REPUBLIKA ŚMIERCI

On 28 lutego 2014 by DO

Jednego dnia kat jest oprawcą, następnego staje się ofiarą. Ofiara w odwecie pociąga za spust karabinu. Nie obowiązują żadne reguły. Republika Środkowoafrykańska stoi na krawędzi ludobójstwa.

źródło: metronews.fr

źródło: metronews.fr

Ile osób zginęło? Dokładnie nikt nie odważy się powiedzieć. Wśród zabitych są kobiety i ludzie wiekowi. W brutalnych okolicznościach z życiem żegnają się dzieci. Umierają, choć nie zdążyły jeszcze poczuć zapachu beztroski. Poznały za to woń prochu i ludzkich ciał w rozkładzie. Poznały smak krwi i okrucieństwa. Czy Afryka doczeka się spokoju? Jak dotąd na pokój się nie zanosi.

Republika zapomniana

Położona w centrum kontynentu, Republika Środkowoafrykańska jest jednym z najbiedniejszych i najbardziej zacofanych państw świata. Na powierzchni dwa razy większej od terytorium Polski żyje zaledwie 4 miliony ludzi. Mniej więcej połowa z nich to  czarnoskórzy chrześcijanie; około 10-15 proc. stanowią muzułmanie.

Przekonanie, że wojna domowa w Republice Środkowoafrykańskiej ma podłoże wyłącznie religijne jest daleko idącym uproszczeniem. To prawda, że muzułmanie walczą z chrześcijanami, a chrześcijanie z muzułmanami. Jednak wojna cywilizacyjna między islamem a chrześcijaństwem nie usprawiedliwia ogromu ludzkiej tragedii. Czynniki etniczne też nie tłumaczą wszystkiego (Republikę Środkowoafrykańską zamieszkuje blisko 80 grup etnicznych). W grę wchodzi gospodarka i walka o władzę. Niebagatelne zdają się być różnice między bardziej rozwiniętym Południem, zamieszkanym głównie przez chrześcijan, a zapomnianą i ekonomicznie deprecjonowaną Północą, będącą siedliskiem ludów islamskich. Republika Środkowoafrykańska to też złoża złota, diamentów, ropy, uranu. Swoje dołożyła niespokojna, zaledwie pięćdziesięcioletnia historia.

Karabin w ręce dziecka

W Bangi – stolicy Republiki Środkowoafrykańskiej – panuje chaos. Znajduje się tu jedyny szpital pediatryczny w kraju. Trafił do niego jedenastoletni chłopiec, postrzelony w głowę w czasie napadu dokonanego przez nieznanych sprawców. Pocisk utknął w lewej części czaszki. Lekarze zdołali mu pomóc, ale jest jednym z nielicznych, którzy otrzymali ratunek. W tym samym szpitalu przebywają kilkuletnie dzieci z ranami po postrzałach na ramionach, dłoniach czy nogach. Jest ich ponad setka.

Kilkanaście dni temu przedstawiciele Amnesty International dotarli do Bouguere, wioski położonej na zachód od Bangi, a właściwie do tego, co po niej zostało. Wcześniej została zaatakowana. Mieszkańcy uciekli albo zostali zabici. Ocalała tylko jedenastoletnia muzułmańska dziewczynka. Znaleziono ją skuloną w kącie zniszczonego domostwa. Przerażoną, bezbronną. W pobliżu leżały szczątki rodziców i sąsiadów, przyciągające wygłodniałe psy. W takim otoczeniu przetrwała cztery doby, bez wody i jedzenia. W szoku, który odebrał jej zdolność mowy.  

Według oficjalnych statystyk UNICEF w ciągu ostatnich dwóch miesięcy celowo zabitych lub okaleczonych zostało co najmniej 133 dzieci. W samej miejscowości Boali, położonej na północny-zachód od stolicy, co czwarta ofiara to dziecko. Organizacje niosące pomoc humanitarną działają przede wszystkim w rejonie stolicy i większych skupisk ludzi. Na prowincję, do mikroskopijnych osad rozsianych po afrykańskim buszu, nie są w stanie dotrzeć.

Sprzeczne są próby tłumaczenia przyczyn ataków na najmłodszych. Jedni mówią o przypadkowości, gdy ginie każdy, kto nieszczęśliwie pojawi się na drodze napastnika. Zwłaszcza pod osłoną nocy, kiedy strzały padają na oślep. Inni widzą działanie celowe. Bezbronne dziecko stanowi najłatwiejszy cel.

Dzieci nie tylko giną. Dzieci też strzelają. Obie strony konfliktu rekrutują je do swoich szeregów. Zaciągnięciem do grup zbrojnych najbardziej zagrożone są te z nich, które w wyniku walk zgubiły się albo zostały rozdzielone od rodziców i pozostają bez opieki. Według najnowszych szacunków nawet 6 tysięcy nieletnich może brać czynny udział w konflikcie (dane UNICEF ze stycznia 2014 roku). Zagubienie i niepewna przyszłość, rozpacz po stracie najbliższych sprawiają, że dzieci te są podatne na manipulacje i w konsekwencji dają się wykorzystywać.

Nie tylko zabójstwa

Cierpienie dzieci to jedna z wielu kart środkowoafrykańskiego konfliktu. Wojnie towarzyszy skrajne ubóstwo, rozprzestrzeniają się choroby, realny jest wybuch epidemii. Mieszkańcy zapadają też na ślepotę: brak wody pitnej wymusza korzystanie z wody w rzekach, w których rozprzestrzeniają się bakterie powodujące uszkodzenie nerwu wzrokowego. 

Wśród zabitych są cywile, kobiety, starcy. W wyniku napaści i podpaleń całe wsie znikają z powierzchni ziemi. Ludziom, jeśli uda się przeżyć, nie zostaje nic. Muszą uciekać. Już ponad milion osób, czyli jedna czwarta mieszkańców kraju, przebywa na uchodźstwie. Ci, którzy zostali, żyją w ciągłym strachu. W każdej chwili mogą zostać zaatakowani. Napastnicy są uzbrojeni w karabiny i granatniki, w ruch idą maczety. Są wyjątkowo brutalni. Mordują, by potem zbezcześcić zwłoki. Niosące pomoc organizacje na swoich stronach internetowych dokładnie opisują to, co zastały na miejscu zbrodni. Przypuszcza się, że może dochodzić do aktów kanibalizmu. Na razie potwierdzono jeden, zarejestrowany przez kamerę. Świadkiem był korespondent BBC. Nagranie jest dostępne w serwisie internetowym brytyjskiej telewizji…

Półwiecze dyktatorów

Pierwszoplanowym motywem konfliktu – mocno eksponowanym w mediach, bo i najłatwiej wytłumaczalnym – jest wojna religijna między chrześcijanami a muzułmanami. Ale i jedni, i drudzy walczą o władzę. Eskalacja przemocy nastąpiła w marcu ubiegłego roku. Do tego czasu na czele państwa stali przywódcy chrześcijańscy z Południa. Od momentu powstania niepodległej republiki w 1960 roku, krajem rządzili dyktatorzy z imperialnymi dążeniami i chęcią zbicia prywatnej fortuny.

W pamięci szczególnie zapisał się weteran z czasów drugiej wojny światowej, pułkownik  Jean-Bédel Bokassa. Jego trzynastoletnie rządy wpierane przez Francję to jedna z czarnych kart historii afrykańskiego państwa. Bokassa posunął się najdalej. Zafascynowany Napoleonem, w 1977 roku sam zasiadł na, sprowadzonym specjalnie z Paryża, trzy i półmetrowym tronie ze złota w kształcie rozpostartych skrzydeł orła, a republikę zamienił na Cesarstwo Środkowoafrykańskie. Koronacja kosztowała, bagatela, 22 miliony dolarów a sam Bokassa na co dzień pławił się w luksusach. Wszystko to w kraju, w którym ludzie umierają z głodu na ulicach i za zgodą Francji. Samozwańczy cesarz zasłynął z osobliwych upodobań. Publicznie pokazywał się w specjalnie zaprojektowanym mundurze umożliwiającym wyeksponowanie jak największej ilości odznaczeń – głównie przyznanych samemu sobie. Choć swoim poddanym zakazał poligamii, miał siedemnaście żon. Na pamiątkę z podróży przywoził nowe kochanki. Ponoć blisko przyjaźnił się z Valéry Giscard d’Estaing’iem, dla którego miał stworzyć specjalny rezerwat do polowania na słonie. W 1979, po ujawnieniu informacji o wydaniu przez Bokassę wyroku śmierci na sto dzieci, które nie chciały nosić specjalnych mundurków, miarka się przebrała. Francja zdecydowała się na obalenie okrutnego dyktatora a na szczyt powrócił niewiele mniej bezwzględny David Dacko. W 1993 roku został odsunięty od władzy na drodze przewrotu. Nastał czas prezydenta Ange-Felix Patasse. Wtedy też nastąpiła widoczna polaryzacja społeczeństwa środkowoafrykańskiego. Rok 2005 przyniósł kolejny zamach stanu. Głową państwa został François Bozizé, który sprawował władzę do przełomowego marca 2013 roku, kiedy to miały miejsce wydarzenia będące bezpośrednią przyczyną dzisiejszego piekła.

Państwo upadłe

Przez pięćdziesiąt lat Republika Środkowoafrykańska była świadkiem puczów, pozorowanych wyborów, pogromów i zbrodni w imię władzy. Mimo to chrześcijanie i muzułmanie byli w stanie współegzystować obok siebie we względnym spokoju. Aż do tragicznego w skutkach marca. Islamscy rebelianci z Seleki (w języku sango to sojusz, przymierze) po kilkutygodniowym oblężeniu stolicy, obalili prezydenta Bozizé i zaprowadzili własne porządki. Pierwszym muzułmańskim przywódcą kraju został Michel Djotodia.

Od tej chwili liche państwo zaczęło upadać. Pogłębiającą anarchię wykorzystali lokalni partyzanci i watażkowie. Ich łupem padało wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Djotodia utrzymał wpływy jedynie w Bangi. Chaos wewnętrzny przyciągnął bandytów z sąsiedniego Czadu i Sudanu Południowego. Jesienią rozgorzały walki na tle religijnym. Muzułmanie z Seleki wystąpili przeciwko chrześcijanom. Ci przystąpili do odwetu, formułując własne bojówki, zwane Antybalaka (Anty-maczeta). Oko za oko, ząb za ząb, śmierć za śmierć. Tylko w grudniu, w walce o stolicę, zginęło tysiąc osób.

Pod koniec ubiegłego roku w Bangi wylądowali francuscy żołnierze. Mieli zapanować nad sytuacją, tymczasem spirala terroru nakręciła się ponownie. Chrześcijanie, widząc jak przybyli żołnierze rozbrajają muzułmanów, przystąpili do kontrataku. Muzułmańskiego prezydenta zmuszono do oddania władzy. Antybalaka przyjęła tę wiadomość skandując: „Dziś zabijemy muzułmanów”. I nie były to słowa bez pokrycia.

 Tymczasowe rządy w kraju powierzono chrześcijance, Catherine Samba-Panza. Była burmistrz Bangi, uznawana za otwartą, miała zapanować nad bezkrólewiem. Od razu po wyborze zaapelowała o zaprzestanie walk; chwilę później, kilka metrów od miejsca w którym przemawiała, zlinczowano kolejnego człowieka.

W tym roku mija dwadzieścia lat od ludobójstwa w Rwandzie. Między kwietniem a lipcem 1994 roku zginęło od 800 tysięcy do miliona ludzi. Dzisiaj u progu ludobójstwa stoi Republika Środkowoafrykańska. A mieszkańcy modlą się jedynie o to, by doczekali się wreszcie spokojnego snu i poranka. 

//Aleksandra Gieracka

Dodaj komentarz