NADWORNY BŁAZEN TUSKA

On 28 września 2013 by DO

Minister finansów – pan Jacek Rostowski ma wybitne poczucie humoru. Mógłby być pierwszorzędnym błaznem. Problem polega na tym, że nie jest błaznem tylko ministrem finansów i nie żartuje a mówi całkiem poważnie.

Minister finansów - Jacek Rostowski

Minister finansów – Jacek Rostowski

Pierwszym kawałem ministra, było zaplanowanie budżetu, w którym założył sobie, że Polacy ochoczo sfinansują rządowe pomysły.  Głównie kierowcy, za pośrednictwem kwestarzy w niebieskich strojach, zwanych potocznie policjantami, mieli podarować ministrowi ponad miliard złotych. Minister zażartował sobie również zakładając konsumpcję na wysokim poziomie i najwyraźniej zapominając, że dwa lata wcześniej podniósł podatek VAT z 22 do 23%, co raczej nie zachęca do konsumpcji. No ale na to, że Polacy nie będą chcieli kupować tyle, co dawniej, pan Rostowski, zmieniając stawki VAT, nie wpadł.

Potem żartował sobie regularnie, gdy przychodziły kolejne wieści zwiastujące fiasko planu budżetowego, twierdząc, że zawsze zimą ludzie kupują mniej, a potem zaczną kupować więcej. Pan minister żartował sobie tak aż do lata, bo w lecie okazało się już czarno na białym, że z planu nici. Wtedy beztrosko stwierdził: „pomyliliśmy się, ale pomylili się prawie wszyscy”. Najwyraźniej dla pana ministra zadłużenie Polaków na kolejne dwadzieścia miliardów złotych nie jest problemem skoro i tak są już zadłużeni na ponad osiemset miliardów.

W międzyczasie pan Rostowski zabawiał Polaków swoją radosną twórczością, którą nazywał „upraszczaniem ordynacji podatkowej”. To „upraszczanie” to lista ponad stu pięćdziesięciu zmian w przepisach podatkowych, z których najbardziej kontrowersyjne są zapisy przyznające większe uprawnienia kontroli skarbowej. Nowe przepisy dają skarbówce dostęp do kont bankowych, a nawet możliwość przeprowadzenia kontroli w domu podatnika. Podatnik będzie miał prawo odmówić wpuszczenia kontrolera do domu, ale za odmowę będzie musiał zapłacić karę. Zmiany „upraszczają” życie jedynie urzędnikom a nie zwykłym obywatelom. Niezłym dowcipem jest również norma, którą minister narzucił na swoich podwładnych. 70% kontroli ma bowiem zakończyć się pozytywnie. Oznacza to, że jeżeli urzędnicy nie wyrobią normy to będą na siłę doszukiwać się uchybień, których nie ma, byleby tylko wypełnić narzucony limit.

Trzeba przyznać, że szef resortu finansów ma również poczucie (czarnego) humoru. Kolejny bowiem żarcik pana ministra, to pomysł opodatkowania pogrzebów. Wdowom musi być bardzo do śmiechu.

Ale najlepszy dowcip, wręcz „suchar” roku, Jacek Rostowski zostawił na wrzesień. Na specjalnej konferencji prasowej poświęconej mało znaczącej kwestii przeniesienia pieniędzy z OFE do ZUS, zapytany przez dziennikarzy, który zakład by wybrał, odpowiedział, że postawiłby na ZUS. Pan minister jest zatem chyba jedyną osobą na świecie, która zaufa ubezpieczalni, określanej przez złośliwych mianem Zakładu Utylizacji Szmalu. Zresztą dziennikarz, który zadał to pytanie też musiał być żartownisiem. Przecież pytanie, co lepsze: ZUS czy OFE, to jak pytanie, czy lepiej zachorować na cholerę czy na dżumę.

A Panu Rostowskiemu chciałbym przypomnieć, że Zakład Ubezpieczeń Społecznych to instytucja, która pożera dziesiątki miliardów złotych rocznie. Szef Amber Gold trafił do więzienia za to, że zabrał ludziom więcej pieniędzy niż potem dał. ZUS, któremu zresztą płacimy pod przymusem, robi to cały czas bezkarnie. Obliczono, że gdyby kwotę oddawaną do ZUS-u przepijać, a butelki po wypitym piwie oddawać do skupu, to otrzymano by wyższą emeryturę niż ta, gwarantowana przez ZUS. Ukuto nawet powiedzenie: „owoc żywota twojego je ZUS”. Tym bardziej gorzki jest fakt, że zwierzchnik pana Rostowskiego – premier Donald Tusk– dopiero co podniósł wiek emerytalny do sześćdziesiątego siódmego roku życia, zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn.

Zresztą Rostowski nie jest jedynym zwolennikiem oszczędzania w ZUS-ie. Związkowcy Solidarności również opowiadają się za ZUS-em, ciągle zaciekle walcząc z tak zwanymi „umowami śmieciowymi”, dzięki którym można uniknąć płacenia składek na ZUS. Poza tym związki zawodowe ostatnio ostentacyjnie zerwały obrady Komisji Trójstronnej (w której zasiadały razem z przedstawicielami rządu i związków przedsiębiorców). Zorganizowały za to wielkie manifestacje w Warszawie przeciwko rządowym zmianom w kodeksie pracy. Zmianom, które delikatnie (i niestety niedostatecznie) uelastyczniają rynek pracy, dzięki czemu będzie bardziej dostosowany do potrzeb polskiej gospodarki. Związkowcy jak zwykle twierdzą, że doprowadzi to do wykorzystywania pracowników, a na to nie można, według nich, pozwolić. Proponuję szanownym związkowcom, by wrócili do czasów komuny (którą rzekomo obalili) – wtedy rząd walczył ze złymi wyzyskiwaczami na piedestał wynosząc „ludzi pracy”. Związki zawodowe na siłę próbują wmówić społeczeństwu, że istnieje konflikt interesów między pracownikami a zatrudniającymi ich przedsiębiorcami. Próbują tym samym stworzyć nieprawdziwy obraz rzeczywistości, bowiem pracownik i jego szef mają wspólny interes w tym, żeby firma funkcjonowała dobrze. Jeżeli polscy pracownicy mają gorsze warunki pracy (przede wszystkim niższe płace) niż ich koledzy po fachu za granicą to jest to wina słabej kondycji polskiej gospodarki a nie braku przepisów chroniących tzw. „prawa pracownicze”. A słabość polskiej gospodarki wywołana jest m.in. przez zbyt sztywny kodeks pracy. Związkowcy działają więc na szkodę pracowników, których ponoć mają reprezentować.

Żartować lubi też szef wszystkich szefów – Donald Tusk, który ostatnio stwierdził, że polska gospodarka ma się dobrze. Nie wiem, jakie okulary nosi Tusk, bo nawet przez różowe widać, że rynek w Polsce dogorywa. Ostatni rok był chyba rekordowy pod względem ilości bankructw. No ale cóż! Premierowi, jego rodzinie i znajomym powodzi się dobrze, więc pewnie nie zauważył, że innym jest gorzej.

Może zresztą  zauważył, bo postanowił pomagać tym, którzy źle się mają! Zaczął od LOT-u i Fabryki Samochodów Małolitrażowych w Tychach dając jednym i drugim po miliardzie złotych. W ten sposób zażartował sobie ze wszystkich drobnych przedsiębiorców, którzy właśnie zbankrutowali przez konieczność płacenia zbyt wysokich podatków, przeznaczanych potem na pomoc dla upadających gigantów.

Dobry humor dopisuje również opozycji. Pomiędzy wieloma zastępczymi tematami, takimi jak śledztwo smoleńskie, związki partnerskie czy krzyż w sejmie, trafił się wreszcie śmiertelnie poważny temat. Nowelizacja ustawy budżetowej. I co na to opozycja? Łaja ministra Rostowskiego za to, że jest za mało rozrzutny w wydawaniu pieniędzy podatników. Oczywiście nikt nie zasugerował ministrowi, że być może warto byłoby się zastanowić nad tym czy państwowe wydatki (a przez to również obciążenia podatkowe) nie są zbyt duże. Na szczęście poważny temat się skończył, więc jutro politycy znowu wrócą do swoich ulubionych tematów, czyli na przykład katastrofy smoleńskiej albo kwestii edukacji seksualnej w szkołach.

A propos szkół: skoro obecne elity są takie, a nie inne to może nowe elity zostaną wyuczone przez wykwalifikowanych nauczycieli w szkołach i wreszcie zajmą się czymś poważnym? W końcu właśnie zaczął się rok szkolny, więc pomysł na czasie. Tylko czy polskie szkoły są w stanie kogokolwiek czegokolwiek nauczyć?

W szkołach urządzonych na pruską modłę, przypominających raczej koszary niż miejsce, gdzie można by rozwijać swoje pasje, nauczyciele zachowują się jak strażnicy więzienni pilnując, by dzieci uczyły się rzeczy nikomu niepotrzebnych i zupełnie nieinteresujących. Może w tym miejscu warto byłoby się zastanowić czy szkoła nie powinna być bardziej przyjazna dzieciom? Wypróbowanych na zachodzie wzorców jest dużo (najbardziej znany to angielska szkoła Summerhill).

Ale trudno się spodziewać, żeby szkoły zarządzane przez obecne elity były zdolne do wychowania nowych, lepszych elit. Być może inaczej by to wyglądało gdyby szkołami mogli zarządzać nauczyciele i rodzice a nie urzędnicy w ministerstwie. Pozwoliłoby to na zaistnienie różnych, konkurencyjnych systemów edukacji. Rodzice sami wybraliby, który jest lepszy, a który nie. Taki model sprawdza się doskonale na przykład w Szwajcarii.

Skoro tu jest tak jak jest to może lepiej wyjechać za granicę? Tylko gdzie? Na wschód? Raczej nikogo nie należy przekonywać, że to chyba nienajlepszy pomysł. To może tam gdzie zwykle, czyli na zachód, do Unii Europejskiej? Nastroje w UE, gdzie niemal wszyscy postanowili się zrzucić, by rzekomo „ratować” Grecję, powszechne przekonanie, że drukowanie pieniędzy na pewno rozwiąże wszelkie problemy świata oraz mnóstwo zbędnych lub czasami wręcz absurdalnych przepisów – to wszystko nie nastraja optymizmem. Zawsze pozostaje jeszcze Azja, Afryka, Ameryka Południowa i Północna. Niestety, patrząc na wydarzenia ostatniej dekady, żaden kierunek nie wydaje się dobry.

//Karol Sobiecki

TEMAT Z NAJNOWSZEGO WYDANIA NIEREGULARNIKA. DO_OD 01.10.

zdjęcie w tle - Kopia

Comments are closed.