ROMEO I… MALTA!

On 25 czerwca 2013 by Katarzyna Waligóra

Kuratorem tegorocznej edycji poznańskiego festiwalu Malta został jeden z najgłośniejszych europejskich reżyserów – Romeo Castellucci. Będzie okazja, żeby bliżej przyjrzeć się jego kontrowersyjnej twórczości, a także zobaczyć trochę naprawdę dobrej sztuki.

źródło: malta-festiwal.pl

źródło: malta-festiwal.pl

Co roku na Maltę przyjeżdżają artyści z całego świata, którzy przez kilka tygodni (tym razem od 24 czerwca do 20 lipca) pokazują swoje osiągnięcia. Malta to nie tylko teatr – program festiwalu, jak zawsze, podzielony został na pięć działów: teatr, muzyka, taniec, film i sztuki wizualne. Oprócz projekcji, trzech koncertów i szeregu spektakli, zaplanowano także spotkania z artystami, dyskusje i warsztaty dla dzieci. Przez miesiąc w Poznaniu nie sposób się będzie nudzić, bo na Malcie każdy znajdzie coś odpowiedniego dla siebie.

            W tym roku w festiwal wpisany został idiom CZŁOWIEK-MASZYNA (OH MAN, OH MACHINE). W tekście kuratorskim Castellucci napisał: „[…] chcemy przyjrzeć się paradoksalnym aspektom obecności technologii między nami, w nas i dla nas, przez pryzmat słowa technè, którym w starożytnej Grecji określano sztukę. Jeśli technè oznacza sztukę, to trzeba ponownie nadać znaczenie słowu maszyna, które przestaje mieć funkcję jedynie użytkową. Maszyna może stać się metaforą samego życia, jeśli zostaje ono ujęte w ramy reprezentacji.”  W poszukiwania miejsca maszyny w naszej rzeczywistości włączy się głośna grupa Needcompany swoim spektaklem „Mush-room” (25 i 26 czerwca). Needcompany tworzą artyści z wielu krajów, mówiący różnymi językami i fascynujący się różnymi zagadnieniami z zakresu sztuk teatralnych. Oprócz „Mush-room” grupa zaprezentuje jeszcze jedną produkcję – „Marketplace 76” (28 i 29 czerwca).

            Niezaprzeczalną gwiazdą festiwalu będzie jednak przede wszystkim Włoch, Romeo Castellucci. Nie ukrywam, że jego teatr głęboko mnie fascynuje i porusza a każdy spektakl jest dla mnie silnym doświadczeniem emocjonalnym i wizualnym. Wiadomość o tym, że to on zostanie kuratorem festiwalu przyjęłam z radością. Nie spodziewałam się jednak, że organizatorzy zadbają o to, żeby w trzy dni można było całkiem nieźle poznać jego twórczość. Spektakl będzie jeden – „The Four Seasons Restaurant” i będzie go można zobaczyć trzy razy, od 24 do 26 czerwca. W dniach od 25 do 27 czerwca zaplanowano jednak trzy projekcje nagrań najważniejszych i najgłośniejszych przedstawień reżysera.

            Castellucci studiował historię sztuki i scenografię. Mówię to nie po to, żeby przybliżyć jego biografię, ale dlatego, że ta informacja ma podstawowe znaczenie dla jego teatru. Socìetas Raffaello Sanzio tworzy razem z żoną Chiarą Guidi i siostrą Claudią Castellucci. Od dawna, to znaczy od trzydziestu dwóch lat. W tym czasie zdążył zdobyć uznanie i wypracować bardzo wyrazisty język artystyczny. To, co robi Castellucci, nieustannie balansuje na granicy akceptacji i odrzucenia publiczności. Jego strategia artystyczna jest silna, skuteczna i kontrowersyjna. To ciekawe, bo Castellucci absolutnie nie robi teatru politycznego, w znaczeniu zaangażowania w aktualne wydarzenia. To, co go interesuje jest znacznie bardziej uniwersalne i ponadczasowe. Gdybym miała wskazać kilka najważniejszych tematów jego teatru, to na jednym z pierwszych miejsc postawiłabym zagadnienie widzialności. Castellucci bardzo często pokazuje publiczności to, czego nie chce się oglądać – szczególnie dotyczy to kwestii ciała w całej jego fizycznej słabości. To, co budzi wstręt, ale także to, co nakazuje odbiorcy przekroczenie granicy wstydu (bo dane nam są do widzenia rzeczy niesłychanie intymne), sąsiaduje w tym teatrze z pięknem sztuki oraz ze wspaniałą plastyczną kompozycją przedstawienia. W 2011 roku we Wrocławiu mieliśmy okazję obejrzeć spektakl „O twarzy. Wizerunek Syna Boga” w ramach festiwalu Dialog. To pierwsza część cyklu, do którego należy także prezentowane na Malcie „The Four Seasons Restaurant”. „O twarzy…” w Polsce miało dobre przyjęcie, chociaż po każdym z dwóch pokazów publiczność wychodziła skrajnie podzielona (wielu zresztą opuściło salę w trakcie trwania przedstawienia). We Francji tymczasem, a potem także we Włoszech i na Litwie, spektakl wzbudził falę protestów, prowokowanych przez organizacje katolickie i prawicowe. Co okazało się tak bardzo nie do przyjęcia? Wstręt, jaki budzi pokazane z całą bezwzględnością ciało starego mężczyzny, który ma problemy z utrzymywaniem stolca. Przede wszystkim jednak rozegranie pierwszej bardzo długiej, bo aż czterdziestominutowej sceny poniżenia i opieki (syna nad starym ojcem) na tle wielkiego obrazu Chrystusa pędzla Antonello da Messiny. Spojrzenie Jezusa na wizerunku przenikało widzów i wszystkie sceniczne działania. W kolejnych sekwencjach spektaklu (co także budziło niesłychany sprzeciw), obraz był niszczony – gest obrazoburczy krzyżował się z gestem modlitewnym, rozpacz mieszała się z zawierzeniem, bunt przeciw skandaliczności cierpienia łączył z aktem ufności i pokory. Granice tego, co dopuszczalne do oglądania zostały naruszone i widz musiał się, albo na to zgodzić, albo całkowicie odrzucić przedstawienie. W „O twarzy…” Castellucci raz jeszcze pokazał, że chce odnowić dialog pomiędzy religią a sztuką, że jego wizja świata otwiera się w kierunku transcendencji i doświadczenia mistycznego (nieprzyjmowanego jednak bezkrytycznie). W tym także reżyser jest swoistym fenomenem – próbuje na nowo zespolić sfery, artystyczną i sakralną, które od lat wydają się coraz bardziej od siebie oddalać.

 

źródło: gazeta.pl

źródło: gazeta.pl

„The Four Seasons Restaurant”, które będzie można zobaczyć już wkrótce w Poznaniu, nie jest spektaklem, który moglibyśmy oskarżyć o prowokacyjność. Castellucci ponownie koncentruje swoje poszukiwania na zagadnieniu wizerunku, w zakresie kompozycji przedstawienia zbliża się jednak bardziej do „Inferna” z cyklu „Boska komedia” niż do „O twarzy…”. Ponownie też czerpie inspiracje z historii sztuki. Restauracja The Four Seasons znajduje się w Nowym Yorku i jest jednym z droższych i bardziej ekskluzywnych lokali w tym mieście. Na ścianach bogatych sal miał zawisnąć cykl obrazów jednego z najpopularniejszych wtedy malarzy – Marka Rothko. Rothko maluje więc wielkie płótna porażające swoim ładunkiem emocjonalnym, ciężkie, ponure, w ciemnych barwach – artysta chce, żeby gościom ekskluzywnej restauracji obrzydzały każdy posiłek. Będąc w Nowym Yorku idzie jednak na kolację do The Four Seasons – po tej jednej wizycie, decyduje, że jego prace nigdy tu nie zawisną. Kontrakt zostaje zerwany. To właśnie ten gest artysty zainspirował Castellucciego do stworzenia spektaklu i jednocześnie zadecydował o jego tytule. Plastyka obrazów Rothka niewątpliwie oddziałała na całość przedsięwzięcia, chociaż w spektaklu nie pojawi się ani jeden obraz malarza.

            Kto chciałby szukać w przedstawieniu jakiejkolwiek spójnej narracji, od razu może dać sobie spokój. Tutaj żaden sens nie jest pewny i żaden nie jest dany z góry – jesteśmy na obszarze całkowicie niejasnym i co gorsza, jesteśmy zdani tylko na siebie. Odczytywanie spektaklu musi więc ulec zmianie – idąc tropem Didi-Hubermana, proponowałabym przyglądanie się mu tak, jak interpretuje się marzenia senne w psychoanalizie freudowskiej. Spektakl zaczyna się od ciemności i ogłuszającego szumu – Castellucciego od jakiegoś czasu fascynuje pustka czarnej dziury, ale ten pierwszy obraz możemy skojarzyć też z wrażeniami, jakie niekiedy wywierają obrazy Marka Rothko. Kurtyna się unosi – widzimy pomalowaną na biało salę gimnastyczną. Pojawia się kobieta w stroju przypominającym te, noszone przez amiszów. Staje twarzą do widowni – chwila wahania i wewnętrznej walki, po której odcina sobie język. Czerwony kawałek spada na podłogę (od razu zapewniam – jesteśmy w teatrze, tu nic nie dzieje się naprawdę, nawet jeśli u Castellucciego to często nie jest oczywiste). Przychodzą kolejne kobiety, każda powtarza decyzję pierwszej – są piękne, młode, przywodzą na myśl obrazy Botticellego. Potem tworzą rytualny krąg, a wpuszczone na scenę psy zjadają szczątki języków. Teraz rozpoczyna się recytacja. W spektaklu wykorzystany został tekst Hӧlderina „Śmierć Empedoklesa” (nigdy nietłumaczony na polski). Słowa odbiegają jednak od aktorek, słyszane przez głośniki dochodzą do widza z wyraźnym opóźnieniem. Po tej scenie nastąpi cykl sekwencji plastyczno-technicznych. Maszyny wprawione w ruch pracują na olśniewający efekt wizualny końcówki. Pozostajemy w sferze niejasności, domysłów, skojarzeń – musimy poddać się plastyce, pozwolić, żeby tak jak w przypadku obrazów Rothka, to emocje, nie intelekt, były naszymi przewodnikami.

            Jak już wspominałam, w czasie festiwalu będzie można obejrzeć także trzy projekcje najważniejszych spektakli Castellucciego: „Juliusza Cezara” (osławionego przez teoretyków teatru z Eriką Fischer-Lichte na czele i przez emocjonującą dla wielu wiadomość, że jedną z ról gra aktor po tracheotomii), „Tragedię Endogonidię” i „Boską komedię”. To ostatnie, to cykl trzech przedsięwzięć artystycznych – dwóch spektakli i jednej instalacji. „Inferno” – oniryczna podróż, w której poetyka wizualnego kolażu wyznacza rytm kolejnych sekwencji. Ponownie spektakl niejasny, niemożliwy do wyłącznie intelektualnego odbioru. Zupełnie inny charakter ma „Purgatorio”. To przedstawienie bardzo narracyjne, pokazujące traumatyczną prawdę o życiu jednej rodziny. Muszę przyznać, że nie lubię tego spektaklu, bo drażni mnie stosunek do widza jaki w nim zauważam. Prowadzenie odbiorcy za rękę, wpisana w przedsięwzięcie dość płytka prowokacyjność, wspomniana silna narracyjność – wszystko to odbiega od tego, w czym Castellucci sprawdza się najlepiej. Nie znaczy to jednak, że „Purgatorio” nie jest godne uwagi, wielu ma zresztą do niego stosunek prawie nabożny. Ostatnią częścią cyklu jest instalacja „Paradiso”, która została zrealizowana w dwóch wersjach. Nagranie obejmuje kilkuminutowy zapis dający ogólne wyobrażenie o przestrzeni, jaka miała oddziaływać na odbiorcę.

            Teatr Castellucciego, który porusza i prowokuje do skrajnych opinii, jest na pewno jednym z najbardziej godnych uwagi zjawisk europejskiej sceny. Ci, którzy zdecydują się pojechać do Poznania będą mieli okazję się o tym przekonać. Chyba warto, bo ta Malta jest przecież całkiem niedaleko od domu.

Comments are closed.