MALTAŃSKIE GRY Z PERCEPCJĄ

On 8 lipca 2013 by Justyna Patoła

Festiwal Malta 2013 dobiega końca. W lipcu Poznaniacy i turyści mogą liczyć jeszcze na atrakcje taneczne, spektakle polskich reżyserów oraz koncert grupy Atoms from Peace, któremu supportować będzie zespół Cat Power (20 lipca). Jednak najważniejsza część festiwalu zakończyła się. Pora więc na krótkie i subiektywne podsumowanie.

515d8970688fa

// źródło: malta-festival.pl
// NEEDCOMPANY / GRACE ELLEN BARKEY
Mush-room

Chyba najbardziej oczekiwaną teatralną gwiazdą był włoski reżyser Romeo Castellucci. The Four Seasons Restaurant rzeczywiście wzbudziło wiele emocji: reakcja widza mogła oscylować między obrzydzeniem lub strachem podczas sceny odcinania języków, a zachwytem nad pięknym i poetyckim obrazem burzy pod koniec przedstawienia. Więcej o tym spektaklu, a także szerzej o twórczości Castellucciego i grupy Socìetas Raffaello Sanzio mogliście przeczytać w „Drugim Obiegu” (artykuł Romeo i… Malta).

Druga gwiazda festiwalu to Needcompany – grupa teatralna powstała w 1986 roku, która realizuje także spektakle taneczne, projekty filmowe, czy instalacje. Zespół jest prawdziwie multikulturowy, co znajduje swoje odzwierciedlenie w przedstawieniach, w których część aktorów mówi po angielsku, część po francusku, a część po koreańsku. Założyciel i dyrektor artystyczny Jan Lauwers jest natomiast Belgiem. Od początku istnienia zespołu z Lauwersem współpracuje choreografka Ellen Barkey.

Widzowie w Poznaniu mieli okazję zobaczyć dwa spektakle słynnej grupy.  Pierwszym była najnowsza produkcja zespołu: Mush-room – mówiąc najkrócej (choć nie całkiem serio): apologia grzybów. Autorzy chcieli przenieść widza w inny świat. Aktorzy w dziwnych czapeczkach (trochę przypominających te noszone przez krasnoludków, trochę mające imitować kapelusz grzyba) wbiegają na scenę tanecznym krokiem, przedstawiają się (są oczywiście Grzybami) i rozwijają papierowe, wiszące nad podłogą i odwrócone do góry nogami borowiki, maślaki i koźlarze. Od tej pory nasi bohaterowie będą próbowali uskutecznić „grzybią” rewolucję, której ostatecznym celem jest… opanowanie świata! Hasło komiczne i absurdalne, bo światem, w który chcą nas wciągnąć aktorzy jest świat snu, czy nawet, jeśli uznamy spektakl za ironiczny: świat narkotycznych wizji doświadczanych po spożyciu grzybów (niektórzy widzowie pytali wręcz jakie grzyby biorą twórcy). Pokazana nam będzie na scenie miłość grzybów i ich rozmnażanie, czy nawet wywiad do „ludzkiej” telewizji, a większość historii opowiedziana zostanie za pomocą tańca do wspaniałej muzyki zespołu The Residents. W spektaklu, poza scenami groteskowymi, nie brakuje też tych lirycznych, kiedy płynny i zmysłowy taniec aktorów współgra z ruchem wiszących nad sceną grzybów. Jedną z najpiękniejszych scen jest moment, w którym jedna z postaci kobiecych próbuje się wydostać z wielkiego białego kokonu, którego koniec umocowano wysoko nad sceną. Nie wiadomo czy pomóc, czy przeszkodzić, próbuje tancerce jedyny wśród społeczności grzybów człowiek: Nie-Grzyb. Taniec tej pary jest pełen namiętności, a obraz poruszanego to delikatnie, to gwałtownie białego materiały owego kokonu, tworzy baśniową atmosferę. Nawet jeśli ktoś nie dał się ponieść tej ogromnej ilości pozytywnej energii generowanej przez członków Needcompany, musiał docenić humor oraz kunsztowną budowę spektaklu, w którym mogły zaskoczyć nawet ukłony aktorów w czasie owacji.

Dla tych, którzy wolą opowieść bardziej narracyjną, a nad piękne, magiczne obrazy przekładają czarny humor, Needcompany, z Janem Lauwersem na czele, przygotowało drugi spektakl. Marketplace 76 to historia mieszkańców niewielkiego miasteczka  przedstawiona w czterech porach roku rozpisanych na trzy akty i epilog. Poczynając od lata, od rocznicy tragicznego wypadku na rynku miasta, w którym zginęły dwadzieścia cztery osoby, mamy do czynienia z nieustanym ciągiem nieszczęśliwych przypadków i potwornych zachowań. Chłopiec, który wyskoczył przez okno, jego siostra porwana przez pedofila i uwięziona przez siedemdziesiąt sześć dni w ciemnych katakumbach, samobójstwo ich matki, wyroki na zboczeńcu i jego żonie i tak dalej. Najmocniejsza scena spektaklu pokazuje molestowanie młodej dziewczyny przez rzeźnika. Przestrzeń jest wyciemniona, widzowie patrzą na niewielki ekran telewizora, na którym zaraz ukaże się porwana. Nagi mężczyzna perwersyjnie sprawdza, czy obraz z nagarnia jest poprawny i wraca do swojej ofiary. Ta scena nie jest obleczona w dowcip, czy zewnętrzny komentarz Lauwersa (który cały czas jest obecny na scenie). Widz, który zdążył się już przyzwyczaić do absurdalnych sytuacji i czarnego humoru, nagle zostaje wytrącony z osiągniętej pewności i musi od początku zacząć zastanawiać się, na co tak właściwie patrzy. Kiedy w scenę włącza się matka z lalką zmarłego tego samego dnia chłopca, sytuacja powoli wraca do swojego groteskowego charakteru i okazuje się, że z tego okrucieństwa twórcy także karzą nam się śmiać. Myliłby się bowiem ten, kto pomyślałby, że spektakl poprowadzony będzie dalej w ponurej tonacji. Wydarzenia są absurdalne, a każdemu cierpieniu towarzyszy radość, tragedia kończy się zabawą. Sinusoida nastrojów jest kluczem kompozycyjnym spektaklu, ale wydaje się, że Lauwers chce powiedzieć, że jest też kluczem do naszego życia. Nastój budowany jest nie tylko przez różną tonację emocjonalną wydarzeń, ale także przez taniec, muzykę graną na żywo i śpiew. Ta wielość środków nie powoduje chaosu ani przesytu, wręcz przeciwnie, spektakl jest doskonale zrobiony i dopracowany pod każdym względem. Needcompany to teatr na wysokim poziomie, który do perfekcji opanował technikę posługiwania się środkami artystycznymi. Nic dziwnego, że w Poznaniu dostali długą owację  na stojąco.

Zupełnie inną atmosferę zbudował Simon Vincenzi w spektaklu Luxuriant: within the regin of anticipation powstałym w ramach projektu Operation infiniti. Widzowi uczestniczącemu w tym wydarzeniu niemal bez przerwy towarzyszą uczucia niepewności, braku bezpieczeństwa, a nawet strachu. Już sama przestrzeń Starej Rzeźni w Poznaniu, w której odbywa się spektakl rodzi niepokój: opuszczone hale, zniszczone ściany, na których gdzieniegdzie widnieje graffiti, brudna podłoga, rozbite szyby. Luxuriant… świetnie wpisuje się w takie niosące nutkę grozy, ale i tajemnicy miejsce. Do sali wpuszczani jesteśmy pojedynczo, co już na wstępie wzbudza lekkie zaniepokojenie. Kiedy w końcu wchodzę do pomieszczenia widzę czterech mężczyzn, ubranych w błyszczące rajstopy, granatowe koszulki z nadrukiem zdjęcia rentgenowskiego i czarne, brokatowe półmaski z uszami Myszki Mickey. Jedna z postaci stoi w wydzielonej przestrzeni, a pozostali zakładają na ręce rękawiczki chirurgiczne i animują jej ciało. Za chwilę postać powtórzy te same ruchy samodzielnie. Aktorzy zamieniają się miejscami i sytuacja powtarza się cztery razy. Wszystko jest nagrywane przez nagiego  mężczyznę w złotej masce zasłaniającej całą twarz. Sytuacja rodzi skojarzenia zarówno z obrzędem inicjacji jak i z perwersyjnymi praktykami seksualnymi. Brak narracyjnego wprowadzenia powoduje, że trudno zdystansować się do oglądanego widowiska, być zwykłym widzem. Początkowo odczuwam jeszcze bezpieczeństwo wynikające z wyraźnego podziału na widownię i aktorów, ale to szybko się zmienia. Kiedy mężczyźni kończą inicjację, wybiegają przez odsłonięte przejście do następnego pomieszczenia – oglądający podążają za nimi. Druga sala jest oświetlona pomarańczowym światłem, ale przestrzeń wypełnia gęsty dym. Aby dostrzec skąd dochodzą niezrozumiałe słowa widzowie muszą wchodzić w głąb pomieszczenia, a to oznacza wchodzenie między aktorów, którzy są rozstawieni w różnych częściach sali. Kakofonia dźwięków, dym, ulotki reklamujące filmy dla dorosłych „Filthy Lucre”, półnadzy mężczyźni, z zasłoniętymi twarzami, którzy co jakiś czas poruszali się gwałtownie, ale jednocześnie z mocno napiętymi mięśniami, jakby w erotycznej ekstazie – to wszystko sprawiało, że zadawałam sobie pytanie: gdzie ja jestem? Po jakimś czasie oczywiście oswoiłam się z sytuacją, ale do samego końca towarzyszyła mi niepewność: aktorzy poruszają się tyłem i robią to bardzo szybko, więc zdarza im się potrącić jakiegoś widza. Ten spektakl na granicy performansu jest pytaniem o rolę widza i jego relacje z wykonawcami, jednak wytrącenie oglądającego z przyzwyczajeń percepcyjnych nie wyczerpuje zamiarów Vincenziego.  Reżysera interesuje także teatralne przekroczenie i droga do niego przoprzez ciało aktora. Ciągle napięte ciała mężczyzn i ich gwałtowne, zupełnie nienaturalne ruchy rzeczywiście dają wrażenie przekroczenia granic teatralności. Spektakl, o którym widz myśli jeszcze długo po jego zakończeniu chyba zawsze jest sukcesem reżysera.

Takie krótkie próby opisu oczywiście nie wyczerpują tematu. i każdy z trzech spektakli zasługuje na osobny artykuł. A to tylko niewielka część tego, co można było zobaczyć  w końcówce czerwca, w tętniącym życiem Poznaniu. Wiele innych zagranicznych zespołów także zachwyciło publiczność, a kilku spośród polskich reżyserów udało się nie strącić wysoko podniesionej poprzeczki. Na wyróżnienie zasługują tu Marta Górnicka i jej świetna dźwiękowo Requiemaszyna oraz Dyskretny urok burżuazji Marcina Libera – spektakl, którego podstawę dramaturgiczną stanowi film Luisa Buñuela o tym samym tytule.

Comments are closed.