OCZYWIŚCIE, ŻE KOCHAM PRACOWAĆ ZA DARMO

On 31 maja 2013 by Katarzyna Waligóra

To będą już czwarte praktyki na które się wybieram. Oczywiście nikt mi za moją pracę nie zapłaci, na co nie powinnam się skarżyć. Wręcz przeciwnie – powinnam być wdzięczna, że ktoś w ogóle daje mi szansę do rozwoju przy tak trudnej sytuacji na rynku. Poza tym zyskuję przecież bezcenny wpis do CV, który na pewno przyszli pracodawcy wezmą pod uwagę. Właśnie do takiego myślenia jesteśmy tresowani.

 

źródło: prl.cba.pl

źródło: prl.cba.pl

Podobnie jak wielu moich kolegów odbyłam już obowiązkowe praktyki studenckie. Nadal jednak szukam możliwości zdobycia doświadczenia, bo tak jak wszyscy potrzebuję mieć coś, czym będę mogła się pochwalić w czasie rozmowy kwalifikacyjnej. W te wakacje pewnie znowu będę pracować za darmo, ale narasta we mnie coraz większy bunt wobec systemu, który mnie do tego zmusza.

Pozornie wszystko jest w porządku: dana instytucja pozwala mi poznać tajniki zawodu. Ktoś poświęca mi swój czas, uczy mnie, a w zamian ja wspieram swojego pracodawcę wykonując pożyteczne zadania. Ale wszyscy doskonale wiemy, że zazwyczaj praktyki studenckie kończą się na wykonywaniu jednej, monotonnej czynności, która nijak nie może okazać się rozwijająca, a której po prostu nie chciał się podjąć nikt inny. Pilnujemy wystaw, porządkujemy archiwa, zbieramy informacje, poprawiamy literówki w jakiś tekstach, informujemy zwiedzających jak poruszać się po muzeum… Gdyby instytucja praktyk nie istniała, tę pracę i tak ktoś musiałby wykonywać. Tyle, że za pieniądze.

Od dawna humanistom wmawia się, że nie są potrzebni, że jest ich za dużo i że uczelnie produkują bezrobotnych. Wykładowcy próbują odpowiedzieć na żądania studentów i sprawić, żeby program stał się jak najbardziej atrakcyjny i „praktyczny”. A to często prowadzi do rezygnacji z zajęć, które pozwalają na zdobycie rzetelnej wiedzy. Tymczasem uczelnia nie jest przedszkolem, ani biurem pośrednictwa pracy – jej zadaniem jest stwarzanie warunków do rozwijania teoretycznej refleksji i wytwarzanie przestrzeni dyskusji. Ze strony uniwersytetu istnieje tylko jedno działanie, które rzeczywiście może doprowadzić do poprawy sytuacji na rynku pracy – ograniczenie limitów przyjęć i radykalizacja systemu selekcji kandydatów na studia. Na razie na to się nie zanosi więc bezradne uczelnie coraz częściej zamiast skupiać się na tym, co jest ich zadaniem (przekazywanie wiedzy), organizują współpracę z różnymi instytucjami. Instytucjami, które skwapliwie korzystają z sytuacji na rynku pracy, żeby zdobyć dla siebie darmową siłę roboczą.

Odkąd zaczęłam studia słyszę, że nie znajdę po nich pracy i że sama jestem sobie winna, bo interesuje mnie teatr a nie fizyka kwantowa. A przecież wszyscy wiedzą, że opisywanie teatru to coś, co każdy potrafi robić i co przychodzi z dziecinną łatwością – zachęcam do spróbowania, najlepiej proszę od razu rzucić się na głęboką wodę i opisać choćby taką ośmiogodzinną niemą operę Roberta Wilsona. Dobrze byłoby już skończyć z powtarzaniem irytującego banału, że humaniści nie są do niczego potrzebni – prawdziwi socjologowie, politolodzy, krytycy, historycy sztuki i poloniści są bowiem tak samo potrzebni jak prawdziwi lekarze, ekonomowie czy matematycy. Bezustanne porównywanie kierunków ścisłych i humanistycznych, zwykle według kryteriów niesprawiedliwych dla tych drugich, prowadzi tylko do zupełnie niesłusznych kompleksów i przeświadczenia, że nigdy nie znajdzie się odpowiedniej pracy, a już na pewno nie „pracę w zawodzie”.

I istotnie może być ciężko, skoro jesteśmy przyzwyczajeni do pracy za darmo i skoro ciągle wmawia się nam, że analizy, których się podejmujemy na uczelni są bezwartościowe i nieprzydatne. Każdą naszą naukową fascynację musi teraz poprzedzać pytanie: czy to jest ważne? czy to jest społecznie przydatne? Szczerze mówiąc, gwiżdżę na społeczną przydatność tego, czym się aktualnie zajmuję i nudzi mnie usprawiedliwianie się przed całym światem z wyboru kierunku studiów, jakiego kilka lat temu dokonałam. Jestem też na tyle bezczelna, żeby uważać, że praktyki studenckie, do podjęcia których jesteśmy zachęcani, powoli przybierają formułę zgodnego z prawem wyzysku i pańszczyzny i że to praca, za którą ktoś powinien nam płacić. Tak samo rzecz się ma z wolontariatami, które nie oferują żadnych korzyści dla osoby pracującej (tak wygląda współpraca z przynajmniej jednym dużym krakowskim festiwalem, w czasie którego wolontariusze mają „dawać z siebie” i nie otrzymują w zamian nawet darmowego wstępu na wydarzenia festiwalowe). Francuzi wypracowali nawet sformułowanie „mentalność stażysty” – kiedy student przejdzie już przez szereg praktyk i darmowych staży, z pocałowaniem ręki przyjmie miejsce w każdej instytucji, która zechce mu za jego pracę cokolwiek zapłacić. I do głowy mu nie przyjdzie, że w innej sytuacji mógłby negocjować wysokość pensji albo warunki swojego zatrudnienia.

Dla pełnej jasności – to o czym piszę nie dotyczy wszystkich miejsc, w których można odbywać praktyki. Czasami taka praca rzeczywiście jest cenna, zwłaszcza jeśli trafi się na odpowiednio zaangażowanego koordynatora, który zechce nam poświęcić swój czas i zadbać o różnorodność powierzanych zadań. W wariancie idealnym, praktyki są rodzajem wstępnej selekcji kandydatów do pracy, a organizacja, która je oferuje, planuje zatrudnić najlepszych praktykantów, by tym razem móc im zapłacić. To jednak niestety już teraz brzmi utopijnie, a będzie tylko gorzej. Na rewolucję się nie zanosi, bo skutecznie zostaliśmy wciągnięci w system zmuszający nas do pracy za darmo. Ze względu na ogromną ilość absolwentów szkół wyższych nasze dyplomy nie noszą już nawet pozorów elitarności, a tego, czy jesteśmy najlepsi czy najgorsi w danej dziedzinie i tak na wstępie nie będziemy w stanie udowodnić. Dodatkowo wszyscy dookoła (często nie wyłączając nas samych) uważają, że kompletnie zmarnowaliśmy pięć lat życia ucząc się rzeczy niepotrzebnych i rozwijając coś, co nadaje się wyłącznie na hobby. W świecie zdominowanym przez „korpo” nie można bowiem liczyć na tę odrobinę polotu, która pozwoli przyszłemu pracodawcy zrozumieć, że sztuką, czy ogólnie rozumianą humanistyką naprawdę nie każdy może się zajmować. Pozostaje więc podejmowanie kolejnych praktyk w nadziei, że staną się one naszym atutem, kiedy wreszcie będziemy mogli szukać dla siebie etatu. I jeszcze ufność, że nie wszystkie miejsca, na których moglibyśmy być zatrudnieni, zostaną powierzone darmowej praktykanckiej sile roboczej.

Dodaj komentarz