KRÓTKA OPOWIEŚĆ O HOMOGENIZACJI

On 6 października 2015 by DO

Jedność czy wielość – to pytanie stawiają sobie filozofowie od zarania dziejów. Problem w tym, że gdy bierzemy udział w dyskusji na ten temat, pomijamy bardzo zawiłe treści, które wpływają na prawidłowy osąd zjawiska.

europarl.europa.eu

europarl.europa.eu

Świat sam w sobie oraz jego idea jest konstruktem niezwykle zawiłym, któremu przeciętny umysł ludzki nie jest w stanie sprostać. Zwykły człowiek nie pojmuje wszelako sytuacji nieustannie zachodzących w samym centrum pojęcia świata, a które stanowią o jego takim wyglądzie, jaki mamy w danym przypadku. Niemniej jednak, przy całej jego zawiłości oraz immanentnej sprzeczności w wielu aspektach, świat jest stworzony w głównej mierze z jednostek ludzkich, których możliwości umysłowe nie dadzą się sprowadzić do wspólnego mianownika.

Istnieją bowiem ludzie kierujący się zasadami prostymi, o niezbyt wygórowanych potrzebach i przeżyciach, ale obok nich funkcjonują także istoty pragnące przeżyć swoje bytowanie nie tylko w aspekcie cielesnym, ale, i może co najważniejsze w tej opowieści, duchowym. Aspektu duchowego niepodobna złapać i jednoznacznie omówić, ponieważ jest on zbieżny z systemem wartości człowieka, a jak powszechnie wiadomo nie ma jednego ustalonego w pełni porządku idei – są, co prawda, poszczególne kwestie, z którymi zgadza się większość z nas (choć też nie całość), jednak to tylko drobna część, niedająca podstaw do ujednolicenia ludzi wśród wszystkich bytów myślnych funkcjonujących na Ziemi.

Kiedyś usłyszałem od znajomych takie zdanie: „To wspaniale, że ludzie są tak różnorodni”. Możliwość wymiany poglądów, zainteresowań, doświadczeń to sytuacja niezwykle kusząca dla wielu ludzi, których fascynuje tylko możliwość nieustannego poznawania i nieutwardzania się w tym, co sprawdzone od wieków i z którego możemy czerpać nieprzebranymi garściami. Śmiem twierdzić, iż nasza różnorodność to największe przekleństwo, jakiemu zostały poddane wszystkie byty (nie tylko ludzie) na całej Ziemi. Dzięki mnogości, wszelkiego rodzaju pluralizmowi, niemożliwe stało się wykształcenie jednolitego stanowiska w niemal każdej interesującej nas kwestii politycznej, a wszelkie drobne koalicje interesów nie okazują się na tyle trwałe, by móc świat tworzyć od początku do końca.

Toteż nie można pewnych rozwiązań, którymi pragniemy poprawić nasze obecne stosunki polityczno-gospodarczo-społeczne, przyswajać z samego faktu bycia najbardziej racjonalnymi i możliwymi do wykonania. Droga, którą podążamy w przypadku, kiedy zdajemy sobie sprawę z jakości materiału ludzkiego, nie przyniesie wymiernych rezultatów z tej kwestii, iż niemal każda decyzja doraźna, błaha i prosta zostanie obalona w naszych warunkach przez koterię przeciwną do aktywnej, mającej nie w interesie działanie dla dobra Polski, lecz wprowadzanie ideałów postępowych do naszego kraju/działanie na swoją prywatną korzyść/głęboko zakorzenioną prywatę (niepotrzebne skreślić). Decyzja, ale przede wszystkim sam fakt jej zaistnienia musi być na tyle mocny w swojej podstawie i dawać na tyle mocny oręż w dyskusji oraz problematycznej dla nas sytuacji, by wytrącić przeciwnikowi jakąkolwiek opcję manewru. Nie jest to trudne – wystarczy bowiem na tyle utrudnić mechanizm wprowadzania w życie danej decyzji oraz możliwie najbardziej utrudnić odczytanie litery prawa przy jednoczesnej prostej wykładni i interpretacji, z której wnioski będą płynęły wręcz naturalne, kiedy zrozumie się ogólny tok ustalania oblicza naszego państwa. Zdaję sobie sprawę, że ten krok byłby samobójczy dla innych krajów, ale biorąc pod uwagę czynniki, o których już powiedziałem, takie zachowanie jest niezbędne dla utrzymania homogeniczności cywilizacyjnej i politycznej Polski.

Często nasze nadmierne utrudnienie wynikać może z trudności samych mechanizmów, któremu poddajemy daną problematykę. Nie wystarczy całkowicie uwolnić gospodarki lub ją nadmiernie obłożyć restrykcjami, by działała idealnie. W tym przypadku trzeba zaczerpnąć zarówno z jednej, jak i drugiej szkoły myślenia, co koniecznie musi stworzyć mechanizm na tyle skorelowany z profilem kulturowym naszego kraju, by cały funkcjonował nienagannie.

Problem homogeniczności i różnorodności najprościej będzie objaśnić na schemacie postępowania integracji europejskiej. Ten proces, trwający już bez mała ponad pół wieku, umożliwia nam jasne i przejrzyste udokumentowanie jego sukcesów i porażek, które pozwolą zweryfikować sam sens istnienia instytucji pogłębiających tę integrację oraz problemy, z jakimi może się ona borykać przez najbliższy czas.

Od momentu zakończenia II wojny światowej we wszystkich państwach świata zaczyna krystalizować się postawa jedności. Jest ona wzmacniania postępującym procesem globalizacji, który dodatkowo integruje kolejne czynniki gospodarcze oraz społeczne, dzięki czemu pomiędzy ludźmi na całym świecie tworzy się pewnego rodzaju więź, która przekłada się z kolei na stosunki pomiędzy poszczególnymi krajami. Mimo iż ta postawa była i jest głównie forsowana przez polityków, to nietrudno dostrzec, że zdobywa coraz większą rzeszę zwolenników na całym świecie.

Pierwotnie koncepcja integracji europejskiej miała na celu uniknięcie kolejnego konfliktu zbrojnego i jego eskalacji. Miała ona zawierać w sobie dziedzictwo Ligi Narodów i wcześniejszych etapów jednoczenia: karolińskiego, ottońskiego, habsburskiego, napoleońskiego i, co ciekawe, chrześcijańskiego. Chciano z tych odrębnych części składowych światowej historii stworzyć coś w rodzaju harmonijnej postawy, wpajanej ludziom odgórnie poprzez utworzenie międzynarodowego ładu światowego i jakiejś organizacji, mającej stać na jego czele, ale bardziej wpływowej niż podczas Międzywojnia. Warto zauważyć, iż pomimo pewnych odstępów od norm lub też dodatków, o których wcześniej nie było mowy, ten ład utrzymuje się po dziś dzień.

Wszyscy globaliści i entuzjaści New World Order są przekonani, że jest on lekiem na całe wojenne zło. Tymczasem nie zdają się dostrzegać faktu, iż to założenie jest z góry błędne, co bardzo łatwo potwierdzić moimi ulubionymi historycznymi przykładami. Tym bardziej, iż przy obecnej międzynarodowej koniunkturze i jej naczelnym rewizjoniście – Władimirowi Putinowi – odsłania ona utopię, nieporównywalną nawet z socjalistycznymi kartami książki Morusa.

Wystarczy dokładnie przestudiować dzieje świata, by zobaczyć, że – tak, jak pisałem na początku – wielokrotnie próbowano już integrować się, czy to orężem, czy to dyplomacją. I za każdym razem taki porządek rzeczy utrzymywał się nie dłużej niż kilkadziesiąt lat. Może zatem… nie ma czegoś takiego jak możliwość zjednoczenia się całego świata i wspólnego dążenia na rzecz dobrobytu i powszechnej szczęśliwości? Wydarzenia mające miejsce dzisiaj, a mianowicie zakusy prezydenta Rosji względem Ukrainy już i tak nadwerężyły to, co przez te kilkadziesiąt lat robiono na rzecz integracji, co tylko potwierdza moje przypuszczenia.

Warto także zauważyć, iż niemożliwością jest pchnięcie wszystkich 6, a może już 7 miliardów ludzi na naszej planecie w kierunku wspólnego poglądu na możliwość odparcia wszelkich agresji poprzez zjednoczenie. Pojawia się tu także bardzo ciekawy paradoks. Skoro cały świat ma być zjednoczony, to kto ma podejmować się tych agresji? Zatem ład światowy, kształtowany od 1945 r. sam w sobie nie ma prawa bytu. Ponadto warto zauważyć, iż w grupie zjednoczonych zawsze może pojawić się ktoś, komu się nie podoba taki porządek i przystąpi do jego niszczenia w sposób terrorystyczny. Wystarczy spojrzeć na naszą Unię Europejską, targaną wewnętrznymi sporami i konfliktami. We Francji i Hiszpanii – Baskowie, w Anglii – Szkoci, w Niemczech coraz mniej się podoba Bawarczykom. Nawet u nas, w Polsce, mamy swoich Ślązaków, skupionych w Ruchu Autonomii Śląska. Te problemy społeczne są świadectwem samym w sobie.

Nie mówię zatem, że integracja pewnych państw jest niemożliwa. Historia świata nieraz nam pokazała, iż sojusze kilku państw w celu osiągnięcia wspólnego przedsięwzięcia są najlepszą metodą na realizację swoich wytycznych. Twierdzę tylko, że niemożliwym jest zjednoczenie całego świata lub chociażby jego części w celu „mówienia jednym głosem”. Dlatego, by w jakikolwiek sposób mówić o możliwości jednoczenia się, trzeba przestrzegać kilku warunków. Primo, porozumienie kilku krajów musi polegać na zasadzie dobrowolności i nieprzymuszenia, włącznie z zostawieniem możliwości, co do rewizji stanowiska w gestii zainteresowanego. Secundo, nie możemy dopuszczać do federalizacji regionu za wszelką cenę, z wyłączeniem samodzielnego poddania się pod wpływy obcego kraju. Tertio, pewne, choćby najdrobniejsze aspekty polityki kraju muszą zostać w kompetencji zainteresowanego, poza możliwością oddziaływania organów federalnych. Tylko integracja oparta na tych trzech zasadach ma szanse jakiegokolwiek powodzenia. Co ciekawe, nieważne jest tu kryterium czasowe, ponieważ porozumienie zawarte w przyjaźni i zgodzie może przetrwać nawet kilkaset lat (vide: unie polsko-litewskie).

Przyjrzyjmy się tym trzem zasadom i odpowiedzmy sobie na pytanie, jak wyglądają twory zwane Organizacją Narodów Zjednoczonych i Unią Europejską? Otóż są zaprzeczeniem tych tez w większości warunków. Bo o ile można mówić o dobrowolności warunku pierwszego, to o tyle z kolejnymi nie jest już tak dobrze. Warto rzucić okiem na akty uchwalane przez Parlament Europejski, Komisję Europejską oraz Zgromadzenie Ogólne, by stwierdzić, iż z każdym dniem odbiera nam się stopniowo, kawałek po kawałeczku, naszą niepodległość i suwerenność. To właśnie dlatego New World Order, ku uciesze milionów osób na całym świecie, chyli się ku upadkowi. Tworząc nowy system wartości powojennego świata zapomniano uwzględnić w nim gaullistowskie zasady, które zapewniały każdemu państwu podmiotowość. I dlatego wieszczę upadek cywilizacji Zachodu w niedługim czasie.

Dewiza UE – jedność w różnorodności – jest według mnie pomnikiem hipokryzji i pychy lewicowych intelektualistów, parafrazując Żelazną Damę. Zapomniano tylko o tym, że różnorodność ma zawsze większe prawo bytu niż jednorodność właśnie dlatego, że jest różnorodna. Jak bardzo niewiele trzeba pomyśleć, by sobie to uświadomić. Tymczasem politycy od wieków nie mogą do tego dojrzeć. Dlatego apeluję do wszystkich „różnorodnych” – stańmy wszyscy razem wobec naszego dziedzictwa i historii, ramię w ramię, tylko po to, by obserwować, jak upada po raz kolejny symbol nieszczęścia i braku dobrobytu.

//Mateusz Ambrożek

Comments are closed.