NO TO (MNIE) SIĘ ZDAJE

On 9 stycznia 2016 by DO

„No to mnie się zdaje, że jeżeli tu się nie stanie coś takiego, co ja nie jestem w stanie przewidzieć – że Bronisław Komorowski po pijanemu na pasach przejedzie niepełnosprawną zakonnicę w ciąży, no to oczywiście, że będzie prezydentem” wypowiedział niedawno profetyczne słowa red. Adam Michnik. A jednak zdarzyło się niemożliwe, a nawet niemożliwe podwójnie.

fakt.pl

fakt.pl

Nie dość, że nowy prezydent politycznie wywodzi się ze środowiska niegdysiejszej opozycji, to na domiar złego PiS jako pierwsza partia w historii po 1989 r. zdobyła większość kwalifikowaną. Nie bez wpływu na to zwycięstwo miały dotychczasowa polityka PO, jaki i odrobione lekcje wyborcze PiS-u, który na fotel premiera delegował Beatę Szydło. Dla wyborców i obserwatorów sceny politycznej o pamięci dłuższej niż 2 miesiące, ta nominacja może nasunąć analogię z rządem Kazimierza „yes yes yes” Marcinkiewicza. Zestawmy zatem te dwie sylwetki w poszukiwaniu podobieństw i różnic.

Pokolenie z przełomu

Polityków wiekowo dzielą jedynie 4 lata, oboje reprezentują więc pokolenie przełomu lat 50 i 60, które mając ok. 20 lat wkroczyło w dorosłość w okresie pogarszającej się sytuacji gospodarczej PRL, w okresie Sierpnia ’80 oraz tragedii stanu wojennego. Z pewnością źródeł ich późniejszego zaangażowania po prawej stronie sceny politycznej można upatrywać również w wydarzeniach tego okresu. Premier z Gorzowa, notabene pochodzący ze szlacheckiej rodziny, nie wyrzeka się swoich katolickich korzeni mówiąc: „W IV klasie szkoły średniej po rekolekcjach trochę odmieniłem moje życie, zacząłem traktować Kościół poważniej”. Choć już nie szlachecki, a bardziej robotniczy, ale również o wartościach tradycyjnych był dom Beaty Szydło. Jej ojciec pracował na kopalni w Brzeszczach, matka jako pracownik opieki społecznej. „Pikantnym” szczegółem dla opinii publicznej i jednocześnie silnym świadectwem wiary może być również fakt, iż jeden z dwóch synów nowej pani premier jest alumnem w seminarium duchownym.

Serca ich po prawej stronie

Kariera polityczna obydwu polityków, choć ciągle po prawej stronie, różni się głównie ze względu na istnienie małej, ale jednak znaczącej różnicy wieku. Gdy Beata Szydło była jeszcze na studiach w latach 80., Kazimierz Marcinkiewicz miał już za sobą pierwsze kontakty z podziemiem jako wydawca pism oświaty niezależnej, „Pokolenia” oraz „Aspektów”. W 1986 r. był współzałożycielem Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego. Początkowo nauczyciel, następnie kurator, awansował na stanowisko wiceministra edukacji narodowej w rządzie Hanny Suchockiej. Wyraźny powrót do aktywnej polityki rozpoczyna od 1997 r. jako poseł na sejm trzech kolejnych kadencji oraz szef gabinetu politycznego Jerzego Buzka. Widać bardzo wyraźnie, jak Kazimierz Marcinkiewicz zapuszczał korzenie na Wiejskiej, dość szybko wyzbywając się swojej gorzowskiej proweniencji. Na tle przytoczonej historii widoczne jest silne osadzenie dzisiejszej pani premier w regionie. Merytoryczny mandat ku temu z pewnością dały jej studia podyplomowe dla managerów kultury oraz edukacja z zakresu zarządzania samorządem terytorialnym w UE. Zwieńczeniem pracy w środowisku lokalnym był wybór na stanowisko burmistrza gminy Brzeszcze, które sprawowała w latach 1998-2005, by następnie wstąpić do Prawa i Sprawiedliwości. W tym czasie Kazimierz Marcinkiewicz był już 3 lata członkiem w partii braci Kaczyńskich.

Partyjny styl życia

Jaki cel tej całej wyliczanki? – można by zapytać. Taki, iż pomimo podobnych „rodowodów”, wyłaniają się nam dwie różne postaci. Premiera z Gorzowa, parafrazując Stanisława Bareję, można by złośliwie nazwać „dyrektorem z zawodu”. Nawet po rezygnacji z funkcji Prezesa Rady Ministrów w 2006 r. został jednym z członków Rady Dyrektorów w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju. Losy Beaty Szydło w PiS, choć nigdy nie sprawowała żadnych eksponowanych czy też medialnych funkcji, były jak na dobrego samorządowca na Wiejskiej przystało, spokojne… Pełniła funkcję skarbnika swojego ugrupowania, była również członkiem Komisji Finansów Publicznych. Lecz, jak mówią nieprzyjazne jej media, cytując anonimowych byłych działaczy PiS-u, nawet po wyborze na wiceszefa partii „nie należała do żadnej frakcji, snuła się po Nowogrodzkiej, zazwyczaj w pojedynkę”. Być może w tym stabilnym, bezkonfliktowym partyjnym stylu życia dostrzeżono jej zalety, gdy została szefem sztabu wyborczego Andrzeja Dudy.

Byłem/jestem premierem

Dziś obie postaci mogą powiedzieć „byłem” lub „jestem premierem”. Gdyby przyjrzeć się kto i jak długo wygrzewał poselską ławę przed nominacją, okazałoby się, że nowa „premiera” przebiła stażem partyjnym (zapewne i wiernością) Kazimierza Marcinkiewicza dwukrotnie, jest bowiem członkiem PIS-u już 10 lat. Dziś jesteśmy już po nominacji, zaprzysiężeniu oraz exposé i jako obywatele, których zadaniem jest patrzeć władzy na ręce, mamy prawo pytać czy scenariusz z poprzednich, wygranych przez PiS wyborów może się powtórzyć. Pewnie może. Jednak „nic dwa razy się nie zdarza” jak śpiewa Kora… zwłaszcza w życiu politycznym. W parlamencie zmienił się radykalnie układ sił. Jak wiadomo, PiS rządzi samodzielnie i z pewnością nie będzie zmuszony do zawierania zgniłych kompromisów, jak za czasów paktu stabilizacyjnego z Ligi Polskich Rodzin oraz Samoobroną. Źródeł sukcesu należy upatrywać w fakcie, iż partia rządząca, z Jarosławem Kaczyńskim na czele, wyczuła nastroje społeczne, zmieniła retorykę i… frontmana na frontmankę…

Triumwirat na dwie kadencje?

Inna jest również sytuacja wewnątrz obozu prawicy. Po wygraniu wyborów prezydenckich przez Andrzeja Dudę, który, jak mówią, przyjaźni się z panią premier, mogą oni stworzyć niepisany duet polityczny. Gdyby do tego dodać Jarosława Kaczyńskiego, nieukrywanego autora sukcesu Zjednoczonej Prawicy, taki triumwirat, przy dobrym podziale obowiązków, sprawować mógłby rządy dłużej niż jedną kadencję. Tego komfortu nie miał Kazimierz Marcinkiewicz, którego dymisja miała być wymuszona naciskiem śp. Lecha Kaczyńskiego.

Ciężko dziś przewidywać, co się stanie z Beatą Szydło. Jednego możemy być pewni, że PiS za wszelką cenę nie chciałoby zmarnować zwycięstwa wyborczego. Co więcej, chce przekonać wyborców średnio zdecydowanych, tych, którzy nań nie głosowali, i pozbyć się etykietki podpalaczy Polski, przyklejanej przez lata w mainstreamowych mediach. Z pewnością jednym z elementów tej taktyki będzie osoba Beaty Szydło i sprawowany przez nią urząd.

//Łukasz Czartowski

Comments are closed.