KRÓLIK PO AMERYKAŃSKU

On 19 grudnia 2013 by DO

Liberté toujours!

W grudniu tego roku mija sześćdziesiąt lat od wydania pierwszego numeru jednej z najbardziej rozpoznawalnych i wpływowych gazet dwudziestego wieku. Dlaczego Playboy zajmuje taką pozycję w światowej, a zwłaszcza amerykańskiej kulturze?

źródło: gram.pl

źródło: gram.pl

Ameryka początku lat 50. Hasło „I like Ike” doprowadza Dwighta Eisenhowera do Białego Domu. Kończy się wojna w Korei. Makkartyzm rujnuje amerykańską scenę polityczną i artystyczną. Początkująca telewizja pokazuje w sporej mierze seriale w stylu I love Lucy, The Honeymooners i teleturnieje, w których, o zgrozo, trzeba się wykazać prawdziwą wiedzą (albo wydaje się, że trzeba  ̶̵  vide film Quiz show). Wzorcem życia jest rodzina mieszkająca na przedmieściach, w której mężczyzna codziennie wychodzi do pracy „do biura”, kobieta (z radością!) zajmuje się domem i dziećmi. Wielkie kariery zaczynają Dean, Monroe, Hepburn i Brando, na ringu brylują Joe Louis i Rocky Marciano, na stadionach baseballowych Joe di Maggio. W literaturze, o ile ktoś się tym interesuje, dominują takie postacie jak świeżo upieczony noblista Hemingway oraz przyszli nagrodzeni, czyli Faulkner i Steinbeck. W dramacie pierwsze skrzypce grają Tennessee Williams, Thornton Wilder, Arthur Miller – to ich sztuki stanowią wydarzenie na Broadwayu. Kontrkultura ogranicza się do zepsutej muzyki: jazzu, bepopu, bluesa. Coraz większą popularność zdobywają elektryczne instrumenty (Fender), wieszczące nowe trendy w rozrywce. Awangardą są bitnicy, Pollock oraz Rat Pack Sinatry, Davisa i Martina. Ameryka wkracza w krótką epokę dobrobytu i bardzo twórczego fermentu, która przerodzi się za kilka lat w psychodeliczne lata 60., a skończy śmiercią wielu gwiazd około roku siedemdziesiątego.

Na takim tle młody, chicagowski dziennikarz Hugh Hefner postanawia założyć nowy magazyn dla mężczyzn. Zgodnie z jego wizją ma to być gazeta „odzwierciedlająca męski (ale nie prymitywny) apetyt na życie i dostarczająca wyrafinowanej (choć nie zblazowanej), swawolnej, lecz nie przekraczającej granic dobrego smaku rozrywki”. To właśnie jest „Playboy”.

Oczywiście, najbardziej kojarzone z „Playboyem” są fotografie kobiet  ̶̵  począwszy od pierwszego, grudniowego numeru z 1953 roku, gdzie gwiazdą była święcąca właśnie wielki tryumf Marylin Monroe. Co ciekawe, wcale nie pozowała specjalnie dla magazynu; jej zdjęcia pochodziły sprzed kilku lat, gdy jeszcze jako Norma Jean Baker (Mortensen) poszukiwała dla siebie miejsca w świecie Hollywoodu. Hefner jedynie zakupił jej zdjęcia (i tak będzie zresztą robił jeszcze wiele razy w przyszłości). Pierwszy numer i pierwszy rok okazały się wielkim sukcesem. Pismo szybko zdobyło popularność. W następnych latach gwiazdami były ikony kolejnych dekad, między innymi Ursula Andress, Farrah Fawcett, Sharon Stone czy Pamela Anderson (wypromowana w sporej mierze dzięki pismu).

Inną stroną pisma są jego słynne wywiady z najważniejszymi postaciami kultury, polityki, sportu. To wielki zaszczyt zostać poproszonym o wywiad przez „Playboya”. Oto się nie stara, na to najwyżej można czekać. A wcześniej dokonać czegoś nowego, świeżego, twórczego, wielkiego. Wywiadów udzielali plastycy, aktorzy, politycy, pisarze, muzycy. Wystarczy wspomnieć Salvadora Daliego, Pabla Picassa, Nelsona Mandelę, Beatlesów, Davida Bowiego, Giorgio Armaniego czy Lecha Wałęsę, na spotkanie którego reporterzy z Ameryki przyjechali specjalnie do Gdańska.

Kolejną stroną pisma są publikowane tam teksty. To w większości krótkie opowiadania, autorstwa naprawdę największych tuzów. Już w pierwszym numerze pojawiły się próby autorstwa Conan-Doyle’a i Bierce’a. Te były, podobnie jak pierwsze zdjęcia Monroe, przedrukiem, ale już od dziewiątego numeru zaczęto publikować opowiadania napisane specjalnie dla pisma. Pierwszym był Czarny kraj Charlesa Beaumonta, a w następnych latach wśród autorów znaleźli się tacy prozaicy jak Ray Bradbury (którego teksty bywały ilustrowane Picassem), Philip Roth (kiedy on w końcu dostanie Nobla?), Jack Kerouac, Irwin Shaw, John Updike, Gabriel García Márquez, Nadine Gordimer, Norman Mailer, John Irving, Jorge Luis Borges, Isaac Bashevis Singer, Paul Theroux, Joseph Heller, Ursula Le Guin czy Haruki Murakami. Najlepsze teksty publikowane w magazynie zostały zresztą zebrane w jednym tomie i wydane z okazji czterdziestolecia jako Playboy Stories (a później przetłumaczone między innymi na język polski).

Oprócz tego wszystkiego oczywiście jest jeszcze sam Hugh Hefner, czyli Hef. Chociaż jego styl bycia jest wyjątkowo pretensjonalny i, jak dla mnie, tandetny, a nie wyrafinowany, trzeba przyznać, że to postać… intrygująca i ważna. Można odnaleźć opublikowane listy, które otrzymywał od wielu ważnych postaci kultury amerykańskiej w różnych sprawach  ̶̵  Huntera Thompsona, najważniejszego przedstawiciela stylu dziennikarstwa zwanego gonzo, autora Fear and loathing in Las Vegas, Trumana Capote’go, Iana Fleminga (którego opowiadania o Bondzie też niejednokrotnie pojawiały się na łamach pisma) kontrowersyjnego komika Larry’ego Bruce’a, Martina Luthera Kinga czy średnio znanego aktora niejakiego Ronalda Reagana. Podobną galerię mona powtórzyć oglądając zdjęcia z przyjęć, gdzie obok Hefa pozują Polański, Nicholson, Beatty, Jagger, Pacino, Sammy Davis…

Mimo tych wszystkich aspektów, działów, stron pisma, jego zaangażowania czy świetnego poziomu „Playboy” chyba już zawsze będzie się wszystkim kojarzył… tylko z jednym.

 //Tomasz Kolowca

 

Dodaj komentarz