PAPIEROWE BEZPIECZEŃSTWO

On 24 kwietnia 2015 by DO

Ostatnie wydarzenia, związane z kryzysem ukraińskim, nasuwają kilka pytań w związku z bytnością oraz przydatnością międzynarodowego systemu sojuszy, mającego zapewniać światowe bezpieczeństwo. Mimo utworzenia bardzo głębokich i mocno ze sobą powiązanych struktur, trzeba przyznać, iż w momentach tragicznych dla historii Europy lub w szerszej perspektywie świata, owe powiązania nie zdają egzaminu.

Pakt Północnoatlantycki i jego kontynentalne odnogi zostały stworzone po II wojnie światowej w odpowiedzi na pojawianie się zagrożeń międzynarodowych w przyszłości. NATO oraz ONZ są sukcesorkami międzywojennej Ligi Narodów, która, jak wszyscy dobrze wiemy, nie zdała  egzaminu w najtrudniejszych momentach historii. Postanowiono zatem utworzyć organizację nie tylko skupiającą  grono przywódców krajów członkowskich, lecz także nadano jej charakter militarny, by w razie zagrożenia reagować w możliwie jak najszybszym czasie. Po utworzeniu paktu świat ogarnęła euforia – ludzie przestali wierzyć, iż kiedykolwiek wybuchnie jakikolwiek konflikt zbrojny.

Najbardziej zastanawiający w tej sytuacji jest fakt wyrastania natowskich podwalin z wadliwej Ligi Narodów. Skoro choć w części przyjmujemy wariant, który w owym czasie się nie sprawdził, to jaką mamy pewność, że sprawdzi się teraz, tym bardziej, iż techniki psychologiczne oddziaływania na mniejsze kraje oraz technologie wojenne poruszyły się znacznie do przodu? Budowanie paktu na spróchniałych belkach porządku światowego skazuje tę organizację na zawalenie się. I tak się dzieje. Tylko że zamiast efektownego upadku New World Order mamy powolny rozkład międzynarodowej hierarchii.

Jedynym wyjątkiem pomiędzy międzywojniem a XXI wiekiem jest udział USA. O ile początkowo Stany Zjednoczone starały się nie angażować w de facto europejską organizację, o tyle teraz przewodzą jej. Można uzasadniać to przekonaniem, iż NATO i ONZ zmieniły swój charakter, jednak według mnie jest inna przyczyna takiego stanu rzeczy. Aby ją dostrzec, trzeba spojrzeć na mapę polityczną świata. Oto widzimy wyrastające z NWO dwie międzynarodowe potęgi leżące po przeciwnych stronach mapy. Każda z nich pragnie przywódczej roli w świecie. Każda z nich ma swoje organizacje polityczne: ONZ i WNP. Obie prowadzą ze sobą cały czas cichą, niewypowiedzianą wojnę, będącą kontynuacją „zimnej wojny”.

Zauważyć można bardzo łatwo, iż większość kontyngentu natowskiego wysyłanego do krajów ogarniętych niepokojami społecznymi, stanowią Amerykanie. To potwierdza dwie rzeczy. Po pierwsze, w ten sposób administracja Białego Domu panuje nad sytuacją, która nie może wyjść spod kontroli Baracka Obamy. Po drugie, ci żołnierze swoją obecnością zapewniają stabilizację systemu według norm amerykańskich i układają podwaliny przyszłej „demokracji” w wydaniu USA.

Zatrważające jest ponadto inne podobieństwo pomiędzy organizacjami z XX i XXI wieku. Mogą one grozić mniejszym, natomiast w stosunku do dużych nie mają możliwości jakiegokolwiek szerszego sposobu oddziaływania na zmianę istniejącego porządku. Dlatego efektywne mogą być interwencje np. w Ugandzie, Pakistanie czy innym Burkina Faso, natomiast nie można nic zrobić, gdy Rosja lub Chiny grożą innym. I właśnie ten fakt stawia całą organizację pod znakiem zapytania.

Bo czy potrzebne jest istnienie aż tak ogromnej machiny biurokratycznej w Nowym Jorku i Brukseli tylko po to, by ingerować w zacofanych regionach świata? Wystarczy przecież odpowiednia umowa niektórych państw i sprawa zostanie załatwiona w ramach regionalnej interwencji. A skoro tak można załatwiać sprawy, a w przypadku mocarstw nie mamy jakiejkolwiek mocy, to po co w ogóle istnieć? To pytanie, na które świat nie zna odpowiedzi. Konia z rzędem temu, kto rozszyfruje zagadkę Nowego Porządku Świata.

Jaka z tego lekcja płynie dla Polski? Taka, że w przypadku zagrożenia lepiej liczyć na siebie samych, co pokazuje także historia. Ponad 70 lat temu również słyszeliśmy bajeczki o pomocy ze strony Zachodu, co skończyło się ponad półwieczną okupacją sowiecką. Jeżeli drugi raz damy się nabrać na podobne gwarancje, to z przykrością trzeba stwierdzić, iż jesteśmy politycznymi i historycznymi ignorantami, o ile już nimi – jako naród – nie jesteśmy.

Niemniej jednak lepiej być w NATO niż w nim nie być. Z drugiej strony zatrważającym faktem jest wiara Polaków w nieustanny pokój. Należałoby więc zastanowić się nad tworzeniem jakiejś regionalnej inicjatywy, mającej zapewnić nam bezpieczeństwo. Zwłaszcza w momencie trwania kryzysu ukraińskiego warto byłoby powrócić do nieco zapomnianej koncepcji Intermarium marszałka Piłsudskiego.

Za dużo w historii przeszliśmy jako kraj, by na nowo pozwalać sobie na kolejne lata spychania na margines. Za bardzo zostaliśmy doświadczeni przez los obecnością dwóch potężnych sąsiadów po naszej zachodniej i wschodniej granicy. Za bardzo wierzymy tym, którzy obiecują nam pierwsze lepsze gwarancje bezpieczeństwa, a za mało sami staramy się coś zrobić, by utrzymać na bezpiecznym poziomie obronność swojego kraju. Za bardzo jesteśmy naiwni. Za bardzo.

//Mateusz Ambrożek

Comments are closed.