HASIOR: PORTRET PODWÓJNY

On 31 marca 2014 by Justyna Skalska

Trwająca właśnie wystawa o znamiennym tytule Władysław Hasior. Europejski Rauschenberg? jest dobrą okazją, by przypomnieć sylwetkę jednego z najwybitniejszych, najbardziej nowatorskich i kontrowersyjnych polskich twórców: rzeźbiarza, malarza, scenografa, filozofa i krytyka – chciałoby się rzec – artysty totalnego.

źródło: wikipedia.pl

źródło: wikipedia.pl

Artysta, którego w żaden sposób nie da się zaszufladkować, ponieważ umyka wszelkim klasyfikacjom i konwencjom. Z jednej strony twórca osobny, wychodzący daleko poza kanon, z drugiej – ikona PRL-owskich mediów lat 60. i 70. Uwielbiany i nienawidzony: jedni widzieli w nim niepokornego prowokatora, inni kadzącego władzy ludowej oportunistę. Jego twórczość została uznana za elitarną i osobliwą, ale równocześnie przemawiającą językiem uniwersalnym i sugestywnym dla odbiorcy. Kim był Władysław Hasior?

Twórca zakopiański

Niemal całe życie związany z Podhalem. Urodził się w 1928 roku w Nowym Sączu. W 1947 roku został uczniem słynnej „szkoły zakopiańskiej” – Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych – i kształcił się pod okiem legendarnego już Antoniego Kenara; zasługą tego zakopiańskiego rzeźbiarza – a nade wszystko wielkiego pedagoga – było wpojenie swym wychowankom potrzeby wielkiej swobody twórczej, znajomości nowych prądów sztuki współczesnej, ale jednocześnie – wielkiego szacunku dla tradycji sztuki ludowej. Niewątpliwie wpłynęło to na charakter twórczości samego Hasiora, który po ukończeniu liceum plastycznego rozpoczął studia na Wydziale Rzeźby Warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Po studiach wrócił jednak do Zakopanego, gdzie żył i tworzył już do końca życia.

Polski i europejski

Od 1959 roku jego kariera nabrała tempa: otrzymał wówczas stypendium francuskiego ministra kultury i rozpoczął studia w pracowni rzeźbiarza Ossipa Zadkine’a. Dzięki temu wszedł w międzynarodowy obieg sztuki i stał się PRL-owskim „towarem eksportowym”; brał udział w indywidualnych i zbiorowych wystawach m.in. w sztokholmskim Moderna Museet, w Paryżu, Wiedniu, Rzymie, Wenecji, Kopenhadze, Helsinkach, Moskwie, a nawet po drugiej stronie Oceanu, czyli w Sao Paulo i Montevideo. Przez zachodnie media został wręcz okrzyknięty – do czego nawiązuje tytuł wystawy w MOCAK-u – „europejskim Rauschenbergiem”, ze względu na paralelność twórczości obu artystów. Przypomnijmy, że Robert Rauschenberg został uznany w latach 60. za jednego z najważniejszych prekursorów pop-artu; jednak sam Hasior nie chciał być kojarzony ani z tym, ani z żadnym innym prądem artystycznym, wymykał się wszelkim klasyfikacjom.

Organizatorzy wystawy prac artysty w tytule postawili znak zapytania. I słusznie: owszem, autor Sztandarów, podobnie jak twórcy pop-artu, w swoich pracach chętnie wykorzystywał „śmietnik kultury”, ale był to „śmietnik” ojczysty. „Moja twórczość nie wyrosła z pop-artu – mówił – ale ze sztuki ludowej, magicznych totemów wszystkich kultur, między innymi także kultury chrześcijańskiej, oraz z konkretnych, dobrze nam znanych i uzasadnionych niepokojów, lęków i obsesji dnia dzisiejszego”. Swój arsenał środków artystycznego wyrazu czerpał Hasior z rodzimej tradycji, a zwłaszcza z ludowej kultury Podhala. Łącząc z łatwością to, co lokalne z tym, co uniwersalne, stawał się w swej „polskości” bardziej europejski niż mogłoby się wydawać, a jednocześnie w swej „europejskości” pozostał twórcą bardzo polskim.

Śmieci i odrzuty

Twórczość Hasiora można umieścić na pograniczu malarstwa, rzeźby, scenografii, rzemiosła i performansu – wiele z jego dzieł nazwiemy dzisiaj po prostu instalacjami. W swych pracach wykorzystywał znalezione kawałki szkła, druty, zardzewiałe garnki i sztućce, fragmenty tkanin i futer, pióra, włosy, zepsute zabawki, jarmarczne koraliki, tandetne figurki świętych, odpadki spożywcze. Sięgał po rekwizyty codzienności – wszystko to, co martwe i bezużyteczne, naznaczone biedą i pospolitością – a następnie „ożywiał” je: zestawiał ze sobą, tworząc przedziwne kompozycje, i opatrywał zaskakującymi, pełnymi przekory, często dowcipnymi lub ironicznymi tytułami. „Nie demonstruje się przedmiotów za to, że są bogate i trwałe, ale za to, że potrafią budzić echa problemów humanistycznych, stawiać widza w rozterce, wywoływać refleksje” – mówił. Nadawał rzeczom nowe, metaforyczne znaczenie. W pierwszych pracach Hasiora można dostrzec wyraźne nawiązania do okrutnych czasów II wojny światowej (Golgota, Czarny Krajobraz I, Chleb polski, Niobe). Towarzyszy im swoista atmosfera grozy, minionej – a może nadciągającej? – katastrofy, akt oskarżenia przeciwko cywilizacji, która zdołała wybudować krematoria i przyczynić się do zagłady miliona istnień. Tworząc – czy to mniejsze asamblaże, czy ogromne sztandary – nieustannie komentował polską rzeczywistość w całej jej PRL-owskiej szarzyźnie, a zarazem kiczowatości, okraszając ją przy tym odrobiną poezji i transcendencji.

Sztuka dla ludzi, dla Polski Ludowej

Hasior uważał, że sztuka ma prowokować, wstrząsać – w tym rozumieniu był na wskroś artystą współczesnym. Równocześnie wierzył ogromnie w doniosłą rolę sztuki, w artystyczną misję; jego sztuka miała oczyszczać i skłaniać do przemyśleń, a nade wszystko – być dla ludzi. „Chciałbym powiesić na drzwiach mojej pracowni tabliczkę, jaką wieszają w Polsce mistrzowie rzemieślniczej profesji: »Tu świadczy się usługi dla ludności!«” – te słowa zdradzają społecznikowski rys jego osobowości. I może dlatego nie powinien dziwić fakt, że w 1966 roku zaprojektował i wykonał budzący wiele kontrowersji pomnik Poległym o utrwalenie władzy ludowej na Podhalu, zwany potocznie Organami. Na wzniesionej na przełęczy Snozka (niedaleko Czorsztyna) konstrukcji, w zamyśle autora miał grać wiatr. Jednak Organy nigdy nie zagrały. Czy był to błąd konstruktorski, czy świadome posunięcie artysty – trudno dociec – podobnie jak trudno, z dzisiejszej perspektywy, oceniać postawę samego Hasiora. W latach 90. postanowiono zlikwidować monument, który postrzegany był jako symbol komunizmu, jednak – po wielu zagorzałych dyskusjach zwolenników i przeciwników – ostatecznie ocalał i w 2010 roku został wyremontowany.

Jednak nie tylko epizod z podhalańskim pomnikiem sprawił, że Hasior został oskarżony przez własne środowisko o flirt w władzą, a po ’89 roku popadł w całkowite zapomnienie: wiele kontrowersji wzbudziło otwarcie jego autorskiej galerii w lutym 1985 roku w Zakopanem, na które przybyli działacze KC, również Jerzy Urban. Przez lata wypominano to Hasiorowi, starając się przy tym dyskwalifikować jego sztukę, a samego artystę wielokrotnie szkalowano. Odsunięty przez środowisko polskich artystów, zmarł po długiej chorobie w 1999 roku.

Piąty żywioł i MOCAK

Podhalański pomnik jest tylko jednym z przykładów niekonwencjonalnych dzieł Hasiora – bo przecież drugą stroną jego twórczości jest rzeźba. Nietypowa, bo połączona z czterema żywiołami: powietrzem, wodą, ogniem i ziemią, czego przykładem jest pomnik Ratownikom górskim w Zakopanem (1959) czy rzeźby plenerowe: Słoneczny rydwan w szwedzkim Södertälje (1972) lub Ogniste ptaki w Szczecinie (1975). Jednak dla Hasiora najważniejszy był inny, piąty żywioł: ludzka wyobraźnia. To, co tworzył, pochodziło właśnie z niej.

O tym wszystkim przypominają nam twórcy krakowskiej ekspozycji, która zgromadziła ponad sto prac artysty z kilkunastu muzeów z całej Polski. Zbiegająca się z 15. rocznicą śmierci Władysława Hasiora wystawa jest ważnym wydarzeniem na kulturalnej mapie kraju, ponieważ odkrywa tego wybitnego, polskiego twórcę na nowo i przywraca w polskiej świadomości należyte mu miejsce.

Oprócz asamblażów i cyklu Sztandarów z lat 1965–1975 można na niej zobaczyć nagrania filmowe z pokazów – lub jakbyśmy to dzisiaj określili performansów – rzeźb plenerowych oraz zdjęcia autorstwa samego artysty, rejestrujące polski kicz miast i wsi, a także fragmenty filmu dokumentalnego Grzegorza Dubowskiego. Interesująca jest swoista „wystawa w wystawie”, czyli prezentacja fotografii Wojciecha Plewińskiego, który odwiedził Władysława Hasiora w jego pracowni w latach 60. W jego obiektywie autor Organów o wyglądzie sportsmena, przywodzi na myśl wszystkich outsiderów, samotnych „wilków stepowych” w rodzaju Jamesa Deana czy Marka Hłaski: z fotografii patrzy na nas młody buntownik i wieczny kontestator, który na moment odsłania przed widzem swój mroczny, osobliwy i fascynujący świat.

Chyba jednego zabrakło twórcom wystawy w MOCAK-u: właśnie owego piątego żywiołu postulowanego przez Hasiora, czyli fantazji. I polotu. Chłodne, ogromne przestrzenie krakowskiego muzeum przysłużyły się jedynie sztandarom, które dopiero tu wyglądają naprawdę imponująco. Prezentacja reszty dzieł artysty jest do bólu poprawna, nie pozwala do końca wniknąć w jego filozofię sztuki i jeśli ktoś naprawdę chce zanurzyć się w uniwersum Hasiora, powinien w tym celu udać się gdzie indziej – do jego galerii w Zakopanem. Wystawa w MOCAK-u może być za to niezłym preludium do poznawania twórczości tego wilka stepowego polskiej sztuki współczesnej.

//Justyna Skalska

TEKST z #DO13:

[str. 32-33]

OKŁADKA  (1)

Comments are closed.