także zaczyna cierpieć na skutek tych ograniczających tendencji świata zewnętrznego. Czy to nie stoi w sprzeczności z samą naturą tego co przyświecało Uniwersytetowi, a więc  dialogowi, spotkaniu, wymianie myśli i konkurujących wizji na przyszłość, a także życie społeczne?

Trzeba odróżnić wątek filozoficzny od politycznego. Na poziomie politycznym Uniwersytet podlega po prostu wielu rozgrywkom, w których czasem nie chodzi o różnice zasadnicze, ale o zwykłe ludzkie ambicje generujące spory personalne. Zarządzanie awansami, publikacjami czy grantami może być elementem tej gry. I wszyscy na pewno znamy przykłady, gdy minimalizowane są wpływy konkretnego naukowca, albo pomniejszany jest jego dorobek, bo naruszył on istniejącą wśród jego kolegów i koleżanek lojalność grupową. Takie mechanizmy są bardzo złe, bo wymuszają koniunkturalizm, a naukowcy powinni mieć odwagę kwestionować status quo, także w swoich dyscyplinach.

Na poziomie filozoficznym problem oczywiście jest głębszy. Nie wystarczy dzisiaj zarządzić odgórnie, że potrzebujemy więcej metafizyki na Uniwersytecie, albo chcemy poszerzyć naszą koncepcję racjonalności, by spekulatywnie badać także to, co nie empiryczne. Jak taki postulat zrealizować w praktyce? Przecież wszelka tego typu spekulacja opiera się na jakimś zawierzeniu, na przyjęciu jakiś nie dających się dowieść aksjomatów. A my dziś mamy tendencje, by podważać wszelkie arbitralne założenia, by kwestionować wszelkie autorytety. To postulują „teoria krytyczna” czy postmodernizm. Widzimy jednak, że w takim świecie, świecie odrzucenia wszelkich autorytetów, ostatecznie upada autorytet samego Uniwersytetu. Nie wierzymy w obiektywną prawdę, nie ufamy naukowcom, nie wierzymy w ich bezstronność. Wszelkie „wielkie narracje” z definicji są podejrzane. W ten sposób sami zakwestionowaliśmy istnienie jednego univeristas, a bez universitas nie ma Uniwersytetu. Pozostaje nam jedynie zająć się tym, co praktyczne, co możemy wdrożyć w gospodarce czy życiu społecznym. Reszta działalności akademickiej, w tym przede wszystkim spekulacje filozoficzne, należy uznać za niemające większego sensu dziwactwa. I to jest, w mojej ocenie, najgłębsza przyczyna kryzysu Uniwersytetu. Sami podcięliśmy korzeń drzewa, z którego owoców korzystaliśmy.

Z jednej strony wzrastająca popularność gender studies i egzotycznych katedr na Uniwersytetach, a z drugiej swoista oikofobia, mówiąc za Rogerem Scrutonem i zorganizowana niechęć do tego co swoje, co pozwoliłoby nam lepiej zrozumieć samych siebie, własną kulturę i tożsamość. Skąd w profesorach uniwersyteckich chęć by sięgać po kontrowersyjnego neomarksistę Slavoja Zizka, a zignorować Jana Pawła II i jego myśl europejską?

Podstawowym zarzutem z jakim powinny się zmierzyć gender studies jest metodologia. Niejednokrotnie w pracach krytycznych wobec tego nurtu pojawiały się oskarżenia, że badania te nie spełniają podstawowych założeń metodologicznych. Wierna dziedzictwu Oświecenia nauka nie miałaby problemu z traktowaniem gender studies jako dyscypliny o wątpliwym statusie. Świadczy o tym choćby udana prowokacja trójki amerykańskich naukowców – James A. Lindsay, Petera Boghossiana i Helen Pluckrose – piszących zmyślone i tendencyjne artykuły, opublikowane następnie po recenzji naukowej, w poczytnych amerykańskich czasopismach zajmujących się tą tematyką. Jak widać, polityczne i intelektualne mody mogą zdominować rzetelną pracę badawczą.

Co do Jana Pawła II, to jego pisma, w oczywisty sposób odwołujące się do kategorii wykraczających poza paradygmat „eksperymentu i metody”, takie jak grzech, Bóg czy łaska, nie mieszczą się we współczesnym paradygmacie naukowym. Dlatego jego prace cieszą się słabym zainteresowaniem ze strony naukowców.

Być może jakąś odpowiedzią na tę sytuację byłaby sformułowana w 45. tece krakowskich Pressji, Inny Uniwersytet jest możliwy, idea kolegiów. Na czym opiera się ich myśl przewodnia?

Polega przede wszystkim na możliwości wyartykułowania problemów otaczającego świata, z różnych perspektyw, światopoglądów i założeń metodologicznych. Taka konstrukcja w obrębie Uniwersytetów pozwalałby na istnienie zarówno katedry kierującej się myśleniem bliskim Juergenowi Habermasowi, jak i z drugiej strony, Janowi Pawłowi II. Studenci na zasadzie wolnego rynku idei, mogliby dokonać indywidualnego wyboru, zgodnego z ich przekonaniami. Dyskurs proponowany przez różne kolegia, nawiązuje do tezy, którą zaproponował niegdyś Alasdair MacIntyre, aby humaniści zawsze rozpoczynali od wyartykułowania początkowych założeń metafizycznych. Myślę, że to rozwiązanie byłoby w dzisiejszych warunkach ciekawe i ożywcze. Badacze mogliby wreszcie odkryć przed czytelnikami czy studentami to, co dziś starają się ukryć pod płaszczykiem takiej czy innej metodologii.

Ostatnim wątkiem, który silnie dotknął przestrzeń publiczną w Europie była kwestia zwalczania tzw. mowy nienawiści. Wiele Uniwersytetów także zajęło stanowisko w tej kwestii i potępiło hate speech. Kto w Europie stanie się w niedalekiej przyszłości upoważniony do tego, aby zaklasyfikować daną wypowiedź czy postawę jako nienawistną?

W tym kontekście, przypominam sobie jak w grudniu 2012 roku na Uniwersytecie Jagiellońskim zorganizowaliśmy dwudniowy Kongres Praw Człowieka. Było to znaczące wydarzenie, które zgromadziło blisko 400 osób z całego świata, dyskutujących na tematy związane z problemami przestrzegania praw człowieka. Wśród nich był także prawnik – Dr Jakob Cornides z Austrii, który w swoich poglądach wychodził z pozycji prawa naturalnego, jego wyższości, związku z antropologią i chrześcijaństwem. Zgromadzone na Kongresie feministki wygwizdały jego przemowę, a część ludzi ostentacyjnie wyszła z sali manifestując swój sprzeciw. Uznano, że dyskurs odwołujący się do prawa naturalnego jest właśnie mową nienawiści.

Doktor Cornides popełnił zatem błąd, przed którym przestrzegał wspomniany powyżej Isaiah Berlin. Każdy kto odwołuje się do niezmiennej natury ludzkiej, przez co wprowadza obiektywne kryteria pozwalające hierarchizować czyny na dobre i złe, dokonuje gwałtu na naszej wolności negatywnej. W takim świecie nasza kultura musi stać się niezwykle uboga. Zamiast pluralizmu i rzeczywistej różnorodności światopoglądowej mamy do czynienia z dyktatem politycznej poprawności, która ruguje ze sfery publicznej opinie odwołujące się do silnych przekonań metafizycznych. Wspierają to nowe kanały komunikacji. Twórca Facebooka, Mark Zuckerberg, wprost deklaruje, że jego portal będzie walczył z mową nienawiści, blokując treści niezgodne z zasadami liberalnego społeczeństwa demokratycznego. To oczywista dyskryminacja i nowa forma globalnej cenzury, którą napędzać będą algorytmy, bo to one w praktyce będą „uczyły się” słów oraz fraz „zakazanych”, które nie mogą pojawić się w sferze publicznej. To wizja bardziej niebezpieczna, niż tradycyjna cenzura państwa totalitarnego. Po drugiej stronie nie będzie już bowiem człowieka-cenzora, który zawsze mógł popełnić błąd, ale bezduszny algorytm.

**

Wywiad autoryzowany. Rozmowa przeprowadzona w dniu 04.04.2019 r.

Comments are closed.