Najlepszy program Ameryki

On 30 października 2012 by Maciej Wirmański

W 2017 roku załamała się światowa gospodarka. Brakuje żywności, bogactw naturalnych i ropy naftowej. Kraj podzielono na paramilitarne strefy rządzone przez policję. Telewizja pozostaje pod kontrolą rządu, a najpopularniejszym programem stał się Uciekinier. Sztuka, muzyka i komunikacja podlegają ostrej cenzurze. Mimo iż nie jest tolerowany żaden sprzeciw w podziemiu działa słaby ruch oporu.

Amerykańskie wybory stały się dla mnie wybornym pretekstem do przypomnienia sobie jednego w ważniejszych produktów amerykańskiej soft power, czyli filmów akcji z Arnoldem Schwarzeneggerem, niegdysiejszym najmłodszym Mr. Uniwersum.  Zacząłem od filmu Uciekinier (a z angielska– Running Man), który to jest adaptacją Richarda Bachmana, czyli Stephena Kinga. Ten poczytny autor jest o tyle genialny, że każe rzeszy swych fanów wierzyć w swój geniusz. Dla wiernych wyznawców stylu pisarza moje słowa mogą być bluźnierstwem– dla pocieszenia powiem, że Stephen King jest również obrzydliwie bogaty. Dla niektórych, a w szczególności dla apologetów amerykańskości i wolnorynkowości umiejętność skupiania kapitału to już geniusz.

Uciekinier, ten filmowy rzecz jasna, genialny nie jest, ale za to reprezentuje niesamowitą dyscyplinę w swej klasie. Uparcie i konsekwentnie udowadnia, że jej celem jest bawić i śmieszyć bez jakichś szczególnych intelektualnych zobowiązań. Bawić rzecz jasna widzów, z drugiego kręgu czyli nie tylko tych wyreżyserowanych, czyli po prostu nas, o ile oglądamy Polsat i się do tego publicznie przyznajemy.

Głównym bohaterem, oprócz znanego kulturysty, jest reality ew. talent show, który wniknął w aparat państwowy w tak znaczny sposób, że oddziałuje na sądownictwo i ustawodawstwo, a nawet sięga do uświęconego urzędu prezydenta. Gwiazdami tego programu są łowcy, którzy za pomocą technologicznie zaawansowanych gadżetów i dużych mięśni łowią uciekinierów, którzy są najczęściej werbowani spośród więźniów. Uciekinierzy to antybohaterowie całego show– są zasadniczo bezbronni, a ich radosne zabijanie przez zawodowych morderców jest śledzone z niezmienną uwagą przez co najmniej 10 lat. W końcu Schwarzenegger przestaje być Schwarzcharakterem, a zostaje bożyszczem widowni. Zabija kolejnych łowców po to, aby samemu się nim stać– jednak nie w imieniu rządu i telewizji ICS, tylko swoim bo jak mówi zapewne niezamierzenie replikujący i spłycający myśl Carla Schmitta prowadzący programu– Prawo i siła to jedno.

Logika obecnych programów na żywo, w których ważna jest rywalizacja szczególnie w Polsce nabrała bardzo egzaltowanego charakteru. Zwycięzca nie może być ani przesadnie pewny siebie ani też zbyt utalentowany. Musi za to nieść ze sobą chociaż trochę tragicznej historii. Sieroctwo, albo  przynajmniej zmarłą babcię, a może problemy w szkole, albo problemy z narkotykami, albo biedę – w każdym razie coś dzięki czemu my widzowie poczujemy się lepsi, a jednocześnie coś co każe nam na danego współczesnego gladiatora słać z litości esemesy.

Czy więc wykoncypowany model reality show może spisać się w rzeczywistości i podbić oglądalność? Śmierć zawsze musi być gratką, w szczególności w głęboko psychotycznym społeczeństwie. Choćby w takiej Holandii, gdzie wyemitowano w 2007 reality show pt. De Grote Donorshow (Wielki Show Dawcy), w którym umierająca kobieta chciała przekazać swoje organy na rzecz chorych potrzebujących przeszczepu nerki. Rolą widzów było wysyłanie esemesów na swoich faworytów do otrzymania narządu. Pod koniec kontrowersyjnego programu okazało się, że cała rzecz to mistyfikacja, która w taki a nie inny sposób miała zwrócić uwagę polityków i społeczeństwa na rzecz transplantacji. Holandia miała też inne show pt. Króliki doświadczalne, w którym prezenterzy zjadali nawzajem swoje kawałki ciała. Kanibalizm na żywo nie był już jednak tylko kampanią społeczną, tylko faktem, próbą przesunięcia horyzontów zaściankowych i bogobojnych odbiorców.

W Polsce jeszcze nikt nikogo nie zjadał i nawet pyskówki polityków nie przeradzały się dotąd w jakieś poważniejsze akty ludożerstwa, raczej polscy politycy podgryzają się nawzajem po racicach a tak poza tym to bywa raczej nudno, chłodno, zbyt konserwatywnie, w narracji brak jakichkolwiek zwrotów akcji.

Jednym z wielkich atutów quasi antyutopii Uciekinier jest rola Micka Fleetwooda, współtwórcy szacownej kapeli Fleetwood Mac. W filmie gra sędziwego przywódcę rebeliantów. Tak samo jak wolę oglądać młodego Schwarzeneggera prężącego muskuły niż grającego w filmach, tak i wolę grę na instrumencie Micka wraz z Peterem Greenem.

Więcej:  KULTURA STAROCI

Fleetwood Mac | Oh Well

Dodaj komentarz