KINO DOBRE, BO POLSKIE

On 14 października 2013 by Justyna Skalska

Wszystkich malkontentów spieszę zawiadomić słowami bohatera jednego z nagrodzonych na gdyńskim festiwalu filmów: w polskim kinie dobrze jest. A nawet bardzo dobrze, mimo że ciągle zdarzają się filmy lepsze i gorsze. Najważniejsze, że jest w czym wybierać.

źródło: fpff.pl

źródło: fpff.pl

Filmowe żniwa

Lato dawno za nami, za to w polskim kinie dopiero teraz rozpoczynają się prawdziwie filmowe żniwa. A to za sprawą dwóch największych festiwali rodzimej kinematografii: Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni (pełną nazwę podaję celowo), który już za nami oraz właśnie rozpoczynającego się 29. Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Wszystkich malkontentów spieszę zawiadomić słowami bohatera jednego z nagrodzonych dotychczas filmów: w polskim kinie dobrze jest. A nawet bardzo dobrze, mimo że ciągle zdarzają się filmy lepsze i gorsze. Najważniejsze, że jest w czym wybierać – co udowodnił już festiwal w Gdyni.

Perełki i wydmuszki

Przeciętny widz dopiero teraz ma okazję obejrzeć nagrodzone na festiwalu w Gdyni filmy – część z nich weszła już albo dopiero będzie wchodzić do kin. Do drugiej grupy należy nagrodzony Złotymi Lwami film Pawła Pawlikowskiego Ida – okrzyknięta prawdziwą filmową perełką i objawieniem.  Jest to kameralna, wyciszona opowieść o młodej dziewczynie, sierocie, rozgrywająca się gdzieś w realiach stalinowskiej Polski. Anna, bo tak ma na imię główna bohaterka, pragnie przed wstąpieniem do zakonu poznać swoją przeszłość i historię rodziny, która zginęła w czasie okupacji. Udaje się w tym celu do jedynej żyjącej krewnej, ciotki Wandy (w tej roli nagrodzona na festiwalu za pierwszoplanową rolę kobiecą Agata Kulesza), która odkrywa przed nią jedną z wielu tajemnic przeszłości – dziewczyna jest żydówką. Czyżby powtórka z Pokłosia Pasikowskiego? Ostatnio okupacyjne wątki, z niedolą Żydów gnębionych przez polskich sąsiadów w tle, są bardzo modne w polskim kinie i zdaje się, że moda ta nie ominęła również Idy. Można mieć jednak nadzieję, że Pawlikowski stworzył obraz głębszy i daleko bardziej poruszający niż wspomniane Pokłosie. Obraz, w którym ważniejszą rolę odgrywa relacja dwóch silnych i zupełnie odmiennych kobiet oraz ich różne postawy, które obierają w obliczu własnej, tragicznej przeszłości. Naszemu rodzimemu kinu często rozpaczliwie brakuje uniwersalnego przesłania – zwłaszcza gdy dotyka tematów związanych z własną historią. O tym, czy Ida zdołała uniknąć martyrologiczno-rozliczeniowego uwikłania, będzie można przekonać się już od 25 października.

Srebrne Lwy powędrowały aż do dwóch reżyserów: Macieja Pieprzycy za film Chce się żyć oraz Małgośki Szumowskiej za W imię…  Warto też wspomnieć o innych nagrodach, które otrzymały oba filmy: Chce się żyć doczekało się nagrody publiczności; z kolei Szumowska została nagrodzona za reżyserię. Oba filmy zasłużyły na swoje nagrody w mniejszym lub większym stopniu.  

W imię… może rozczarować zarówno zwolenników homoerotycznych wątków w kinie, jak i najzagorzalszych wrogów, ponieważ ci pierwsi raczej nie będą chętni do wznoszenia peanów na cześć filmu Szumowskiej, a i ci drudzy psów wieszać nie będą mieli na czym. Szumowska przyzwyczaiła już widzów do swojego emocjonalnego, poruszającego kontrowersyjne tematy i mającego wielkie ambicje kina; dodajmy kina, które ma również wielki potencjał, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że w efekcie finalnym trąci ono banałem. Nie inaczej jest w przypadku ostatniego filmu tej reżyserki. Można odnieść wrażenie, że ktoś tu nas, widzów, oszukał. Albo sama Szumowska, która znów zapragnęła publiczność zaszokować, albo producent, który postanowił żerować na polskim społeczeństwie dostającym ostatnimi czasy fiksacji na punkcie gejów, lesbijek, tudzież księży-pedofilów lub księży-pedałów (no bo kto się zorientuje na czym polega różnica?). Historia homoseksualnego księdza Adama, który  zakochuje się w młodym chłopcu (nie tak znowu nieszczęśliwie), przypominającym po trosze znanego w kulturze rosyjskiej jurodiwego – niezrozumianego przez innych szaleńca, brzmi tak nieprawdopodobnie, że aż trudno mi uwierzyć w to, że ktoś to kupi. Ale gdy pominie się cały gejowski sztafaż, film zdaje się nabierać całkiem nowych, zaskakujących znaczeń: historia księdza Adama staje się przede wszystkim uniwersalną opowieścią o wielkiej samotności człowieka, odgrodzonego od reszty społeczeństwa, naznaczonego piętnem. Czyżby Szumowska pod fasadą jednej historii chciała opowiedzieć nam drugą? A może wyszło jej to przypadkiem? Jeśli tak, to W imię… jest raczej wydmuszką; ładną (przepiękne zdjęcia Michała Englerta!), ale pustą.

Inaczej prezentuje się film Macieja Pieprzycy. Znów mamy do czynienia z grającą na wrażliwości widza historią cierpiącego na rozległe porażenie mózgowe Mateusza, który przez 25 lat nie ma kontaktu ze światem, ale jak łatwo możemy się domyślić, rozumie, przeżywa i odczuwa ten świat całym sobą, a z narracji w tle wiemy również, że z przeżyć tych wysnuwa różne refleksje. Brzmi znajomo? I tak ma być, choć w tym momencie można zacząć wymieniać inne filmy, traktujące o zmaganiach człowieka z własną chorobą (Moja lewa stopa, Sztuka latania, Motyl i skafander); są to różne historie, ale zawsze mają na celu to samo: pokazać ludzi wnoszących się ponad własne ograniczenia, wzruszyć odbiorcę i zarazić go optymizmem. Nie inaczej jest w przypadku Chce się żyć. I absolutnie nie dziwi nagroda publiczności, którą film ten otrzymał – bo tak naprawdę chyba każdy z nas lubi się wzruszyć, czasem zapłakać i wyjść z sali kinowej z uśmiechem na ustach i otuchą w sercu (katharsis to jednak cudowny wynalazek!). I choć obraz śląskiego reżysera ciąży niebezpiecznie ku tanim chwytom i schematom, to jednak chce się go oglądać.

Podsumowanie

Inne festiwalowe filmy, które z nadzieją można wypatrywać i które lada dzień będzie można zobaczyć w kinach to: Papusza Joanny i Krzysztofa Krauze, a także Płynące wieżowce Tomasza Wasilewskiego. Pierwszy z nich poświęcony jest cygańskiej poetce, która w latach siermiężnego PRL-u została odkryta dla świata przez Jerzego Ficowskiego, za co przyszło jej zapłacić wielką cenę, została bowiem odrzucona przez społeczność cygańską. W drugim filmie kolejny raz powraca kwestia własnej tożsamości, a wszystko to z coming outem w tle.

Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni okazał się istnym rogiem obfitości. A nam, kinomaniakom, nie pozostaje nic innego jak udać się na seans. 

Comments are closed.