(JEGO)WINA?

On 23 września 2013 by Kamil Popiela

Pozytywna szajba tak uderzyła mu do głowy, że po dymisji z rządu i przegranych wyborach na przewodniczącego Platformy Obywatelskiej postanowił opuścić struktury partii. Jarosław Gowin od kilku tygodni jest poza PO.

źródło: thepolandtimes.com

źródło: thepolandtimes.com

Podobno ma na siebie pomysł. Podobno. Na razie nic nie jest pewne, bo były minister sprawiedliwości nie chce rozmawiać o swojej politycznej przyszłości. Gowin żądał powrotu partii Donalda Tuska do korzeni – warto więc przyjrzeć się początkom jego współpracy z PO i to zanim zaczną się dyskusje o tym, co przyniesie przyszłość.

Platformers na sześć lat

Jego przygoda z Platformą Obywatelską rozpoczęła się w 2005 roku (cztery lata po założeniu PO), kiedy to z ramienia tej partii dostał się do Senatu. Po rezygnacji Jana Rokity ze startu w wyborach parlamentarnych w 2007 roku, zajął jego miejsce na czele krakowskiej listy PO do Sejmu. Zdobył mandat poselski uzyskując bardzo dobry wynik – ponad sto sześćdziesiąt tysięcy głosów. Wkrótce po udanym dla niego starcie w wyborach wstąpił do partii. Cztery lata później, w wyniku sporów pomiędzy członkami struktur regionalnych PO w Małopolsce, otrzymał dopiero trzecie miejsce na liście w wyborach do Sejmu. Jego wynik nie był już tak imponujący, zagłosowało na niego nieco ponad sześćdziesiąt tysięcy krakowian. Tyle tylko, że ówczesna jedynka w stolicy Małopolski – Ireneusz Raś zdobył zaledwie trzydzieści jeden tysięcy głosów. Zatem wynik Gowina świadczy o wielkim potencjale posła. Potencjale, który obecnie się marnuje – trochę na własne życzenie.

Filozof ministrem

Dokładnie dwa lata temu w życiu posła Gowina nastąpił przełom. Premier powołał go do pełnienia funkcji ministra sprawiedliwości, ale nie z racji jego kompetencji (wykształcenie filozoficzne nijak ma się do prawa), a po to, by nie mógł krytykować poczynań Rady Ministrów.

Tak w listopadzie 2011 roku pisał o zręcznym ruchu Tuska Piotr Zaremba na portalu wpolityce.pl: „Gdy wybuchną ostre światopoglądowe spory, a Tusk uczyni z tej tematyki przedmiot przetargów z lewicą czy z Ruchem Palikota, ministrowi będzie trudno organizować niezadowolonych platformerskich konserwatystów. I nie będzie mu wypadało, i nie będzie miał na to czasu. To być może dodatkowa korzyść dla lidera Platformy”. Rzeczywistość okazała się zgoła odmienna. Gowin starał się (z wątpliwym skutkiem) przeprowadzać reformę sądownictwa, ale znalazł również czas na wdawanie się w spory światopoglądowe. W styczniu 2013 roku podczas debaty w sprawie projektów ustaw o związkach partnerskich Gowin zaznaczył, że: „w ocenie ministra sprawiedliwości wszystkie trzy projekty są sprzeczne z artykułem 18 Konstytucji”. Później w jego relacjach z szefem rządu było już tylko gorzej. Wraz z nastaniem wiosny przyszedł również czas zmian w rządzie: Gowina zastąpił Marek Biernacki.

Przegrana z Cezarem

Były minister sprawiedliwości od razu po odwołaniu dzielił się z opinią publiczną swoimi planami na przyszłość. Miał kilka możliwości: ubiegać się o przywództwo w partii, startować w wyborach do europarlamentu lub zawalczyć o fotel prezydenta Krakowa. Wybrał opcję pierwszą. W czasie kampanii wyborczej częściej spotykał się z turystami nad morzem czy w górach niż z działaczami partyjnymi, a to właśnie ich miał do siebie przekonać. Proponował premierowi debatę, jednak ten zdawał się lekceważyć kontrkandydata. A szkoda. Taka polemika mogłaby być ciekawym starciem różnych wizji Polski, o ile Tusk jakąkolwiek wizję naszego kraju posiada. Gowin opowiadał się za powrotem PO do korzeni, myśli założycielskiej, zgodnie z którą partia miała być konserwatywna światopoglądowo a liberalna gospodarczo. Zdaniem byłego ministra sprawiedliwości Tusk powinien natychmiast zaprzestać polityki „ciepłej wody w kranie”, czyli skupiania się na doraźnych problemach państwa bez wizji na przyszłość. 

Premier z Gowinem wygrał. Szef rządu otrzymał prawie 80% głosów – były minister sprawiedliwości trochę ponad 20%. Kluczowa była jednak frekwencja, która wyniosła zaledwie 51%. Zgodnie z obliczeniami konserwatystów, Tuska poparł co trzeci członek PO, co nie jest dość dużą legitymizacją. Niemniej jednak to Gowin przegrał wybory, mimo że jego wynik był zaskakująco dobry.

Konserwatywne trio

Gowin, Godson, Żalek (na twitterze nazwano ich „GoGoŻal”) – trio, które wyróżniało się w Platformie od początku tej kadencji Sejmu. Mieli odmienny od partyjnych kolegów światopogląd. Główną osią sporu na linii „GoGoŻal” – Donald Tusk, był wspomniany wcześniej projekt ustawy o związkach partnerskich, który ostatecznie nie wszedł w życie. Ale nie tylko trójka Gowina głosowała wtedy przeciw zmianom. Co ciekawe wśród parlamentarzystów PO, wyrażających swoją dezaprobatę wobec liberalnego projektu, był także Ireneusz Raś, prywatnie najlepszy przyjaciel Andrzeja Biernata. Obaj politycy podczas wakacji opowiadali się za wnioskiem o jak najszybsze usunięcie Gowina z partii.  

Rezygnacja z członkowstwa w PO była kwestią czasu. Wszystko wydarzyło się w ciągu dwóch tygodni. Kluczowy był 27 sierpnia – tego dnia misję wychodzenia z partii rozpoczął John Godson. Trzy dni później zarząd PO zawiesił w prawach członka partii Jacka Żalka, a Jarosławowi Gowinowi nakazał wpłatę tysiąca zł kary za głosowania niezgodne z dyscypliną partyjną. Gowin, oburzony, że jego kara w porównaniu z karą kolegi jest tak niska, sam się zawiesił. Nieważne, że zgodnie ze statutem PO nie mógł tego uczynić. Do 9 września trwała względna cisza medialna w sprawie konserwatystów. W tym czasie Jarosław Gowin przygotowywał swoją odezwę do Polaków. Dojrzewał też do rezygnacji z członkostwa w PO. Kilka dni później z partii odszedł, zawieszony wcześniej, Jacek Żalek. Aż żal było patrzyć na jego wpis na twitterze: „Dzisiaj mija 330. rocznica Bitwy pod Wiedniem. Myślę, iż jest to dobry moment na ważne oświadczenie polityczne”. Nikt nawet nie zastanawiał się, czego owo oświadczenie może dotyczyć. Wszystko było już oczywiste. Trzej posłowie wykorzystali jak mogli swoje pięć minut w mediach. Teraz będą mieć zdecydowanie trudniejsze zadanie. Posłowie niezrzeszeni nie są częstymi gośćmi w stacjach radiowych i telewizyjnych.

Po ich odejściu Platforma Obywatelska ma wraz z Polskim Stronnictwem Ludowym dwieście trzydzieści jeden głosów w parlamencie – to oznacza koalicję minimalnie zwycięską. PO, jak twierdzą niektórzy posłowie, posiada jednak sojuszników w osobach przekupionych parlamentarzystów z opozycyjnej Inicjatywy Dialogu – koła poselskiego utworzonego przez secesjonistów z Ruchu Palikota. To aż cztery głosy.

Republikanin?

Opublikowany w połowie września sondaż dla Wiadomości Telewizji Polskiej nie przynosi pomyślnych wieści środowisku Gowinistów. Na pytanie, „czy w najbliższych wyborach parlamentarnych nowa partia Jarosława Gowina przekroczyłaby pięcioprocentowy próg wyborczy i weszła do Sejmu?”, 58% ankietowanych odpowiedziało negatywnie, 20% badanych stwierdziło, że raczej by weszła a zaledwie czterech ankietowanych na stu było przekonanych o sukcesie frakcji.

Oczywiście takie badania główne media w Polsce przeprowadzają tylko po to, by kontynuować ciągnący się przez całe wakacje serial o przygodach Gowina. Śmiem twierdzić, że wielu respondentów badania TNS Polska, znudzonych tym tematem, odniosło się negatywnie do możliwej nowej inicjatywy politycznej byłego ministra. Gowin nie chce komentować wyników sondażu. W ostatnich tygodniach nie pojawia się w mediach tak często jak w sierpniu. Jeśli parlamentarzysta chce stworzyć większe ugrupowanie polityczne, musi jeździć po Polsce. Według ostatnich badań przeprowadzonych przez biuro posła z Krakowa, Gowin jest uważany przez Polaków za polityka salonowego, który nie ma kontaktu ze swoim elektoratem. Stąd też strategia na najbliższe tygodnie i miesiące zakładająca objazd całego kraju, wydaje się adekwatna do sytuacji. Były minister określa się mianem republikanina, co zobowiązuje go do zmiany wizerunku w oczach Polaków. Nie wystarczą tu chwytliwe medialnie wystąpienia przed kamerami.

Szukanie luki

Tworzenie nowego ugrupowania to proces, który trwa lata. Gowinowi zostały dwa do kolejnych wyborów parlamentarnych. Zadanie jest trudne. Obecny podział, mimo słabnącej pozycji Platformy, wciąż jest dość wyraźny – to PiS i PO rozdają karty. Poprzednie inicjatywy wbicia się w szczelinę pomiędzy oba ugrupowania kończyły się fiaskiem. Przypomnijmy, że zarówno Przemysław Wipler z Republikanami jak i Paweł Kowal z PJN usiłowali znaleźć dla swoich formacji miejsce na polskiej scenie politycznej. Bezskutecznie – stąd wielce prawdopodobne jest połączenie siły tych dwóch środowisk ze zwolennikami Gowina. 

TEMAT Z NAJNOWSZEGO WYDANIA NIEREGULARNIKA. DO_OD 01.10.

zdjęcie w tle - Kopia

Dodaj komentarz