FESTIWALIZACJA – TRIUMF KULTURY CZY JEJ UTOWAROWIENIE

On 4 kwietnia 2015 by DO

W samym Krakowie mamy ich przeszło sto; dość wymienić te najbardziej znane, jak Sacrum Profanum, Unsound czy Boska Komedia. Niemal każde miasto w Polsce i na świecie ma swoje święto smaku, kolorów, kina, muzyki, nauki. O czym mowa? Oczywiście o festiwalach.

11041948_990033254347931_1791769747841652327_o

Forma festiwalowa swymi korzeniami sięga do czasów antycznych, a konkretnie – starożytnej Grecji. Umiłowanie człowieka do świętowania znalazło swoje odbicie w Dionizjach, które począwszy od VI wieku p.n.e. odbywały się regularnie na przełomie marca i kwietnia przez około pięć, sześć dni i można uznać je w pewnym sensie za najstarszy „festiwal” w historii. Oczywiście miały one charakter ściśle sakralny, którego pozbawione są współczesne imprezy kulturalne, jednak praktyki religijne Greków nieodłącznie wiązały się z wydarzeniami o charakterze artystycznym czy kulturowym: w trakcie obchodów występowały chóry miejskie, odbywały się konkursy, podczas który uczestnicy mieli okazję zaprezentować szerszej publiczności swoje komedie polityczne oraz tragedie.

Święto polis

Z całą pewnością możemy więc stwierdzić, że festiwale to podstawowa i najstarsza forma kultury, co więcej, ściśle powiązana z przestrzenią miejską. Bowiem to greckie polis były ich „sponsorami”; wystarczy zobaczyć greckie wazy ukazujące sceny świątecznych i artystycznych wydarzeń, które za każdym razem odbywały w najważniejszych częściach miasta. Tak jest do dzisiaj – począwszy od festiwalu w filmowego w Cannes, wagnerowskiego w Bayereuth, na Jarocinie skończywszy – festiwal nieodłącznie wiązał się z konkretną metropolią. Wiązał, bo współcześnie festiwale często migrują i coraz rzadziej wiążą się z promocją danego miejsca, co nie zmienia faktu, że aktualnie co drugie miasto w Polsce może się poszczycić mianem „miasta festiwali”. Łączy się to jeszcze z jednym zjawiskiem festiwalowego życia, z którym zetknąć się możemy niemal na całym świecie – festiwalizacją życia kulturalnego w mieście.

Festiwal goni festiwal

Współcześnie można odnieść wrażenie, że coraz częściej festiwal goni festiwal. Szacuje się, że samych wydarzeń filmowych jest w Polsce ponad osiemdziesiąt; oznacza to, że co cztery dni odbywa się kolejna impreza kulturalna! Zarówno małe, prowincjonalne miasteczko, jak i duża, wojewódzka stolica może poszczycić się swoim własnym, lokalnym festiwalem. W tym kulturalnym tyglu znajdziemy zarówno wydarzenia masowe, gromadzące dziesiątki tysięcy ludzi na koncertach, jak i kameralne, gdzie spektakle ogląda po kilkadziesiąt osób; przybierające charakter imprezy rozproszonej, w wielu częściach miasta jednocześnie, i scentralizowanej, skupione wokół jednej sceny; festiwale z misją i komercyjne, interdyscyplinarne i monotematyczne, trwające kilka dni i rozłożone na długie miesiące.

Coraz częściej mamy do czynienia z festiwalami nowego typu: tutaj prawdziwy prym wiedzie branża kulinarna, gdzie praktycznie wszystko zostaje sfestiwalizowane. Mamy więc festiwale dyni, piwa, chleba, slow food, fusion cuisine czy wegan. Dodajmy do tego festiwale książek, światła, tańca, rowerowe, podróżnicze, teatralne a powstanie istny magiel świętowania. Już teraz w samym Krakowie można doliczyć się przeszło stu festiwali i nie ma miesiąca, w którym nie odbyłoby się jakieś kulturalne wydarzenie na wielką skalę.

Festiwalizacja po krakowsku

Następstwami festiwalizacji są zmiany w redystrybucji środków publicznych, samorządowych oraz prywatnych przeznaczanych na kulturę. W Polsce festiwalizacja kultury jest wynikiem zmian, jakie nastąpiły po 1989 roku, kiedy to miasto straciło bezpośredni wpływ na najważniejsze instytucje kulturalne, takie jak teatr czy opera, które znalazły się w gestii ministra kultury i władz regionalnych.

Graczy o kulturę jest więc wielu. Z tej sytuacji świetnie wybrnął samorząd miejski w Krakowie, który już od 1990 roku zaczął świadomie tworzyć przemysł festiwalowy. Trwałe wpisanie festiwali w kulturalną mapę miasta, stało się częścią polityki marketingowej miasta i narzędziem strategii samorządowej.

Ukoronowaniem wyjścia z izolacji kulturalnej na arenie międzynarodowej było powołanie Biura Festiwalowego Kraków 2000, które w 2005 roku zostało przemianowane na doskonale wszystkim znane Krakowskie Biuro Festiwalowe. Jego działalność jest finansowana z dotacji gminy oraz innych przychodów, w tym środków przekazywanych przez sponsorów oraz dochodów z prowadzonej na własny rachunek działalności gospodarczej. Od tej pory Krakowskie Biuro Festiwalowe dla jednych jest idealnym przykładem fuzji polityki i biznesu na rzecz promocji kultury, dla innych – instytucją pochłaniającą wiele pieniędzy i blokującą mniejsze inicjatywy kulturalne, a nade wszystko – politycznym zapleczem pełniącego swą funkcję już czwartą kadencję prezydenta Jacka Majchrowskiego.

Kulturowe tovarum

Festiwalizacja kultury przyczyniła się również do jej utowarowienia. Jak pisała Monika Smoleń w swej książce Przemysły kultury. Wpływ na rozwój miast – kultura „staje się obszarem nie tylko tradycyjnej polityki społecznej, ale także polityki ekonomicznej”; mamy wręcz do czynienia z ekonomizacją kultury, jej przechodzeniem ze sfery sacrum w sferę tovarum.

Konsekwencją jest powstanie swoistego rynku głośnych imprez. Samorządy miast zabiegają o nie z dużym zapałem, którego nie wykazują wobec tradycyjnych instytucji kultury. Przesądza to wspomniana już użyteczność festiwali dla miejskiej polityki promocyjnej: o wiele łatwiej jest znaleźć dodatkowe środki na organizację imprez festiwalowych, niż na rozszerzenie oferty istniejących instytucji. Czasem można odnieść wręcz wrażenie, że dla samorządowców działania kulturalne mają sens, pod warunkiem, że można je sprowadzić do poziomu bezpiecznej rozrywki, która przeleje na nich – jako na mecenasów – cały splendor.

Przy okazji warto poruszyć kwestię sponsorów tytularnych, „mecenasów” na miarę XXI wieku: dziś już żaden z nich nie udaje, że festiwal, przy okazji jego sponsorowania, nie staje się banerem dla danej marki. Nie ma w tym niczego złego: wiele światowych festiwali ma stałych partnerów i mecenasów, którzy wspierają je od kilkudziesięciu lat. Jednak  obecność sponsora tytularnego prowadzi czasem do kuriozalnych sytuacji, jak na przykład trzy lata temu w Krakowie. Podczas Grolsch Art Boom Festiwal młodzi dizajnerzy, mieli zaprojektować wyposażenie barowe z użyciem pustych po piwie od sponsora. Inną słabością związku biznesu z kulturą na rodzimym podwórku jest to, że polityka firm wobec sponsorowanego festiwalu zmienia się wraz z nowym prezesem: ten brak ciągłości miewa destabilizujący wpływ na ofertę artystyczną wielu imprez.

Po co nam festiwale?

O ile sam proces festiwalizacji niesie za sobą różne negatywne konsekwencje,  o tyle festiwale same w sobie w dalszym ciągu pozostają zjawiskiem pozytywnym i koniecznym na kulturalnej mapie świata. Dzięki bogatym programom wydarzeń wciąż umożliwiają poznawanie kultury i przybliżanie jej społecznościom, które na co dzień mają do niej ograniczony dostęp. Wiele zaspokaja potrzebę uczestnictwa w imprezach prestiżowych, czyli swoisty snobizm dotyczący zwłaszcza robiących karierę, wykształconych, młodych ludzi. Festiwale ułatwiają też identyfikację z konkretną społecznością, modnym zjawiskiem. Coraz częściej pełnią też funkcję edukacyjną, rozbudowują programy warsztatów i szkoleń. Wreszcie pozwalają budować wspólnotę wartości – co prawda nie na miarę Festiwalu w Jarocinie czy Love Parade w Berlinie – ale dzięki temu nieustannie przypominają potrzebie o kolektywnego przeżywania kultury, wspólnego spędzania czasu, po prostu – bycia razem. I w tym sensie triumfują.

//Justyna Skalska

okładka

Comments are closed.