„IDA” CZYLI PSYCHOMACHIA PO POLSKU

On 7 listopada 2013 by Mateusz Ciołkowski

Paweł Pawlikowski – reżyser „Idy” ograniczył swoją opowieść tylko do tego co konieczne. Nie ma zatem misternych intryg z wielkimi pieniędzmi w tle, sądu ostatecznego nad komunistycznymi oprawcami, gloryfikacji postawy oporu wobec systemu. Jest Ida… oraz jej ciotka Wanda.

źródło: trojmiasto.gazeta.pl

źródło: trojmiasto.gazeta.pl

Początek lat sześćdziesiątych w Polsce. Odwilż gomułkowska – czas krzepnięcia Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Umarł Stalin. Z więzień uwolniono część wrogów politycznych i internowanych – kilkuset doczekało nawet rehabilitacji. Od władzy odsunięto najbardziej brutalnych i bezwzględnych.

W takim kontekście Pawlikowski przedstawia nam Annę (Agatę Trzebuchowską) – sierotę wychowaną na peryferiach przez siostry zakonne – nieznającą swojej przeszłości, rodziny. Ba, nawet choćby rąbka rzeczywistości obecnej poza murami klasztoru. Patrzymy na nią i widzimy młodą dziewczynę, z której emanuje niewinność, pokora i posłuszeństwo. Noszony przez nią habit będzie stale kontrastował z ubiorem innych bohaterów opowieści. Owo posłuszeństwo (a pewnie i trwoga przed przygodą) objawi się dobitnie, kiedy na kilka dni przed przyjęciem przez Annę ślubów zakonnych siostra przełożona nakazuje jej spotkanie się z ciotką Wandą Gruz (znakomita jak zwykle Agata Kulesza), mieszkającą w Warszawie. Początkowo sceptyczna wobec tego pomysłu Anna pakuje się i wyjeżdża do stolicy.

Rozmowa kobiet zostaje przedstawiona nie tylko jako początek procesu przyswajania przez młodą dziewczynę nowej-starej tożsamości. Ciotka ujawnia jej prawdziwe imię i nazwisko – Anna okazuje się Idą Lebenstein – jej żydowskie pochodzenie, tragiczną śmierć rodziców podczas wojny, a wreszcie anonimowy (a więc niegodny)  ich pochówek. W tej konfrontacji najbardziej frapuje jednak gra charakterów i stojące za nimi symbole. Ida – młoda dziewczyna o nieskazitelnej naturze, dobroduszna, przedstawicielka sacrum. Wanda – zmarginalizowana pani sędzia (nostalgicznie wspominająca czasy sądów pokazowych, kiedy nadano jej przydomek „krwawa”), rozgoryczona bojowniczka walcząca o wcielenie idei socjalizmu w życie, profanum doświadczone samotnością i alkoholem.

Znamienna jest zresztą krótka scena przedstawiająca Gruz w todze, zasiadającą w sali sądowej wraz z prokuratorem („…można powiedzieć, iż oskarżony wraz z szablą po dziadku odziedziczył także wywrotowe poglądy.”), stenografką i obserwatorami. Postaci te, a najbardziej bodaj sama Wanda Gruz, zostają w niej celowo zredukowane do funkcji. Nie widać w nich zainteresowania, woli dociekania, emocji – jest tylko czysto mechaniczne wypełnianie roli.

Wanda po namyśle decyduje się pomóc dziewczynie znaleźć grób jej rodziców – żydowskich rolników spod Łomży. Zapewne nie jest to decyzja czysto altruistyczna – w trakcie poszukiwań obserwujemy jak ważne staje się dla niej samej prześledzenie na nowo losów rodziny, do której śmierci pośrednio dopuściła. Poraża spoglądanie na to, jak powrót i uporządkowanie przeszłości staje się dla Wandy wiwisekcją. Tak, tak, drodzy Czytelnicy – okrutną wiwisekcją sumienia.

„A co, jeśli Boga nie ma?” – pyta Wanda, przyjmując rolę uwodzicielki, kusicielki, figury zwątpienia w pryncypia. Kilkukrotnie wystawia na próbę siostrzenicę, proponując jej na przykład przystrojenie się w zwiewną sukienkę przed wyjściem na dancing, odbywający się w hostelu, który zamieszkują w czasie poszukiwań miejsca pochówku Lebensteinów. Drugą postacią otwierającą Idę na świat cielesności, jednak w zupełnie inny sposób niż Wanda, jest Lis – saksofonista (Dawid Ogrodnik).

W tym miejscu należy postawić problem stosunku jaki przyjmuje Ida do biegu wydarzeń, któremu się poddała. Trzeba przyznać, iż jest on amorficzny. Pawlikowski, jak mniemam, tak starał się nakreślić postać graną przez Agatę Trzebuchowską, by w pewnym momencie wyraziła zainteresowanie przyjemnością, pokusami. Innymi słowy – by chciała ich doświadczyć. Jest to logiczne i akceptowalne. Część widzów może czuć się jednak zirytowana brakiem mocniejszych znaków wskazujących na ocenę Idy dotyczącej historii jej przodków. A jest to szczególnie tragiczny splot relacji z polską rodziną Skibów, której członkowie okazali się zarówno wybawcami, jak i oprawcami Lebensteinów.

Osobiście, nieco przekornie, postawiłbym inną tezę. A mianowicie, paradoksalnie tytułowa Ida nie jest w całej historii postacią pierwszoplanową – nie uczestniczy aktywnie w kreacji historii. Jej wyjście z klasztoru napędza ruch wydarzeń, któremu się poddaje i w jakiejś części z niego czerpie. Ma na nią oczywiście wpływ – otwiera się bowiem na ludzi ułomnych, takich jak Wanda, lub zupełnie od siebie różnych, jak Lis. Ma do czynienia z zupełnie inną wspólnotą niż klasztorną (zhierarchizowaną, zuniformizowaną i zdyscyplinowaną).

Z tej perspektywy patrzę na Idę jako na postać ahistoryczną i dlatego w pewien sposób współczesną. Jej nieokreśloność i swoista bierność pozwala łatwiej ulokować w jej miejscu dowolnego człowieka, niemającego bezpośredniej roli w bolesnych i zawiłych losach. Pawlikowski umieszczając taką figurę zaburza sygnał płynący do odbiorcy. Czuje się dyskomfort, że Ida nie partycypuje w tak ważkich wydarzeniach, że nie widzimy jej zdecydowanej (pozytywnej lub negatywnej) reakcji.

Na koniec wypada wspomnieć o technicznych aspektach „Idy”. Film nakręcony jest w bardzo skontrastowanej czerni i bieli, w formacie 1,37:1 co sprawia wrażenie, że wyświetlany jest w kwadracie. Przywodzi z marszu na myśl choćby filmy Kawalerowicza. Estetyka noir zastosowana przez Pawlikowskiego z pewnością wywołuje znacznie mocniejszą paletę emocji – ja poczytuję to jako trafiony zabieg. Wzmacnia bowiem dwie główne bohaterki – Idę subtelnie alienując, w Wandzie zaś podkreśla ciężar cierpienia – zadanego i doznawanego. Reżyser daje czas obu aktorkom na zaprezentowanie postaci – nie spieszy się. W pełni wykorzystuje tę swobodę Agata Kulesza – raz prezentując pozę femme fatale, raz bezradnej wobec swojej przeszłości, przegranej kobiety.

Broniłbym jednak „Idy” przed porównywaniem z dziełami Bressona, Morgensterna, Wajdy, Skolimowskiego czy wspomnianego już wyżej Kawalerowicza. Dajmy Jej najpierw rozgościć się w polskiej kinematografii. I bronić się samej.

Comments are closed.