NISZCZYCIELSKA JEDNOMYŚLNOŚĆ

On 13 stycznia 2016 by DO

Kiedy powstała najwyższa organizacja społeczna jaką jest państwo, zaczęto zastanawiać się w jaki sposób powinny być podejmowane decyzje dotyczące ogółu społeczności? Kolegialnie czy poprzez jednostkę? Za zgodą większości czy też jednomyślnie?

wikimedia.org

wikimedia.org

Celem każdego sejmu było osiągnięcie ogólnej zgody, dlatego usilnie przekonywano sprzeciwiających się do uznania racji lub czekano, aż zamilkną. Zasadę zgody powszechnej w Polsce nie legalizowało prawo, lecz tradycja. Zgodę powszechną ceniono ponad wszystko, zwłaszcza tą osiąganą „prośbami braterskimi”, czyli przekonywaniem, a nie naciskami, przekupstwem itp. Osiągnięcie całkowitej zgody nie zawsze było konieczne, czasami odczytywano odrębne zdania posłów, jednak nie przeszkadzało to w podejmowaniu uchwał. Zdaniem szlachty nie liczba głosów, ale ich waga była istotna, co było argumentem przeciwko zasadzie większości.

Sejmy epoki zygmuntowskiej, pomimo swojej mieszanej natury podejmowania decyzji jednomyślnych, z możliwością późniejszego składania sprzeciwów, miały swój niepodważalny walor – były skuteczne.

Większość kontra jakość

Krok po kroku Polska dążyła do wprowadzenia zasady większości. Po sejmie w 1565 r. król Zygmunt August tak skrytykował zasadę mandatu związanego i zasadę jednomyślności: „[...] gdzie by tego zawżdy czekać, aby się wszyscy do jednego na jedną rzecz zgodzili, nigdyby żaden koniec nie był, ani by się ku konkluzyjej przyjść mogło”. Rzeczpospolita obawiała się wprowadzenia rządów absolutnych, toteż zgoda powszechna szlachty wydawała się niezbędna, by temu zapobiec. Ceniono ją głównie za to, że osiągana była dzięki rozsądnej argumentacji i przekonywaniem, a nie naciskami czy przekupstwem.
Głosów za zasadą większości jednak przybywało. W 1632 r. w końcu ustalono, że uchwały sejmowe nie będą mogły być obalone przez posłów ani senatorów, jeżeli zostaną uzgodnione i podpisane przez stany przy zgodzie sejmu. Jednakże w kraju, w który następowało widoczne osłabienie władzy centralnej, nie mogło być mowy o zlikwidowaniu zasady jednomyślności. Z drugiej strony, przez tę właśnie zasadę wiele spraw ciężko było rozwiązać. W końcu na sejmie koronacyjnym w 1649 r. w sprawach rug poselskich i wyboru marszałka głosowano systemem większościowym.

Gdy wystarcza głos jednostki

Pierwsze liberum veto nastąpiło podczas sejmu zimowego w 1652 r., kiedy to w napiętej atmosferze prolongowano obrady sejmu o jeden dzień. Tego właśnie dodatkowego dnia posłowie skończyli obrady bardzo późną porą, a kanclerz wielki koronny Andrzej Leszczyński zawnioskował o prolongatę obrad o jeszcze jeden dzień. Wówczas poseł upicki Władysław Siciński oświadczył: ja nie pozwalam na prolongację. Wkrótce za nim duża część izby uznała dalsze obrady za niemożliwe, choć nikt oficjalnie nie przyznał, że uznał zdanie jednego posła jako absolutnie ważne. Wspomnieć należy jednak, że i bez sprzeciwu sejm nie doszedłby do skutku z powodu niemożliwości pogodzenia interesów stron. Precedensem był jednak wówczas fakt, że sejm został zerwany przez jednego posła. Kolejne oświadczenia liberum veto występowały jeden po drugim. Zimą 1654 r. zerwano sejm zwyczajny obradujący w Warszawie, znów sprzeciwiając się prolongacie Sejmu. Następny sejm obradował u progu wojny domowej od 26 listopada 1664 r. do 7 stycznia 1665 r. 5 grudnia poseł bracławski złożył protest, jednak uczynił to po cichu, nie prosząc marszałka o głos, a następnie równie po cichu opuścił izbę bocznym wyjściem, a nie głównym, zatem jego protest pozostał niezauważony. 7 stycznia jednak rzecznik opozycji poprosił o głos. Marszałek mu go nie udzielił, więc ten z wściekłości opuścił izbę. Jego protest uznano od razu za ważny, co było błędem, gdyż jak się później okazało, protestujący wkrótce wrócił na salę i oświadczył, że wyszedł tylko za potrzebą naturalną, a zaprotestował tylko po to, by przypomnieć, że sejm już i tak został zerwany wcześniej przez posła bracławskiego.

Degeneracja parlamentu

Niszczono kolejne sejmy po to, by nie dopuścić do jakichkolwiek reform, ale przede wszystkim, by skompromitować politykę dworu. W marcu 1688 r. w Grodnie zerwano obrady jeszcze przed wyborem Marszałka, czyli zasadniczo zanim jeszcze sejm rozpoczął swoją działalność. Stanowiło to przykład degeneracji polskiego życia parlamentarnego i bardzo niebezpieczny precedens na przyszłość. Na sejmie w 1690 r. w Warszawie, liberum veto dokonał stolnik Głogowski, opłacony przez agenta francuskiego, jednak po opuszczeniu obrad został on z powrotem na nie ściągnięty. Król przekupił go pieniędzmi i obietnicą pierwszego wolnego wakatu starosty. Głogowski się zgodził, a sejm jako nieliczny za panowania Sobieskiego, dotarł do końca.
Bezsilność sejmu była tragiczna i odbijała się w szczególności na gotowości bojowej Rzeczpospolitej. Zrywano sejm po sejmie, a Rzeczpospolita nie miała już środków na utrzymanie wojska, a tym bardziej na prowadzenie wojny z Turcją. Zwycięstwo zgubnej zasady jednomyślności doprowadziło do całkowitego sparaliżowania ustawodawstwa. W ten sposób też spora część władzy przypadła sejmikom, co doprowadzało do dalszej decentralizacji władzy i szerzenia się anarchii. Żydzi, by sejmy nie obłożyły ich podatkami, przekupywali posłów, by ci zrywali obrady. Zrywano sejmy, by nie dopuścić w ten sposób do władzy absolutnej dworu. Jak zauważa Zbigniew Wójcik: „idealny sejm to nie taki, który prowadzi własną politykę wewnętrzną i zagraniczną, czy przejawia jakąkolwiek inicjatywę. Nie powinien robić nic poza jedną rzeczą: przeszkadzać królowi i wszelkim siłom popierającym go w prowadzeniu własnej polityki”.

Polska anarchia gwarantem równowagi międzynarodowej

W XVII w. rozpowszechniło się zrywanie sejmów z inspiracji obcych dworów. Tamowano działalność parlamentu polskiego lub zrywano obrady za pieniądze rosyjskie, pruskie, austriackie czy francuskie. Rosja wielokrotnie zrywała sejmy polskie, szczególnie po 1717 r. Francja inwestowała pieniądze w zrywanie sejmów, by ponownie wprowadzić na tron swojego kandydata Stanisława Leszczyńskiego. Dla tych państw anarchia w Polsce była elementem równowagi europejskiej, więc tym bardziej były zainteresowane bezskutecznością polskiego sejmu.

Polskie życie polityczne nie było możliwe bez liberum veto, posługiwano się tą bronią bez rozsądku i umiaru. Zrywać można było sejm podając jakąkolwiek motywację, a nawet żadnej. Wystarczyło wypowiedzenie formuły: sisto activitatem – wstrzymuję działanie. Liberum veto stało się nietykalną świętością. Nawet na sejmach konwokacyjnych czy konfederacji, gdzie obowiązywała większości, a nie jednolitości, opowiadano się za wprowadzeniem liberum veto. Państwom ościennym bardzo zależało na utrzymaniu liberum veto, gdyż ułatwiało to im ingerencje w sprawy wewnętrzne Polski. W drugiej połowie XVII w. państwa europejskie tj. Szwecja, Austria, Rosja, Brandenburgia zawierały traktaty, w których strony zobowiązywały się do ochrony wszelkich wolności polskich i niedopuszczania do żadnych reform politycznych w Polsce.

Bogusław Leśnodorski określił sytuację w Polsce mianem „decentralizacji suwerenności”. Rzeczpospolita stała się federacją państewek magnackich, tworem o wielu środkach dyspozycyjnych. W takiej „federacji” nie było miejsca na jeden, sprawny, centralny organ władzy, zatem należało paraliżować centralne organy władzy wykonawczej czy ustawodawczej i sprowadzać ich znaczenie do zera. Jeszcze przed rozwojem tego niszczycielskiego prawa, senatorowie chcieli jego zniesienia, co potwierdza ich oświadczenie w Spiszu pod koniec 1655 r.: Nie chcemy na przyszłość swawoli lecz wolności, i zniesiemy to stare i zgubne prawo.
W 1657 ogłoszono projekt uchwały, w którym w punkcie szóstym stwierdzono, że „[...] sposób sejmowania jest największą przyczyną wszystkich nieszczęść i zguby ojczyzny, trzeba go przeto zmienić. Tamowanie działalności sejmu przez pojedynczych nawet posłów, którzy złożywszy oświadczenie: sisto activitatem zakłócają lub w ogóle uniemożliwiają obrady, znosi się niniejszą uchwałą.” Uchwała ta zatem wprowadzała zasadę większości głosów, gdzie decyzje miały być podejmowane większością 2/3 głosów. Nie wiadomo jednak, co dalej z projektem się stało, choć wiadome jest, że wywołałoby ono niemałe oburzenie szlachty.

Cel uświęca środki…

…A celem było sparaliżowania wszelkich prób reform, które planował wówczas dwór. Sejm i liberum veto stały się narzędziem walki, mającym na celu dalsze osłabienie władzy królewskiej, aż do jej unicestwienia. Sejm, samounicestwiając się, miał pociągnąć za sobą najwyższą władzę wykonawczą. Stanisław Kazimierz Kożuchowski w swoim traktacie „Prawda o niedolach Królestwa Polskiego wykazana na czterech przyczynach” pisał tak: „Veto to słowo służące do powściągania, które dla naszych przodków było jedynie ochroną wolności, dla sprawujących urząd wędzidłem, czymś, co utrzymywało równowagę między możnymi a słabszymi – teraz oto stało się areną, ujawniającą nieufności pomiędzy władcą a poddanymi, sceną do załatwiania krzywd osobistych, narzędziem uśmiercającym dobro publiczne.”

Zaczęto podejmować próby ograniczenia weta. Projekt „Kaptur nowy” J. Grabowskiego przewidywał, że protestujący powinien potwierdzić 3- lub 4-krotnie swój sprzeciw, gdyby jednak mimo wszystko większość sejmu nie uznała tego protestu, powinien się do woli większości dostosować. Andrzej Chryzostom Załuski w swoim dziele „O rzeczach sprzecznych z prawem w przebiegu obrad i konkluzji sejmów” proponował większością głosów rozstrzygać sprawy tj. wybór marszałka czy rugi poselskie. Zerwanie obrad mogło nastąpić dopiero w wyniku protestu przedstawicieli co najmniej 3 sejmików.

Pozory postępowości wolności

Fenomen wolności budził podziw europejskich obserwatorów życia polskiego. Cudzoziemcom imponowały wolności polskie, ale jednocześnie widzieli słabość naszego państwa, wynikającą właśnie z tych swobód i wolności. Uważano, że Polska charakteryzowała się mieszaną formą rządów, co w połowie XVII w. zaczęło u wszystkich wywoływać dezaprobatę, że Rzeczpospolita była państwem trochę monarchicznym, trochę republikańskim, ze swoją rozwydrzoną wolnością szlachecką przekształcającą się w zwykłą anarchię. Zachodni publicyści polityczni najpierw dziwili się na instytucję weta, a dopiero potem krytykowali ją. Litwini obawiali się zasady większości, gdyż mogliby wówczas zostać podporządkowani o wiele liczniejszym od siebie Polakom, dlatego też często stosowali liberum veto. Prawo to nie było jednak wyłącznie polską anomalią, gdyż nawet w Cesarstwie Niemieckim czy Niderlandach też obowiązywało, jednak nie było aż tak destruktywne.

Lekarstwo gorsze od choroby

Liberum veto wprowadzono w obawie, aby król nie mógł unicestwić wolności szlacheckich kupując sobie głosy sprzedajnych posłów. Ale lekarstwo okazało się gorsze od choroby.

Sympatykiem liberum veto był Jean Jacques Rousseau, co wydawało się dziwne w ustach autora „Umowy społecznej”, w której stwierdził kategorycznie, że powinna obowiązywać tylko zasada większości. Jego sympatia do tej instytucji wynikała głównie z ogólnych sympatii do praw obywatelskich w Polsce. Uważał on, że jest możliwa taka sytuacja, gdy pojęcie „interesu powszechnego” dobrze zrozumie tylko jeden człowiek i wówczas zaprotestuje przeciwko niesłusznej woli większości.

Większość zachodnich filozofów, pisarzy czy polityków była zwolennikami dziedzicznej monarchii absolutnej, toteż wszystkie wolności polskie były dla nich przejawem rosnącej w Polsce anarchii i barbarzyństwa. Jednak nie trzeba było być absolutystą, by w liberum veto dostrzegać przejaw degeneracji parlamentaryzmu polskiego i całego życia politycznego Rzeczpospolitej. Anarchia polska z XVIII w. przypominała anarchię feudalną ze średniowiecza, co świadczyło o zacofaniu polskiego procesu historycznego.

Powiew zmian

Prądy reformatorskie nasiliły się w okresie panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego (1764 – 1795). W latach tych wszystkie sejmy doszły do skutku i były bogate w plony działalności ustawodawczej. Zwołany w 1764 r. sejm konwokacyjny ustalił zasadę większości głosów dla spraw skarbowych, w tym podatkowych i dla spraw rozstrzyganych na sejmikach deputackich. W ostatnim dniu obrad zawiązano konfederację generalną na czas nieokreślony, co było równoważne z nieokreślonym zawieszeniem liberum veto. W uchwalonym na sejmie w 1767 r. „Porządku sejmowania” ograniczono liberum veto do spraw państwowych, oprócz materii ekonomicznych. Następne sejmy działały równie sprawnie, jednak ze względu na zaborców nie mogły uchwalić nic sprzecznego z ich wolą. Dzięki tym wszystkim wydarzeniom w Polsce nastąpiło odrodzenie myśli państwowej.

Spadek po Trzecim Maja

Najważniejsze kwestie ustrojowe zostały uregulowane w pierwszej polskiej Konstytucji z 3 maja 1791 r. Prawo weta zwieszającego zostało przyznane wówczas jedynie senatowi w procesie ustawodawczym. W rozdziale szóstym określono dokładnie: „Wszystko i wszędzie większością głosów decydowane być powinno; przeto liberum veto, konfederacje wszelkiego gatunku i sejmy konfederackie, jako duchowi niniejszej Konstytucji przeciwne, rząd obalające, społeczność niszczące, na zawsze znosimy.” Taki był koniec liberum veto.

Wprowadzona Konstytucja zamiast chronić Polskę ostatecznie doprowadziła do jej dalszego upadku, gdyż zaborcy nie mogli pozwolić na takie zmiany w ustroju Rzeczpospolitej. Idee zawarte w „Ustawie Rządowej” nie zostały jednak wraz z nią zniszczone i na szczęście funkcjonują do dziś.

Niszczycielskie ziarno

Liberum veto królowało prawie półtora wieku. Jego niezwykłą, niezniszczalną żywotność zawdzięczało temu, że służyło jako narzędzie do realizacji tak ważnych celów politycznych jak: walka z władzą królewską i paraliżowanie jej poczynań, walka koterii magnackich o zdobycie największych wpływów w państwie oraz ingerencja obcych mocarstw w sprawy wewnętrzne państwa. Szkodliwość i zgubne działanie liberum veto nie podlega żadnej dyskusji. Podkopywało ono suwerenność państwa, co było i obecnie nadal jest najlepszym i jedynym gwarantem prawidłowego rozwoju narodu we wszystkich dziedzinach życia zbiorowego. Zasada jednomyślności i prawo weta było znane w wieku krajach i to od wieków, jednak dopiero w naszym państwie przybrały one rozmiary niszczycielskie. Warto tutaj przypomnieć, że ta anachroniczna zasada funkcjonuje obecnie w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Zasada jednomyślności zaś ciągle powraca w pracach Parlamentu Europejskiego. Podsumowując: „Zgoda, jaka by ona nie była, zawsze jest lepsza od niezgody”.

//Agata Supińska

Comments are closed.