POLSKIE MEDIA – 97 OFIARA TRAGEDII SMOLEŃSKIEJ

On 8 kwietnia 2013 by Michał Wróblewski

Pogrążyła państwo, które w ostatnim ćwierćwieczu wolnej Polski nigdy nie było tak słabe. Obnażyła podziały społeczne, które nigdy nie były tak głębokie. I odsłoniła karty opowieści, której już zawsze będziemy się wstydzić. Polskie media po tragedii 10 kwietnia poległy. A dzisiejsze w nich podziały są nie tyle skutkiem, co przejawem ich powolnego upadku.

źródło: naszemiasto.pl

źródło: naszemiasto.pl

Kiedy 11 kwietnia 2010 roku jeszcze nie opadł kurz w miejscu tragedii rządowego tupolewa, stężenie emocji i bólu zdawało się być wręcz fizycznie nieposkramialne, a dramatyzm sytuacji i jej zupełna bezprecedensowość kazały utrzymywać w ryzach wszelkie domysły i najbardziej czarne scenariusze, znany neofita polskiej publicystyki stwierdził na blogu „Krytyki Politycznej”: „Prezydencki samolot nie powinien był lądować w Smoleńsku, powinien był polecieć na lotnisko bez mgły. Ale najbliższe takie lotniska były w Mińsku i w Moskwie. Samolot nie poleciał ani do Mińska, ani do Moskwy, bo stamtąd jego pasażerowie nie dojechaliby na uroczystości. Spóźniliby się na obchody.”

W kilka godzin po katastrofie rozpoczął się festiwal kłamstw, których ogrom i skala dla polskiej opinii publicznej okazały się nie do zniesienia. Dla mediów ów festiwal stał się prostą drogą do autodestrukcji. Polskie dziennikarstwo ukręciło na siebie bat, którym funkcjonariusze mediów usadowieni po obu stronach największego od lat środowiskowego konfliktu poczęli bezceremonialnie się okładać. Powodując nieodwracalne zmiany, których skutki polskie społeczeństwo odczuwa do dziś i odczuwać będzie jeszcze przez kolejne dekady.

Tylko słuszna prawda
Zacytowany kilka zdań powyżej fragment tekstu autorstwa Cezarego Michalskiego jest nie tylko niezwykle sugestywny i nacechowany osobistymi uprzedzeniami wobec konkretnego środowiska politycznego, ale przede wszystkim symptomatyczny dla całego procesu, z którym mieliśmy do czynienia już w kilka dni po tragedii. Wówczas na łamach poważnych, wydawać by się mogło, tytułów, zaczęły pojawiać się ubrane w formę empirycznie stwierdzonych faktów spekulacje, jakoby jedną z głównych przyczyn katastrofy rządowego (wtedy jeszcze określanego jako „prezydencki”) samolotu był nacisk na pilotów ze strony wojskowego dowództwa. Pojawiały się głosy – przez wielu już od początku uznane za pewnik – o rzekomej presji ze strony „najważniejszego pasażera”. Fraza „jedną z głównych” jest zresztą użyta nieprzypadkowo, gdyż – jak orzeczono – niepodważalną, mimo iż w istocie niepotwierdzoną wówczas na sto procent przyczyną katastrofy miał być szereg „oczywistych” błędów popełnionych przez pilotów. Można było odnieść wrażenie, iż zarzucono całkowicie wymóg konieczności zweryfikowania innych tez. Nawet nie dopuszczano myśli o zamachu, choć w przypadku takich wydarzeń, jak wypadek samolotu, w którym giną wszyscy pasażerowie (abstrahując od ponurej symboliki zbrodni katyńskiej, która jednak dla tragedii smoleńskiej ekwiwalentem żadnym nie była i być nie może), myśl taka wydaje się być naturalna. Mimo iż niechciana, straszna, przerażająca, to jednak w tej sytuacji wręcz samo nasuwająca się. Nie ma oczywiście dziś żadnych dowodów na zamach (choć wątpliwości związanych z tragedią jest mnóstwo), nie było ich tym bardziej wtedy, gdy szczątki samolotu były jeszcze dogaszane, jednak dowodów potwierdzających inne, wówczas dość śmiało artykułowane hipotezy, także nie mieliśmy. Relatywizacja prawdy i świadomość poprawności w głoszeniu wygodnych dla pewnych grup tez pozwalała wartościować sądy oraz niektóre tezy i przypuszczenia stawiać na piedestale głosów możliwych poddaniu pod publiczną dyskusję. Wszelkie pytania, które nie były zgodne z wersją oficjalną, narzuconą de facto w kilka godzin po katastrofie, były strącane w otchłań absurdu. Ich autorzy w mniemaniu części narzucających narrację elit byli polemicznie dysfunkcyjni.

Gra generałem
Kwestia obecności bądź nieobecności gen. Andrzeja Błasika w kokpicie stała się sprawą kluczową, urastającą do rangi symbolu. Przypuszczalnie, jeśli nie większość, to znaczny odsetek społeczeństwa do dziś tkwi w przekonaniu, iż gen. Błasik w kokpicie był, bo taka wersja kolportowana była bezustannie w największych mediach. Zaczęło się od tez wypracowanych przez Międzypaństwowy Komitet Lotniczy (MAK) pod kierunkiem gen. Tatiany Anodiny, wedle których piloci tupolewa poddani byli naciskom pijanego generała, którego obecność w kokpicie zdaniem autorów kłamliwego jak się okazało później raportu była niepodważalna. Zasadność twierdzeń na temat obecności generała w kabinie pilotów podtrzymywał raport komisji Jerzego Millera (fałszywą teorię o pijanym dowódcy porzucono; nie dlatego jednak, iż członkowie komisji dowiedli tego na podstawie dostępnych materiałów, ale dlatego, że polscy eksperci owych materiałów nie posiadali – strona polska nie była w posiadaniu żadnych instrumentów weryfikacji badań sekcji zwłok przeprowadzonych przez Rosjan).

Jak było w rzeczywistości? Członkowie komisji Millera zamówili jeszcze przed sformułowaniem ostatecznych tez do raportu dwie ekspertyzy: w Centralnym Laboratorium Kryminalistycznym Komendy Głównej Policji i w Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Żadna z tych ekspertyz nie potwierdziła obecności generała Błasika w kokpicie. Przypuszczenia te próbowano zweryfikować za pomocą badań fonoskopijnych. Te nie tyle okazały się nieskuteczne, co po prostu dezawuowały hipotezy, jakoby głos Błasika był słyszalny w kokpicie. Głos generała został rozpoznany przez płk. rez. Wiesława Kędzierskiego (dowodami na to dysponuje prokuratura wojskowa), jednego z oficerów pracujących w Dowództwie Sił Powietrznych (a który do Rosji skierowany został jako tłumacz). Atrybucję do polskiego raportu wprowadził przewodniczący podkomisji lotniczej w komisji Jerzego Millera, ppłk Robert Benedict. Obaj panowie bynajmniej nie są ekspertami od fonoskopii. Zasadność ich twierdzeń całkowicie podważyła ekspertyza z początku 2012 roku wydana przez Instytut Ekspertyz Sądowych im. Jana Sehna w Krakowie. Niespełna dwa miesiące temu ostatecznie rozprawiła się z nimi polska prokuratura.

Jednak niemalże przez trzy lata polska opinia publiczna karmiona była insynuacjami mielonymi przez media, jakoby obecność gen. Błasika w kokpicie TU-154M była jedną z prawdopodobnych przyczyn rozbicia się polskiego samolotu.

Kłamstwa i odpowiedzialność
Sprawa gen. Błasika jest symboliczna, ale sprowadzanie problemu wiarygodności mediów wyłącznie do niej byłoby błędnym odczytaniem proporcji. Niezweryfikowanych informacji, by nie powiedzieć: przekłamań, w obiegu medialnym od pierwszych chwil katastrofy pojawiło się mnóstwo. Począwszy od tezy mówiącej o czterokrotnej próbie podejścia do lądowania przez pilotów tupolewa, przez informacje o rzekomej kłótni gen. Błasika z kpt. Arkadiuszem Protasiukiem przed samym wylotem do Smoleńska, po te najbardziej kuriozalne „fakty medialne”, jak choćby przywoływanie rzekomych słów jednego z pilotów: „tak lądują debeściaki” lub niezwykle słynnych już: „jak nie wyląduję, to mnie zabije/zabiją”. „Fakty” TVN eksponowały te informacje na „jedynkach” serwisów. Ta sama stacja w nieco ponad dwa lata od momentu podania owych kuriozalnych „informacji” urządzała wielotygodniowy publiczny lincz na Cezarym Gmyzie, zapraszając do studia ludzi mieniących się ekspertami w dziedzinie dziennikarstwa śledczego i instruujących byłego reportera „Rzeczpospolitej” w dziedzinie weryfikacji źródeł. Czy w TVN za niedbalstwo i ewidentne niedopełnienie obowiązków „poleciały” głowy? Nie. A Gmyz do dziś okryty jest środowiskową infamią. Publiczne bratanie się gwiazd dziennikarstwa z właścicielem „Rzeczpospolitej”, Grzegorzem Hajdarowiczem, który wyrzucił Gmyza z redakcji, przejdzie do historii. Teksty wzywające do czystek w tytułach związanych z Presspublicą winny być cytowane na wszystkich wydziałach kształcących dziennikarzy.

Afera związana z tekstem „Trotyl na wraku Tupolewa” była cezurą w polskim dziennikarstwie. Czytelnicy zapewne znają jej podłoże. Na portalu Drugi Obieg nieco szerzej o sprawie pisałem kilka miesięcy temu.

Inercja
Sprawa wiarygodności jest tylko jedną z wielu kwestii, z którymi po Smoleńsku polskie media sobie – mówiąc delikatnie – nie poradziły.

Zagadnieniem wartym osobnej analizy jest podejście zadaniowe do tragedii. Dziennikarstwo śledcze abdykowało. Zadziwiający jest brak powstania wyspecjalizowanych zespołów śledczych, które od momentu tragedii winny dokumentować – nie w Polsce, a w Smoleńsku – wszystko to, co działo się i dzieje wokół całej tej sprawy. Fakt, iż polskie media są coraz biedniejsze, a redakcje nie były przygotowane na wydarzenie o tak ogromnej sile rażenia, nie tłumaczy wcale zadziwiającej inercji dziennikarzy. Owszem, swego czasu powstało bardzo wiele świetnych materiałów na temat Smoleńska, ale w obliczu wydarzenia o tak olbrzymiej skali to zdecydowanie za mało.

Kto z kim tańczy
Podziały w środowisku dziennikarskim istnieją od zawsze. Jednak takiej wyrwy, jaką wytworzył Smoleńsk, dotąd nie było. Powstały dwie sekty, które nie tyle się zwalczają, ile funkcjonują obok siebie w dwóch różnych światach. A ci, którzy dokonują heroicznej próby wybicia się ponad podziały i usadowienia się na murze granicznym oddzielającym dwie zwaśnione strony konfliktu poddawani są dokładnie tym samym regułom, co uczestnicy sporu.

Jeden z profesorów sympatyzujących z prawicą pisał: „Nie potrzeba nam więcej jedności, lecz umiejętności właściwego obchodzenia się z różnicami”. Wydaje się być to celną uwagą, zwłaszcza w obliczu pytania: czym w zasadzie jest jedność? W mediach takie pojęcie nie istnieje, to jasne. Lecz gdyby wpisać te rozważania w kontekst kulturowy, etyczny, to ogólna refleksja nad „właściwym obchodzeniem się z różnicami” jest jak najbardziej zasadna. Chodzi tu o nic innego, jak wypracowanie w sobie elementarnej umiejętności dyskusji z drugim człowiekiem, bądź grupą osób o odmiennych od nas poglądach. Czy dziennikarze potrafią jeszcze dziś ze sobą rozmawiać? Odpowiedzi na to pytanie szukała Paulina Wilk w ciekawym tekście dla „Tygodnika Powszechnego” sprzed kilku miesięcy: „Na porozumienie różnych środowisk nie ma nadziei. Polskie media przypominają dziś wielką salę balową, w której przy oddalonych stolikach siedzą różne towarzystwa. Nie lubią się nawzajem i nie proszą do tańca. Bawią się świetnie, ale osobno. I w gronie potakiwaczy – jednomyślnych ekspertów, publicystów i jurorów – przyznają sobie nagrody, produkują własne wizje świata. Po czym przekazują je odbiorcom, którzy podzielają ich poglądy. Rynek mediów podzielił się na subkultury, radykalne i wzajemnie wrogie.”

Te kilka zdań idealnie oddaje obecny stan rzeczy. Po dwóch różnych stronach owej „sali balowej” mamy dwa wrogie sobie obozy, których wzajemna pogarda zdaje się zacierać granicę rozróżnienia na tych, którzy pełnią jeszcze rolę dziennikarzy, a tych, którzy już tylko wojują w imię partykularnych interesów określonych środowisk politycznych. Jedni są sługami Rosji, marionetkami Tuska i Putina, drudzy: cynikami grającymi tezą o zamachu zbijając na tym konkretny kapitał. Po prawej stronie: sekta smoleńska zanurzona w sosie pretensjonalnego mesjanizmu i męczeństwa, po lewej: sekta pancernej brzozy gasząca wszelkie odruchy wątpliwości. Pogarda dla jednych, nienawiść do drugich. I tak w kółko. Bal trwa. Społeczeństwo podpiera ściany.

TEMAT Z NAJNOWSZEGO WYDANIA DO

 

 

 

Dodaj komentarz