IMIGRANCKI PROBLEM STANÓW ZJEDNOCZONYCH

On 9 października 2015 by DO

Obecnie dyskurs polityczny w Europie jest zdominowany kwestią imigrantów z Afryki oraz Bliskiego Wschodu. Sytuacja podobnie prezentuje się w USA, z tą drobną różnicą, że tam kwestia dotyczy głównie imigrantów z Meksyku o ewidentnie ekonomicznych motywacjach.

skyscraperlife.com

skyscraperlife.com

Donald Trump, kandydat Partii Republikańskiej w prawyborach na urząd prezydenta jest znany z ostrych tez i mocnych słów, mimo tego zasługuje na przyznanie mu pewnych wyrazów uznania. Swoimi wypowiedziami oraz pomysłami w stylu budowania muru na granicy z Meksykiem, zmusił innych polityków, także tych z Partii Demokratycznej, do pochylenia się nad problemem nielegalnych imigrantów.

Miliony przybywają

Według danych szacunkowych Pew Research Center, w USA przebywa obecnie od 11 do 12 milionów „nieautoryzowanych imigrantów”. W 1990 roku w USA przebywało ok. 3,5 miliona nielegalnych imigrantów, co daje nam prawie czterokrotny wzrost w przeciągu 25 lat. Liczba ta jest powszechnie uznawana za wiarygodną, toteż problem, przed którym stoją Amerykanie jest poważny. Właśnie z tego powodu kilku pretendentów Partii Republikańskiej w prawyborach (m. in. Ted Cruz oraz Scott Walker), postanowiło poprzeć pomysł wybudowania muru na całej długości granicy z Meksykiem. Oczywiście należy podkreślić fakt, że chodzi o nielegalnych imigrantów, którzy przebywając w USA łamią prawo, co jednak nie przeszkadza przyklejać Republikanom łatki wrogów wszelkiej ludności nie wpisującej się w WASP-owski (white anglo-saxon protestants) paradygmat. Jednak pozostawiając kwestie polityczne z boku, prześledźmy pomysły, które mają rozwiązać imigrancki problem USA.

Pierwszym z nich jest plan kojarzony z lewicowym establishmentem, chociaż artykułowany również przez republikanina Jeba Busha. W skrócie polega on na przeprowadzeniu pewnego rodzaju amnestii oraz przyznaniu obywatelstwa 12 milionom ludzi. W ramach tego projektu, kwestią do ustalenia jest proces przyznawania prawa do legalnego pobytu. Z jednej strony postuluje się automatyczne przyznawanie takiego prawa wszystkim zgłoszonym, którzy już teraz nielegalnie przebywają w USA, zaś z drugiej tworzy się plany rozłożone w czasie, podczas którego dana osoba byłaby zobligowana spełnić szereg dodatkowych warunków. Nie wnikając w plusy i minusy tych pomysłów, należy zwrócić uwagę na długofalowe efekty. Zakładając przyznanie obywatelstwa ok. 12 milionom ludzi, dokonano by uleczenia symptomów „choroby”, a nie jej źródeł.

Powinniśmy pamiętać, że gwałtowny wzrost liczby nielegalnych imigrantów, wśród których połowę stanowią obywatele Meksyku, jest spowodowany nieszczelnymi granicami. Jednak nie tylko turyści ekonomiczni wykorzystują słabości państwa amerykańskiego, w samym 2012 roku przemytnicy narkotyków i broni mieli zarobić na tym procederze 25 mld dolarów. Dzieje się tak pomimo astronomicznych sum wydawanych na ochronę granicy amerykańsko-meksykańskiej. W latach 2000-2010 wydano na ten cel ok. 90 mld dolarów, a w samym 2013 roku przeznaczono na ten cel 12 mld, co i tak nie sprawiło, że problem granic został uregulowany, a napływ ludności zmniejszony.

Wygnanie z Raju

Z kolei po drugiej stronie politycznego spektrum znajduje się idea wybudowania wspominanego wcześniej muru, który miałby zapobiegać przyszłym napływom imigrantów. Kwestia dosyć problematyczna, biorąc pod uwagę długość południowej granicy USA, która wynosi ok. 3100 km. Poza uszczelnieniem granic oraz zrestrukturyzowaniem procesu zarządzania służbami sprawującymi swoją kontrole nad pasem granicznym, proponuje się deportację nielegalnych imigrantów do krajów ich pochodzenia. Ze stron liberalnych tego typu pomysły krytykowane jako niehumanitarne, znajdują poparcie wśród wielu amerykanów, którzy takie działanie przedstawiają jako tylko – lub aż – egzekwowanie prawa. Jednak tutaj zaczynają się schody. Masowa deportacja propagowana przez część polityków republikańskich stawia ich światopogląd w pewnym dysonansie. Faktem jest, że akcja zakrojona na tak szeroką skalę trwałaby latami, doprowadzając do zwiększenia uprawnień władz federalnych, a republikanie jako środowisko hołdują idei wolności gospodarczej oraz ograniczonego rządu federalnego. Dodając do tego koszty w wysokości 250 do 300 miliardów dolarów, z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że wdrażanie takiego planu napotkałoby na opór polityczny oraz przeszkody natury logistycznej.

Poza kosztami, efektami oraz skutkami dla państwa amerykańskiego istnieje jeszcze jedna przeszkoda utrudniająca zrealizowanie takiej agendy, tzw. przyrodzone obywatelstwo (birthright citizenship). Prawo to, przyznane przez XIV poprawkę do konstytucji, stwierdza: „Każdy, kto urodził się lub naturalizował w Stanach Zjednoczonych i podlega ich zwierzchnictwu, jest obywatelem Stanów Zjednoczonych i tego stanu, w którym zamieszkuje”. Z pozoru neutralny przepis, który ma gwarantować równe prawa wszystkim osobom urodzonym się na terenie USA, jest ostatnimi czasy krytykowany przez zwolenników przymusowego wydalenia z kraju nielegalnych imigrantów. Dzieje się tak przez proceder polegający na nielegalnym przekraczaniu granicy oraz rodzeniu dzieci, które stając się obywatelami amerykańskimi są z mocy prawa uprawnione do wszelkich świadczeń typowych dla innych obywateli Ameryki. Jednak dzięki temu, również rodzice tych dzieci, którzy złamali prawo osiedlając się w Stanach, w pewien sposób zakotwiczają się w tym kraju. Z tego powodu mogłoby dojść do sytuacji, kiedy deportacja prowadziłaby do rozbijania milionów rodzin lub wydalania tych dzieci razem z rodzicami, co byłoby sprzeczne z konstytucją, jako nielegalne działanie wymierzone w obywateli amerykańskich. Ostatecznie sprawa tego typu trafi przed Sąd Najwyższy, jednak można stwierdzić z całą pewnością, że SN zinterpretuje XIV poprawkę w duchu, w jakim jest obecnie postrzegana, a dzieci nielegalnych imigrantów dalej będą uzyskiwać pełnoprawne obywatelstwo rodząc się na terenie USA.

Decydują wyborcy

Ważnym czynnikiem, który będzie miał wpływ na ewentualną politykę imigracyjną, są głosy wyborców hiszpańskojęzycznych. Liczba tych wyborców, sięgająca ok. 20 proc. wszystkich uprawnionych do głosowania, prawdopodobnie  uniemożliwi wybranie na urząd Prezydenta USA osoby, która domaga się natychmiastowej deportacji nielegalnych imigrantów.  W tej sytuacji w korzystniejszej pozycji znajdują się kandydaci Partii Demokratycznej, której politycy  prezentują stanowisko proimigracyjne. Bardziej skomplikowana sytuacja ma miejsce w Partii Republikańskiej. Wielu kandydatów tej partii propaguje radykalne pomysły na rozwiązanie sprawy „nieautoryzowanych imigrantów”, co stwarza problem dla kandydatów centrowych w tej kwestii, których w dyskursie łączy się z propozycjami Donalda Trumpa. Oczywiście takie fakty jak meksykańskie pochodzenie żony Jeba Busha  lub kubańskie korzenie Marca Rubio są w wstanie przyciągnąć pewną grupę hiszpańskojęzycznych wyborców, jednak sondaże pokazują, że ta grupa w większości popiera kandydatów Partii Demokratycznej. Ostatni przypadek, gdzie Donald Trump wyrzucił z konferencji Jorge Ramosa, dziennikarza o meksykańskich korzeniach, zwiększają tylko niechęć do samego Trumpa oraz w pewnym stopniu do republikanów. Fakt, że ostatecznie mógł on wrócić na konferencje i zadać pytanie miliarderowi traci na znaczeniu.

Pomimo wielu niewiadomych na temat przyszłej polityki imigracyjnej, możemy być pewni jednego – gdy rozpocznie się kampania prezydencka w 2016 roku, kwestia nielegalnych imigrantów będzie podnoszona jeszcze częściej, a w szczycie politycznych emocji powinniśmy życzyć Amerykanom rozwagi i powagi.

//Paweł Topór

Comments are closed.