IN PRESIDENT WE (DON’T) TRUST

On 13 maja 2015 by DO

Z plakatu House of Cards spogląda na nas Francis Underwood, rozparty wygodnie na marmurowym tronie, wprost z Memoriału Lincolna. Od jednego z najbardziej zasłużonych przywódców USA różni go jedynie krew skapująca z dłoni.

Jack Lemmon i James Garner w rolach byłych prezydentów USA (1996, reż. Peter Segal)

Decydując się na pokazanie ciemnej strony amerykańskiej polityki, producenci Netflix nie cofnęli się nawet przed oczernieniem urzędu prezydenta, do tej pory niemal zawsze gloryfikowanego w kinie głównego nurtu. Można się spierać o to, czy przywódcy Stanów Zjednoczonych nadal cieszą się tak ogromnym zaufaniem obywateli oraz o to, jak daleko sięga ich realna władza polityczna. Czy sonda uliczna, niegdyś hit YouTube’a, pokazująca ludzi popierających zbombardowanie nieznanego im kraju, jeśli prezydent uważałby to za konieczne, jest fikcją, a może realnym zaślepieniem? Trudno znaleźć jednoznaczną odpowiedź. Nie ma jednak wątpliwości, że w kulturze popularnej prezydent stał się symbolem imperialnych marzeń Amerykanów. Otoczony najnowszymi technologicznie gadżetami, niczym heros pokonuje kolejnych wrogów demokracji. To chyba najbardziej rozpowszechniona filmowa klisza dotycząca głowy państwa, na której ufundowany został nawet osobny nurt w obrębie kina akcji – presidential action movie.

Do tej pory alternatywą dla takiego przedstawienia było komediowe ogranie figury prezydenta, akcentujące w odpowiedni sposób jego ludzką twarz. W historii kina zdarzyło się także kilku złych mieszkańców Białego Domu, do masowej świadomości dotarł jednak dopiero Frank Underwood (Kevin Spacey). House of Cards to historia kongresmana, który ma w życiu jedynie jedno marzenie – posiadanie nieograniczonej władzy. Nic nie jest w stanie stanąć mu na drodze w sięgnięciu po najwyższy urząd w państwie. To współczesny Mefistofeles – przeraża, ale też fascynuje. Jego bezwzględność i brak moralności odrzucają, równocześnie determinacja w dążeniu do celu oraz inteligencja budzą podziw.

Stanowi żywy dowód aktualności amerykańskiego snu o dostaniu się na szczyt dzięki ciężkiej pracy. W przeciwieństwie jednak do dominującego w kulturze popularnej wizerunku prezydenta, gdy Underwood obejmuje najwyższy urząd w państwie, nie staje się jego niezłomnym obrońcą, ale stara się spełnić żądania swojego, coraz bardziej rozbuchanego i zachłannego, ego. House of Cards, podobnie jak wiele lat temu Obywatel Kane Orsona Wellesa, obnaża tym samym słabość amerykańskiego systemu, opartego na zgromadzeniu w rękach jednostki ogromnej władzy w imię ślepej wiary w indywidualizm.      

Prezydenckie zabawki

Większość produkcji, w których pojawia się postać prezydenta, wciąż utrzymuje jednak mit jednostki gotowej poświęcić się dla dobra wspólnego. Nagrodą jest życie w niewyobrażalnym luksusie. W końcu Amerykanie, by jasno pokazać siłę własnego narodu, muszą wydawać setki milionów dolarów na zapewnienie bezpieczeństwa najwyższemu, wybranemu demokratycznie, urzędnikowi w państwie. Termin „demokracja” jest tu kluczowy, bo w końcu skąd miałaby się brać przyjemność w oglądaniu filmów o obdarzonej bogactwem oraz władzą jednostce, jeśli nie z przekonania, że przedstawiciel każdej amerykańskiej rodziny w kolejnym pokoleniu może znaleźć się na jej miejscu? Oprócz tego, kultowe pozycje takie jak Olimp w ogniu, Świat w płomieniach czy Air Force One dostarczają niezwykłej, eskapistycznej przyjemności przebywania w niedostępnym dla zwykłego śmiertelnika, elitarnym świecie.

Losy państwa zostają zrównane z losami jednostki. Jeśli zginie prezydent, a Biały Dom zostanie przejęty przez terrorystów, upadnie potęga Stanów Zjednoczonych – zdają się przekonywać twórcy Olimpu w ogniu. A co, jeśli zawiedzie specjalny, kosztujący dziesiątki milionów dolarów samolot przewożący prezydenta? Co prawda powinien wytrzymać zmasowany atak atomowy, posiada siłownię, dwie kuchnie, aptekę i salę operacyjną, ale nie jest odporny na przedostanie się na pokład porywaczy, co też miało miejsce w Air Force One. Ostatecznie, gdy wszystkie zaskakujące zdobycze technologii zawiodą, rozprawić się w pojedynku z napastnikami musi sam przywódca narodu. Oprócz spójnej ikonografii, prezydenckie filmy akcji charakteryzuje także powtarzalny schemat fabularny. Po tym, jak zawiodą procedury bezpieczeństwa, głowa państwa i jego pomocnik, zazwyczaj niesłusznie zwolniony ze służby agent Secret Service, muszą samodzielnie pokonać zagrożenie. Pomiędzy wspólnie walczącymi mężczyznami zawiązuje się przyjaźń ponad podziałami.

Wykorzystanie sprawdzonego schematu relacji książę-żebrak pomaga w zbudowaniu iluzorycznego wrażenia, że wobec najwyższego zagrożenia wszyscy są równi i zobligowani do współdziałania. Z drugiej strony, największą zaletą pomocnika okazuje się gotowość do zasłonięcia własną piersią prezydenta. W końcu godność urzędu sprawia, że głowa państwa nie może być złym człowiekiem. W ideologicznym przekazie zakodowana jest wiadomość, że prezydentowi należy bezwzględnie ufać, bo nawet jeśli zdradzi go szef Secret Service (Świat w płomieniach), on jest ostatnią instancją władzy, która z pewnością będzie broniła dobra Stanów Zjednoczonych.

Wentylem bezpieczeństwa dla tak silnie zideologizowanego przekazu są komedie. Pozwalają na luźniejsze ujęcie tematu głowy państwa dzięki swojej humorystycznej konwencji. Obywatele prezydenci czy Człowiek roku stanowią niegroźną próbę zdemitologizowania, otoczonego specjalną estymą urzędu. Choć byli prezydenci w przypadku pierwszego filmu wpadają w ciąg absurdalnych sytuacji, z marszem „Dorotek” na czele, a w Człowieku roku w roli prezydenta występuje Robin Williams w XVIII-wiecznej peruce, kampowy charakter obu filmów neutralizuje wrażenie wykpiwania samego urzędu. Zamiast tego, bohaterowie uczą się, bądź przypominają sobie, jak wielki ciężar spoczywa na barkach przywódcy narodu.

Portery szefów

Oczywiście postaci prezydentów nie występują wyłącznie w filmach akcji i komediach. O bardzo ważnym symbolicznym znaczeniu najwyższego urzędu w USA świadczą szczególnie filmy biograficzne, na przykład Lincoln Stevena Spielberga, oraz te, które wykorzystują informacje historyczne do zawiązania kryminalnej intrygi. Do drugiej kategorii należą dwa najbardziej znane tytuły kina prezydenckiego: JFK Olivera Stone’a i Wszyscy ludzie prezydenta Alana J. Pakuli. W przypadku filmu Stone’a chodzi o zamach na Kennedy’ego, którego wyjaśnieniem zajmuje się prokurator Jim Garrison (Kevin Costner). Wszyscy ludzie prezydenta dotyczą natomiast afery, po której ze stanowiska musiał ustąpić Nixon. Oba odsłaniają zepsucie związane z politycznymi wpływami, akcentując konieczność moralnego postępowania na najwyższych szczeblach władzy. Nie atakują urzędu prezydenta, ale tych, którzy chcą go bezpodstawnie zagarnąć albo konkretnych ludzi niesłusznie obdarzonych zaufaniem społecznym. Dopiero przypadek Underwooda sugeruje, że tak naprawdę bezwzględna walka na szczycie to nie żaden eksces, ale norma, kreując tym samym anty-mit prezydenta.

Pozostaje zatem pytanie czy doczekamy się w Polsce kina prezydenckiego? Ten charakterystyczny dla Stanów Zjednoczonych rodzaj produkcji raczej nie cieszy się szczególną sympatią wśród Europejczyków, z reguły o wiele bardziej sceptycznie nastawionych do władzy. Brytyjczycy znani są ze swojego przywiązania do królowej, której jednak nie traktują z taką powagą jak Amerykanie swojego przywódcy. Trudno także nazwać prezydenckimi filmy dotyczące katastrofy smoleńskiej. Większość z nich to dokumenty lub filmy śledcze, jak Anatomia upadku lansująca, wbrew ekspertom, teorię zamachu. Katastrofa w przestworzach: Śmierć Prezydenta to także rekonstrukcja zdarzeń dotycząca samego wypadku.

Nie doczekaliśmy się więc jeszcze obrazu głowy państwa w takim ujęciu, jaki proponują Amerykanie. Może to jednak nie tylko wina możliwości finansowych naszej kinematografii i jej historii, ale też samych polityków? Nie da się przecież ukryć, że polscy przywódcy nie przypominają tych zza oceanu, czego najlepszym dowodem był Wałęsa. Człowiek z nadziei Andrzeja Wajdy, którego nie bez powodu ironicznie nazywa się „człowiekiem z nadzieniem”.

//Mateusz Góra

Comments are closed.