POLSKA PAMIĘĆ O KRESACH

On 20 kwietnia 2013 by Justyna Skalska

Mit kresowy ma swoją pozytywną stronę – wpisuje się w naszą tożsamość narodową, staje się pretekstem do ciągłych badań historycznych i kulturowych Kresów Wschodnich. Posiada również aspekt negatywny, taki jak pretensje terytorialno-historyczne w odniesieniu do Wilna czy Lwowa. Z trudem respektujemy prawa naszych wschodnich sąsiadów do tych terenów i z łatwością ulegamy mitowi o Kresach, jako ostoi polskości, która została nam niesłusznie odebrana. Ale czy tym samym chcielibyśmy dokonać rewizji historii i odzyskać utracone w wyniku jałtańskiego postanowienia ziemie?

źródło: lwowiak.republika.pl

źródło: lwowiak.republika.pl

Ziemie zabrane, ziemie odzyskane

Przyznam, że zawsze patrzyłam z pewną podejrzliwością na niemieckich turystów, którzy nagminnie przyjeżdżają do zachodniej i północnej części Polski. Jakoś mimowolnie pojawiały się w mojej głowie dwa alarmujące hasła: „Erica Steinbach” i „Związek Wypędzonych”. Bezwiednie wtedy myślałam: czy to aby na pewno jedynie podróże sentymentalne? A nuż im się roi zmiana granic? Oczywiście kryje się w tym pewna żartobliwa przesada, z resztą dość szybko zweryfikowałam swoje poglądy o tych swoistych „pielgrzymkach” Niemców w miejsca, które w skutek polityki towarzysza Stalina zostały im odebrane i dostały się w przydziale nam, Polakom. Wystarczył jeden wyjazd do Lwowa, bym zaczęła żywić doń tkliwy sentyment i powracała tam co roku. Tym samym zrozumiałam dlaczego nasi niemieccy sąsiedzi ze łzami w oczach przyjeżdżają do Szczecina, czy Wrocławia. W końcu oba narody łączy to, że utraciły swoje ziemie na wschodzie, a ich mieszkańcy zostali wysiedleni.

Nie tylko sentyment?

Interesujący jest fakt, że gdy kilka lat temu na zlecenie tygodnika „Der Spiegel” przeprowadzono sondaż okazało się, iż 40 proc. Niemców żałuje utraty swych ziem na wschód od Odry, ale aż 72 proc. uznaje rezygnację RFN z tych ziem za słuszną. Mniej więcej w tym samym czasie tygodnik „Wprost” opublikował wyniki badań dotyczące stosunku Polaków do utraty Kresów Wschodnich, z Wilnem i Lwowem na czele. 52 proc. zapytanych uznało te ziemie za polskie, 58 proc. wyraziło swój żal, że oba miasta nie należą już do Rzeczpospolitej. Co ciekawe, nostalgia za Kresami dotyczyła nie tylko ludzi starszych, czy Polaków wysiedlonych stamtąd po II wojnie światowej i ich potomków, ale również młodszego pokolenia – ludzi, którzy nie ukończyli nawet 29 roku życia (51 proc. badanych). Wygląda więc na to, że sentymenty są mocno zakorzenione w polskiej mentalności i zdają się być przekazywane z pokolenia na pokolenie. Z łatwością ulegamy mitowi o Kresach – ostoi polskości, która została nam niesłusznie odebrana. Ale czy tym samym chcielibyśmy dokonać rewizji historii i odzyskać utracone w wyniku jałtańskiego postanowienia ziemie?

Dawniej i dziś

„Truman, Truman spuść ta bania, bo to nie do wytrzymania.

Jedna bomba atomowa i wrócimy znów do Lwowa.

Choć zastaniem same zgliszcza, jednak ziemia to ojczysta.

Druga mała, ale silna, i wrócimy też do Wilna”.

Wierszyk ten (inspirowany zrzuconymi bombami na Japonię w sierpniu 1945 roku) trafnie odzwierciedlał nastroje tych Polaków, którzy w pierwszych latach po II wojnie światowej nie mogli pogodzić się z utratą ziem na wschodzie. Czytając przywołane przeze mnie wyniki sondażu, można odnieść wrażenie, że gros Polaków tęskni za Rzeczpospolitą w jej dawnych, przedwojennych granicach. Jurek Bożyk, krakowski artysta jazzowy, obowiązkowo wykonywaną na swoich koncertach wiązankę piosenek lwowskich, zapowiada tak: „są to melodie z miasta, w którym się urodziłem, a które w wyniku II wojny światowej znalazło się pod tymczasową obcą administracją”. I choć słowa te, wypowiedziane przez rodowitego lwowiaka wydają się naturalne, mogą zaskakiwać, jeśli stają się opinią młodego Polaka. A właśnie z podobnymi opiniami młodych ludzi można spotkać się w Internecie – wystarczy poszukać choćby na znanym każdemu YouTube, gdzie pod filmikami z piosenkami lwowskimi, wypowiada się w ten sposób wielu młodych (sądząc po profilach) internautów.

Czy oznacza to od razu, że społeczeństwo oczekuje zmian terytorialnych? Oczywiście, że nie. Już sam pomysł jest absurdalny, co nie przeszkadza różnym malkontentom takie wizje snuć. Z historycznej perspektywy okazuje się jednakże, że jesteśmy teraz w dużo lepszym układzie geopolitycznym niż w okresie międzywojennym. Ale to nie jedyny powód, dla którego nie mamy zamiaru zmieniać granic. Jak dowiodły inne badania, pomimo całej nostalgii, akceptujemy ustalony po II wojnie światowej porządek. Co więcej, wbrew wszelkim konfliktom i animozjom na tle historyczno-politycznym, rośnie w nas sympatia do sąsiadów na wschodzie Europy. W swych podróżach coraz częściej zapuszczamy się na Wschód, odwiedzając szczególnie chętnie Litwę i Ukrainę, z oczywistych względów rzadziej Białoruś. I niekoniecznie są to tylko wycieczki szkolne – w trakcie swoich dwóch podróży do Lwowa, spotkałam sporo ludzi w moim wieku, którzy jechali tam, albo i jeszcze dalej, na przykład do Kamieńca Podolskiego, chcąc zobaczyć na własne oczy legendarną, polską twierdzę, gdzieś na rubieżach dawnej Rzeczpospolitej szlacheckiej.  Może jest w tym swoista moda, odtrutka na Zachód i Unię Europejską, a może coraz większe zainteresowanie jeszcze nie do końca przez nas oswojonymi, a przecież tak bliskimi sąsiadami i ich kulturą.

Ni ma jak Lwów!

Nie da się ukryć, że Polacy najczęściej odwiedzają dawne Kresy Wschodnie ze względów sentymentalnych. Nasze podróże do Lwowa, czy Wilna to wyprawy do zmitologizowanego świata, w którym z radością odkrywców poszukujemy znaków historii i śladów polskości.

Powrócę na moment do reminiscencji lwowskich, bo nie inaczej było w moim przypadku. I także w mojej głowie pojawiła się myśl o „odzyskiwaniu” tego miasta przez Polskę. Starałam się przy tym podejść do tematu zdroworozsądkowo, myśląc raczej o tym, że Lwów na pewno wiele by zyskał dzięki dotacjom z Unii Europejskiej, bo nie jest tajemnicą, że pod ukraińskimi rządami miasto jest wciąż mocno zaniedbane. Chociaż Euro 2012 i tak co nieco w tej materii zmieniło. Kiedy po raz pierwszy znalazłam się we Lwowie, nieustannie towarzyszyło mi poczucie, że przyjechałam do starego, rodzinnego domu, który co prawda zmienił właściciela, ale przecież jest wciąż bliski sercu i pełen starych pamiątek po dawnych mieszkańcach. Ze wzruszeniem zauważałam polskie przedwojenne napisy na fasadach kamienic, a nawet na włazach studzienek kanalizacyjnych. Błąkając się pośród lwowskich ulic, odwiedzając podwórka kamienic i oglądając panoramę Lwowa z kopca Unii Lubelskiej, łatwiej było mi zrozumieć tęsknotę  Mariana Hemara, Stanisława Lema, Zbigniewa Herberta, Adama Zagajewskiego i wielu innych sławnych Polaków, pochodzących z tego miasta. Zwiedzając jego najważniejsze zabytki, miałam wrażenie, że czas faktycznie zatrzymał się tutaj w miejscu – zmienili się mieszkańcy, minęły lata świetności, ale wciąż można wyczuć dawną atmosferę. Genius loci? Zapewne, ale klimat, magię lwowską nie sposób opisać. Próbując jednak uchwycić ducha tego miejsca nagle uzmysłowiłam sobie, że przed wojną Lwów był wszakże miastem, w którym obok Polaków żyli także Ukraińcy, Żydzi, Ormianie i wiele innych mniejszości narodowych. I zapewne ta różnorodność języków, religii i obyczajów wpłynęła na lwowski koloryt, tworząc, w opinii jego dawnych mieszkańców, wręcz odrębny genotyp lwowianina.

W tym miejscu dochodzę do bodaj najważniejszego wniosku: ów mit o Kresach jako mateczniku polskiej kultury nie pozwala nam dotrzeć do prawdziwego obrazu utraconych przez Polskę po 1945 roku terenów. Obrazu Kresów, gdzie duże miasta były polskie, miasteczka żydowskie, a wsie ruskie, gdzie Polacy traktowani byli raczej jako kolonizatorzy, gdzie Litwini głośno mówili o polskiej okupacji Wilna, a Ukraińcy pragnęli suwerenności.

Odczarowanie mitu

Pielęgnowanie zbiorowej pamięci o Kresach i przekazywanie jej następnym pokoleniom jest jak najbardziej słuszną ideą. W końcu stanowi ona część naszej tożsamości narodowej.  Bez odpowiednich działań przeminie pamięć o Polakach w Wilnie i we Lwowie, będą niszczeć tak piękne symbole polskości jak cmentarz na Rossie, czy Orląt Lwowskich. Tak jak Niemcy angażują środki finansowe w ochronę swojego dziedzictwa narodowego na zachodzie i północy Polski, tak i my w miarę możliwości powinniśmy dbać o polskie dziedzictwo na Kresach, nie zapominając przy tym, że było ono zaledwie częścią wielkiego tygla kulturowego. Jest to istotne, ponieważ w swej potrzebie podtrzymania tożsamości narodowej możemy zapędzić się w niepotrzebne zafałszowanie mitu kresowego, który i tak na przestrzeni wieków uległ pewnej mistyfikacji. Nie może dojść do sytuacji, w której kultywowanie pamięci o przeszłości będzie interpretowane przez naszych wschodnich sąsiadów jako wyraz dążenia Polski do zmiany granic. Broniąc polskości na Kresach, nie bierzemy pod uwagę, że rodzi to w naszych wschodnich sąsiadach co najmniej taki niepokój, jaki w nas wzbudzały jeszcze parę lat temu działania niemieckiego Związku Wypędzonych. Według odwiecznych prawideł akcja rodzi reakcję i z tej perspektywy trudno się dziwić, że Litwa broni swojej tożsamości narodowej, wymagając zapisu polskich nazwisk po litewsku, a z kolei Ukraina buduje ją na pamięci o ukraińskich bohaterach takich jak Stefan Bandera. Dla nas Polaków, są to kwestie kontrowersyjne i wielce problematyczne, które mimo wszystko wymagają wzajemnego zrozumienia i tolerancji. I szerszego, a nie tylko polonocentrycznego punktu widzenia.

TEMAT Z 9. NUMERU DO

Comments are closed.