ROSYJSKA PODRÓŻ PRZEZ UKRAINĘ

On 29 września 2015 by DO

Historie opowiadające o tym, jak na Ukrainie traktowani są Rosjanie, są bardzo popularne w rosyjskich mediach. Jednak, w związku z rozpoczętą medialną ofensywą, stopniowo przestajemy wierzyć w te opowieści na słowo i zaczynamy wszystko sprawdzać na własnej skórze.

fot. Alisa Udodik

fot. Alisa Udodik

Nie musiałam długo szukać powodu do podróży na Ukrainę. Mam tam wielu krewnych, z którymi wcześniej  komunikowanie się było dosyć trudne z powodu dużej odległości dzielącej nas. Teraz, kiedy wyjechałam z Rosji na studia do Polski, stałam się odpowiedzialna za odwiedzenie naszej rodziny za wschodnią granicą.

Zaplanowana trasa nie była zbyt długa i początkowo myślałam, że będzie wyglądać nieco inaczej. Jednak z powodu niespodziewanych zmian, pierwszym celem mojej podróży została Winnica. Dojeżdżając do przejścia granicznego z Ukrainą byłam bardzo przerażona. Wcześniej przechodziłam tę granicę razem z moim wujkiem, rodowitym Ukraińcem, dzięki czemu czułam się pod ochroną. Teraz po raz pierwszy jechałam na Ukrainę sama i nie wiedziałam, czego, oprócz paszportu, mogą potrzebować ode mnie na granicznym punkcie kontrolnym. Ludzie na tym świecie są różni – kto wie, co komu do głowy przyjdzie. Miałam jednak szczęście.

Pani oficer zaprosiła mnie na rozmowę i zadała kilka pytań (niektóre dotyczyły nawet  znajomości geografii Ukrainy). Zapytała czy mam jakiekolwiek zaproszenie od krewnych, do których jadę. Nie miałam. Nigdy wcześniej nie potrzebowałam żadnego zaproszenia, żeby wjechać na Ukrainę. Dzięki Bogu nagle przypomniałam sobie, że mam bilet z Kijowa do Tomska. Wcześniej latałam z Warszawy, ale teraz, z powodu kryzysu, takie loty są bardzo drogie, więc pomyślałam, że pojadę na Syberię prosto z Kijowa. Możliwe, że właśnie dlatego przepuścili mnie przez granicę. Obiecywałam, że wyślę bilet, jak tylko będę na miejscu.  Do mojego czerwonego paszportu odnieśli się dość obojętnie.

Żółto-niebieska magia 

Za każdym razem, kiedy wjeżdżam na Ukrainę, pierwszą rzeczą, która rzuca mi się w oczy jest  niebiesko-żółta kolorystyka. Kolory flagi ukraińskiej są wszędzie. Kolorują wszystko, co może zostać pomalowane – mosty, ogrodzenia, słupy. Jednak najważniejsze jest to, że kolory flagi można zaobserwować w naturze: pola pszenicy i błękitne niebo jest wszędzie na Ukrainie i nie trzeba więcej nic malować.

Jak już wspominałam, pierwszym przystankiem na mojej liście była Winnica. Miasto, w którym znajduje się słynna fabryka  słodyczy „Roshen” oraz pływająca fontanna, uznana za największą w całej Europie. Latem jest ona czynna każdego dnia. Udałam się tam w środę, nie spodziewając się nawet, że może być tam tak duża ilość ludzi w dzień powszedni. Jeśli założyć, że turystów na Ukrainie nie ma aż tak dużo, to wszystko stawało się jeszcze bardziej niesamowite. Wydawało się, że przebywało tam wówczas całe miasto. Ludzie siedzieli, patrzyli na publiczne występy. Hostessy sprzedawały bombki z narodową symboliką. Życie płynie tu swoim zwyczajnym tempem.

Emocje wciąż żywe

Kolejnym przystankiem był Kijów. Jak to się mówi, matka ruskich miast. Miasto, od którego wszystko się zaczęło. Ja od razu się w nim zakochałam. Chociaż nie, kłamię, pewnie nie od razu, ale już po wyjeździe zrozumiałam to na pewno – to jest moje. Coś niesamowitego!

W centrum Kijowa wciąż żywe są wydarzenia, które zmieniły życie kraju. Na samym Majdanie zorganizowano wystawę zdjęć z wydarzeń, które miały miejsce w 2013 i na początku 2014 roku. Turyści ostrożnie patrzą na fotografie, a wolontariusze zbierają pieniądze na pomoc dla wojska. Oczywiście, nie jest wykluczone, że niektórzy z nich po prostu starają się wzbogacić na tej sytuacji, ale to dzieje się wszędzie i niemożliwe jest, by tego uniknąć.

W Kijowie mieszkałam na przedmieściach. Znajomi, którzy mnie przyjęli, opowiedzieli mi jak dostać się do ich domu z centrum. Trzeba było najpierw jechać metrem do przedostatniej stacji, a potem  autobusem. – „Ale lepiej późno nie wracać” – powiedziała mi koleżanka – „sytuacja teraz jest niespokojna, ludzie się stresują. Nie wiadomo, co mogą wymyślić. Chłopaki teraz przyjeżdżają z Donbasu, to szok na całe życie.”

Rosyjsko-ukraińska rzeczywistość

Do mojej rosyjskiej mowy Ukraińcy odnosili się też dość spokojnie. Nikt, oczywiście, nie cieszył się z tego, że mówię po rosyjsku w ukraińskiej stolicy, ale nikt nie był przerażony. To jest po prostu normalne, że ludzie tutaj mówią po rosyjsku, chociaż w tej trudnej sytuacji wszyscy starają się przejść na język ukraiński.

W Kijowie brałam udział w konferencji, podczas której większość uczestników stanowili Ukraińcy. Jednak udało mi się znaleźć i kilka osób z Rosji. Ku mojemu zdziwieniu, mimo nawet różnych opinii, między Ukraińcami i Rosjanami toczy się żywa dyskusja. Ludzie chcą rozmawiać z ludźmi, a nie słuchać telewizyjnych bajek.

Po powrocie do domu, opowiedziałam bliskim o tym, że na Ukrainie wszystko w porządku, i że w centrum Kijowa już nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Mimo to niektórzy z tych, którzy słuchali moich opowieści, wątpili w ich prawdziwość i pozostali wierni telewizyjnym doniesieniom. Nawet gdy mówiłam im: „Oto jestem, nietknięta. Jestem tutaj!”, nic nie pomagało. Minie jeszcze wiele czasu, zanim takie prawdziwie historie będą interesujące nie tylko dla Europejczyków, ale również dla Rosjan.

//Alisa Udodik

Comments are closed.