PATRIOTYZM GOSPODARCZY

On 2 czerwca 2014 by DO

Chwilowa moda czy nowy trend w polskiej gospodarce?

„Żyj po polsku” – każdy z nas słyszał o tej akcji, ale niewielu potrafi powiedzieć jaki jest jej sens. Po co Jarosław Gowin umieszcza w sieci filmiki, na których kupuje mleko i jogurty? Czy przeciętnego wyborcę to w ogóle interesuje?

Temat kryzysu politycznego na Ukrainie dominuje w mediach od dłuższego czasu, dlatego też trudno zauważyć trwającą kampanię wyborczą do Parlamentu Europejskiego, która dla niektórych graczy politycznych jest pierwszą poważną walką o poparcie wśród Polaków. Mowa tu przede wszystkim o Polsce Razem Jarosława Gowina. Partia, która powstała zaledwie kilka miesięcy temu, wystawiła swoich kandydatów we wszystkich szesnastu województwach. Po zbieraniu podpisów przyszedł czas na kampanię, której jednym z elementem było zainicjowanie akcji społecznej „Żyj po polsku”. Jak piszą jej koordynatorzy „Polska Razem chce wnieść do polskiej polityki świeże, niestandardowe podejście”. Partia Gowina utrzymuje się jedynie z darowizn, więc doskonale zdaje sobie sprawę, że duże partie zakrzyczą ich spotami i bilbordami, na które ją po prostu nie stać. Stąd pomysł na tę akcję. Dotychczas ukazało się dziewięć kilkuminutowych odcinków w serwisie YouTube, które najczęściej ukazują byłego ministra sprawiedliwości na zakupach – w osiedlowym sklepie spożywczym lub księgarni. Gowin chce pokazać, że polski rynek gospodarczy został zdominowany przez zagraniczne firmy. Abstrahując od tego jakiej partii sympatykami jesteśmy, czy ktoś z nas kiedykolwiek zadał sobie pytanie, dlaczego kupuje jogurt marki Zott albo Danone, nie zwracając uwagi na przykład na produkty OSM Łowicz? Ilu z nas wie, że Prince Polo (już) nie jest polskie? „Czas na patriotyzm gospodarczy” – takie hasło promuje PRJG. Gdyby zagłębić się w analizę polskiego rynku, okazuje się, że jak najbardziej ma ono swoje racjonalne uzasadnienie. Warto przypomnieć sobie tutaj słynne wystąpienie Gabriela Janowskiego z 2000 roku. Polityk Przymierza Ludowo-Narodowego, podczas głosowania nad odwołaniem ówczesnego ministra skarbu Emila Wąsacza, okupował mównicę Sejmu jako wyraz protestu wobec polityki prywatyzacyjnej tego właśnie polityka. „Obrońca polskich cukrowni”– tak omówiono o Janowskim, który przez media był utożsamiany z człowiekiem psychicznie niezrównoważonym. Po latach okazuje się, że miał rację. Swego czasu Polska była trzecim producentem cukru w Europie. Nasze cukrownie dawały pracę wielu ludziom, były dochodowe i przede wszystkim nowoczesne, samowystarczalne. Na skutek ich sprzedaży polski rynek został zalany gorszym jakościowo cukrem, przede wszystkim właśnie od naszego zachodniego sąsiada – Niemiec. W porównaniu z pozostałymi państwami europejskimi, cukier w Polsce jest obecnie najdroższy. Niestety to nie jedyny gorzki przykład na potwierdzenie tezy, że Polska stała się swojego rodzaju kolonią w znaczeniu gospodarczym, a w wypowiedziach polityków PRJG jest ziarenko prawdy.

Inny punkt widzenia

Zawsze jest czas na patriotyzm gospodarczy – mówi Jakub Kwaśny, wykładowca Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Zwraca uwagę na prezydenta Baracka Obamę, któremu w czasie wizyt zagranicznych często towarzyszą prezesi amerykańskich firm, co w naturalny sposób jest zaproszeniem innych państw do współpracy gospodarczej, na której przede wszystkim ma skorzystać USA.

„Patriotyzm gospodarczy należy rozpatrywać w skali mikro i makro. Pierwsza z nich rysuje się następująco: my, jako konsumenci, powinniśmy być świadomi, że wybierając polskie produkty wspieramy polską gospodarkę. Idealną sytuacją byłoby wybierać produkty dobre i polskie. Natomiast skala makro to zamówienia rządowe, w realizacji których również można wybierać efekty pracy polskich przedsiębiorstw. Z racji naszego członkostwa w Unii Europejskiej warto również zadać sobie pytanie, na ile możemy preferować, wspierać polskie przedsiębiorstwa, mając na uwadze, że naczelną zasadą tej organizacji jest zasada wolnego rynku” – twierdzi Jakub Kwaśny. W jego opinii sprawa ma również podłoże psychologiczne. Przez wiele lat w Polsce uważano, że to co zagraniczne jest lepsze i dziś nadal słychać takie głosy, choć w rzeczywistości niejednokrotnie to polskie produkty cechuje wyższa jakość. Innym ważnym problemem jest fakt, że w Polsce nie ma żadnych przepisów prawnych określających udział zagranicznych koncernów na polskim rynku. „Moim zdaniem nie da się już tego  odwrócić. Popełniliśmy błąd na początku naszej transformacji ustrojowej zbyt szybko otwierając się na zagraniczne sieci handlowe, które opanowały nasz rynek. Wówczas konkurencja krajowa nie była tak silna, aby konfrontować się z tą o charakterze światowym czy globalnym”, podkreśla Kwaśny. Co w tej chwili możemy zrobić, aby poprawić naszą sytuację?  „Nie ma gotowych recept” – dopowiada wykładowca UEKu. „Obecnie jedynym wyjściem jest rozwijanie gałęzi rodzimego przemysłu. Musimy kłaść nacisk na poprawę konkurencyjności polskich firm czy fabryk.”

Co dalej?

Nie od dziś wiadomo, że siła państwa bierze się z jego siły gospodarczej. W obecnej sytuacji trudno mówić o dobrej sytuacji na polskim rynku ekonomicznym, a co dopiero o jakiejkolwiek niezależności i samowystarczalności, które mogłyby przyczynić się do umocnienia się państwa polskiego. Nawet jeśli akcja „Żyj po polsku” ma jedynie przyczynić się do wygrania wyborów przez PRJG, dobrze, że jakakolwiek partia dostrzegła problem dominacji zagranicznych firm na polskim rynku. Pytanie tylko czy za słowami pójdą czyny, czy zainteresowanie partii Gowina tą sprawą skończy się wraz z kampanią wyborczą do europarlamentu. 

//Agata Piekarska

zdjęcie w tle facebook maj - Kopia

Dodaj komentarz