NIE MA STĄD UCIECZKI – RECENZJA „OBYWATELA” JERZEGO STUHRA

On 20 listopada 2014 by Justyna Skalska

W swym najnowszym filmie Jerzy Stuhr staje w jednym szeregu z Munkiem i Kotkowskim i podejmuje próbę opowiedzenia na nowo historii polskiego everymana: oportunisty i wiecznego pechowca, zamotanego w tryby Wielkiej Historii. W tryptyku – na który składają się obrazy: Zezowate szczęście, Obywatel Piszczyk i wreszcie Obywatel – ten trzeci wypada najsłabiej. I nie ukrywajmy: Obywatel nie jest dobrym filmem, choć niewątpliwie w polskiej kinematografii bardzo ważnym.

"Obywatel" J. Stuhr

„Obywatel” J. Stuhr

A zaczyna się dosyć obiecująco. W pierwszych sekwencjach robotnicy myjący elewację gmachu Telewizji Polskiej, przypadkiem uszkadzają neon znajdujący się na samym szczycie budynku. Niedługo potem poznajemy głównego bohatera, Jana Bratka, który – jako rzecznik kurii metropolitarnej w Warszawie – występuje w programie katolickim. Po dość niefortunnym występie okazuje się, że Jan Bratek jest nie tylko gamoniem, przybierającym różne role narzucone mu przez los, ale i pechowcem do kwadratu: traf chciał, że to właśnie na niego spada wielka litera „P” z uszkodzonego neonu. Pobyt w szpitalu skłania Jana Bratka do wspomnień i rozliczenia się ze swoją przeszłością.

Cudze gęby

Brzmi znajomo? A i owszem. Z resztą taki jest cały Obywatel. Znajome wydają się kolejne obrazy, sekwencje, postacie czy wypowiedzi z życia bohatera i nie ma się co dziwić: losy Jana Bratka ściśle łączą się z polską historią. Jerzy Stuhr nie sili się na oryginalność i można byłoby nie mieć mu tego za złe; co więcej, to właśnie na prostocie oraz poczciwym humorze temat – czyli losy jednostki będące metaforą losów całego narodu – mógł zyskać na lekkości i barwności. Tak się niestety nie stało. Wspomnienia z dzieciństwa, młodości i dojrzałości bohatera, które przypadały na ostatnie półwiecze, stanowią w Obywatelu zbiór lepszych i gorszych skeczy i gagów rodem ze współczesnych polskich kabaretów, które ostatnio nie mają zbyt dobrej prasy. Nielinearność wspomnień (najpierw jesteśmy w połowie lat 80., następnie w roku 1994, później znów w okresie stanu wojennego tylko po to, by za chwilę przeskoczyć do pamiętnego marca 1968) jest uzasadniona i mogłaby być atrakcyjna dla widza, jednak skrótowość i brak spójności poszczególnych scen sprawiają, że do filmu wkradł się chaos. A może jest to chaos zamierzony?
Bo i takie wydaje się być życie Jana Bratka, tytułowego Obywatela (granego ze swadą przez dwóch aktorów: Jerzego i Macieja Stuhrów): pełne chaosu i zbiegów okoliczności, a nade wszystko – pecha. We wczesnej młodości, przypadającej na głęboki stalinizm lat 50., to właśnie on zostaje najbardziej ukarany przez dyrektora szkoły za znieważenie żydowskiego sklepikarza; naiwność sprawia, że jako jeden z niewielu w ’68 roku daje się podpuścić i przyjmuje legitymację partyjną, której zostaje pozbawiony, by następnie zupełnie przez przypadek stać się bohaterem opozycji; pech chce, że w ’81 zostaje internowany, a jednocześnie uznany za kapusia. Poznając losy Jana Bratka, trudno nie odnieść wrażenia, iż bohater jest do tego stopnia pozbawiony własnych poglądów i samodzielności, że co rusz przybiera gombrowiczowskie gęby, jakby kierował się życiową maksymą: „mogę być każdym, byle nie sobą”. To kabotynizm oportunizm kierują obywatelem Bratkiem? Przede wszystkim niedojrzałość.

„Niech się stanie Polak!”

Większość krytyków dopatruje się w Obywatelu odwołania do filmów Munka – skądinąd słusznie, wszak taki był zamysł reżyserski. Inni doszukują się nawet wpływu włoskiego kina spod znaku Felliniego. Ale Stuhr zdaje się również sięgać o wiele bliżej, do źródła bardziej oczywistego: literatury. Za Gombrowiczem na nowo przypomina, że Polska, ten kraj „ni pies, ni wydra”, był i jest zdominowany przez formy. Niedojrzały jest nie tylko Jan Bratek; niedojrzałe jest całe polskie społeczeństwo: zarówno to w dobie stanu wojennego, jak i to Anno Domini 2014. Bohaterowie filmu przybierają różne „gęby”, które okazują się z gruntu fałszywe. I tak okazuje się, że żona bohatera pod dobrotliwą twarzą zakochanej pani psycholog kryje oblicze bezwzględnej funkcjonariuszki SB, biskup okazuje się dziwkarzem, rozerotyzowana pracownica kiszczakowskiego MSW nawróconą dewotką. Przy okazji po „gębach” dostają w filmie wszyscy: komuniści i działacze „Solidarności” (kongenialna scena z Piotrem Głowackim), współcześni prawicowcy i lewicowcy (przy czym ostrze satyry wyraźnie wymierzone jest w tych pierwszych). Powrót Bratka we wspomnieniach do dzieciństwa, jest niczym przerzucenie do wczesnych lat młodości bohatera Ferdydurke: obnaża całą fałszywość, zacietrzewienie, niechęć oraz infantylność Polaków. Jednak analogie z gombrowiczowską filozofią na tym się kończą, bowiem refleksje Stuhra są daleko bardziej płytkie – reżyser zatrzymuje się zaledwie na powierzchni.

Nasza biało-czerwona

Wydaje się, że Stuhr sam na siebie zastawił pułapkę właśnie przez ową skrótowość, chęć opowiedzenia wszystkiego z minionego półwiecza. Chęć zmetaforyzowania losów Bratka spowodowała, że reżyser szafuje zbyt oczywistymi, nachalnymi wręcz symbolami, uniwersalnymi co prawda, ale do bólu wyeksploatowanymi. Obraz Polski jaki się wyłania jest zbyt jednoznaczny: wszelkie sfery naszego życia w kraju nad Wisłą ogarnia – lub wręcz zagarnia – wszechobecna polityka. Polityka, która lubiąc wyraziste podziały: lewica – prawica, biały – czerwony, czarny – biały, tak naprawdę wszystko relatywizuje, pozbawia wartości.
„Ja już ani w taką, ani w taką Polskę się nie bawię!” – mówi w pewnym momencie rozgoryczony bohater. I chce uciec za granicę. Ten motyw – mało eksponowany przez krytyków filmowych, skupiających się jedynie na tym, że Stuhr piętnuje polski antysemityzm – przewija się przez cały film. Nie udaje mi się wyjechać ani w latach 70., ani po stanie wojennym, ani na początku lat 90. Nawet później, kiedy dostaje nowiutki paszport, nie będzie mu dane stąd uciec. Więc będzie się w tę Polskę bawił dalej, bo od naszej biało-czerwonej nie ma ucieczki, tak jak nie można uciec od samego siebie. Jest to jedyna gorzka lekcja jakiej w Obywatelu udzielił nam Jerzy Stuhr.

 //Justyna Skalska

Comments are closed.