MASZ TALENT?

On 19 stycznia 2014 by DO

Od zera do bohatera – tak wygląda wykreowany obraz talent show. Czy tak jest naprawdę? Czy to, co widzimy w telewizji można choćby w najmniejszym stopniu uznać za rzeczywiste?

źródło: torwar.cos.pl

źródło: torwar.cos.pl

Programy typu ‚talent show’ to teleturnieje mające na celu zaprezentowanie wyjątkowych umiejętności uczestników, a zarazem postawienie telewidzów w roli jurorów. Pierwszym tego typu programem było „Major Bowes Amateur Hour”. Jego emisja rozpoczęła się w roku 1934 w USA. Początkowo nadawany był tylko w radiu. Audycja osiągnęła jednak ogromny sukces, stając się najpopularniejszą w kraju Blisko 10 lat później rozpoczęła się emisja telewizyjna, która dała podstawy pod takie formaty jak Idol, America’s Got Talent oraz X-Factor. Do Polski programy te dotarły z 60 letnim opóźnieniem. W Lechistanie pierwsza na anteny weszła „Szansa na sukces” w 1993 roku, z doskonałą rolą Wojciecha Manna jako prowadzącego. W ciągu 19 lat emisji udało jej się wykreować raptem kilka osób, które zrobiły większe lub mniejsze kariery. Do tego wąskiego grona zaliczyć można Justynę Steczkowską, Anię Wyszkoni czy Katarzynę Stankiewicz.

Nie trzeba specjalnie przedstawiać jak sytuacja tych programów wygląda obecnie. Przeglądając kanały telewizyjne na niemal każdym można znaleźć utalentowanych ludzi. I tak widzimy śpiewających, tańczących, gotujących, grających na kobzie, robiących przewroty albo wykonujących podniebne akrobacje. We Włoszech powstał nawet ostatnio talent show polegający na pisaniu wierszy. 

Sam format i przebieg programu wydaje się dość prosty. Przychodzi się na casting, śpiewa się, tańczy, je bigos na czas czy też to z czym się przyszło a jury w gwiazdorskim składzie ocenia, że jesteś ‚cool i chcą więcej’ albo wysyłają  Cię z powrotem do domu. Czy tak jest rzeczywiście?
Jak powszechnie wiadomo telewizja kłamie i chodzi nie tylko o to, że kamera dodaje 5 kilogramów. Oto jak wygląda droga do finału w tego typu programach.

Już samo przygotowanie nie jest łatwe – można ruszyć na precasting z materiałem, który mieliśmy wcześniej, ale nawet wtedy warto przemyśleć koncepcję utworu, aranżację, interpretację, występ sceniczny, strój i to, o czym będzie się rozmawiać z jurorami. Kiedy przychodzi ten jedyny, wyczekiwany dzień, wiele osób udaje się do miast, w których odbywają się castingi. Załóżmy, że casting rozpoczyna się o godzinie 9, a dojazd zajmie nam 2 godziny. Wstajemy zatem o 5.30, żeby na spokojnie się przygotować, ukoić skołatane nerwy, po zapewne mizernie przespanej nocy, po czym wyruszymy w drogę. I tu należy przygotować się na pierwszy szok, zwłaszcza jeżeli bierze się udział w tego typu przedsięwzięciu po raz pierwszy.

Przyjechaliśmy na godzinę przed rozpoczęciem (należy się cieszyć jeżeli casting rozpoczyna się o 10, jednak trzeba wziąć pod uwagę, że w naszym magicznym kraju nie tylko pociągi mają opóźnienie). Wiele osób siedzi przed siedzibą już od 4-5 rano. Warto zwrócić w tym miejscu uwagę na czas zmian ramówki – nowa wchodzi na ekrany telewizji we wrześniu i lutym/marcu. Castingi zatem muszą odbyć się wcześniej, żeby materiał zdążył być zmontowany i przygotowany do emisji. Najczęściej odbywają się w styczniu (wyjątkiem jest telewizja Polsat, która organizuje je zarówno w zimie, jak i w lecie). Wyobraźcie sobie zatem styczeń i wizję czekania od 3 do nawet 8 godzin w mrozie i śniegu przed budynkiem, w którym odbywa się casting. Do niebywale rzadkich należą przypadki, w których organizator (a zwykle jest to firma powołana przez telewizję, a nie ona sama bezpośrednio) rozdaje ciepłe napoje dla uczestników. 

Wybija jednak godzina rozpoczęcia. Zadowolony pan reżyser przybiega i zamiast rozpocząć casting, stwierdza, że teraz nagramy czołówkę do programu. Spędzamy zatem kolejną godzinę lub dwie na podskakiwaniu, robieniu iksów nad głowami, krzyczeniu, uśmiechaniu się, bieganiu przed placem i temu podobnych aktywnościach. O godzinie 12 rozpoczyna się rejestracja. Polacy, ludzie o niezwykłej kulturze, pielęgnowanej przez stulecia, nie ustawią się w kolejce, która bez pośpiechu weszłaby do budynku. W związku z tym rozpoczyna się regularna bitwa, kto wejdzie pierwszy. I nie jest to stwierdzenie w niczym przesadzone. Normalnym widokiem jest ochrona, która często nie potrafi opanować rozszalałego tłumu. Na jednym z przesłuchań tłum pretendujący do bycia ‚gwiazdami’ i idolami młodzieży doprowadził do wyłamania drzwi w warszawskim Torwarze podczas bitwy o wejście. Pomijam też fakt, że niczym przyjemnym jest stanie w gronie 50 osób na dwóch metrach kwadratowych przez kilka godzin. Omdlenia są w tej sytuacji normalne. 

Załóżmy, że mieliśmy szczęście i już o godzinie 14 udało nam się wejść. Pobieramy ankietę, którą teraz trzeba wypełnić. Kwestionariusz to oprócz standardowych pytań o imię, nazwisko, wiek i repertuar, także pytania dość przewrotne: ‚co zrobisz w razie wygranej?’, ‚kim jest dla Ciebie rodzina?’, ‚na czyjej opinii z jury zależy Ci najbardziej i dlaczego?’. W formularzu zgadzamy się też na udostępnienie wizerunku telewizji, ale też na oddanie praw autorskich do swoich utworów (!). 

Wśród oklasków na scenę wychodzi drobny, zawstydzony aplauzem chłopiec. Po kilku pytaniach od gwiazd, wśród chichotów publiczności rozpoczyna swój występ. Zachwyca publiczność, staje się ulubieńcem widzów, zdobywa wysoką nagrodę – jest idolem młodzieży.

Z wypełnioną ankietą stajemy w kolejce do rejestracji. Połowa uczestników w tym momencie zaczyna zastanawiać się po co właściwie tu przyszła. W końcu o godzinie 15 jesteśmy już zarejestrowani, mamy numerek i czekamy aż ktoś nas wywoła, co trwa kolejne dwie godziny przy sprzyjających wiatrach. Mamy jednak okazję spotkać wiele ciekawych osób, które dzielą z nami pasję, możemy poznać muzyków do zespołu, wymienić się doświadczeniami. Godzina 17 przynosi nam wejście do sali. Zależnie od telewizji:

1. Wchodzimy po 5-10 osób do sali, śpiewamy bez akompaniamentu, najczęściej tylko zwrotkę, lub tylko refren, pan reżyser nam dziękuje i mówi że, albo przechodzimy do drugiej sali, albo nie. W drugiej sali, śpiewamy przed producentem, występ jest rejestrowany, po czym słyszymy magiczną formułę ‚jeżeli przejdziesz do kolejnego etapu zadzwonimy’. W obu salach śpiewamy a cappella – bez podkładu muzycznego, co jest dodatkowym utrudnieniem.

2. Rozchodzimy się na dwie sale – jedna, w której są osoby z zaproszeniem na przesłuchanie – można je otrzymać na jednej z imprez karaoke (najczęściej w Warszawie) jeżeli reżyser/producent uzna, że jesteśmy dobrzy; oraz drugą, w której są ludzie ‚z ulicy’ a szanse przejścia z niej do kolejnego etapu są bliskie zeru. Do pierwszej sali wchodzi się pojedynczo, do drugiej po kilka osób.

3. Sale podzielone są na te dla zespołów i te dla solistów. Do sali wchodzimy sami, śpiewamy często całą piosenkę z przyniesionym podkładem, po czym prowadzimy rozmowę z reżyserem, który mówi, na co powinniśmy zwrócić uwagę, niezależnie od tego, czy przejdziemy czy nie. Po wyjściu z sal, pozostaje nam już tylko czekać na telefon. Na precastingu nie widzimy nikogo z jury – jedynie producentów i reżyserów. Wychodzimy zatem lekko zawiedzeni, zwłaszcza, że czekaliśmy 12 godzin tylko po to, żeby mieć kilka sekund na zaprezentowanie się.

Samo oczekiwanie na telefon to kwestia często kilku tygodni – zależnie od tego ile czasu pozostało do zakończenia przesłuchań. Trzeba być jednak realistą w ocenie swoich szans. Dla przykładu w samych tylko Toruniu i Bydgoszczy podczas precastingów do 3 edycji MBTM pojawiło się około 7000 osób (do programu wybieranych jest 150), a miast castingowych było w sumie 8.

Na castingu (pierwszym etapie emitowanym w telewizji z obecnością jurorów) ponownie nie jest tak różowo jak wygląda to w telewizji. Producenci narzucają repertuar, ubiór, a nawet to jak głosuje jury. Warto wspomnieć, że nawet reakcje publiczności w studiu są reżyserowane. Pierwszy etap często przechodzą wykonawcy, którzy nie zawsze wiedzą po co w ogóle do danego programu przyszli a telewidzowie myślą, że to wszystko wyszło spontanicznie.

Widząc na precastingach całą plejadę uzdolnionych i oglądając w telewizji występy przedziwnych osób można dojść do refleksji – jaki to w zasadzie ma cel? Wydawać by się mogło, że to uczestnicy zyskują rozgłos czy pieniądze, a tak naprawdę na plus wychodzi przede wszystkim telewizja oraz producenci podpasek, margaryny i leków, którzy zareklamowali się w trakcie przerwy. Uczestnicy natomiast popadają w zapomnienie od razu po zakończeniu kolejnych edycji show. Czy warto poświęcać czas, nerwy i zdrowie? Każdy chętny musi odpowiedzieć sobie sam.

//Kuba Søren Nidzgorski

 

Comments are closed.