ROZPOŁAWIANIE NA CZWORO

On 2 grudnia 2014 by Kamil Popiela

„Grówno!” to pierwsze słowo jakie padło ze sceny kameralnej Narodowego Starego Teatru w Krakowie. Chyba nie tak wyobrażali sobie wszyscy słynne „Merdre!” ze skandalicznej premiery Ubu Król w Theatre de l’Oeuvre z 1896 roku. Skandal był to kompletny. 

10841128_10203113705828511_722641580_n

„Grówno!” to pierwsze słowo jakie padło ze sceny kameralnej Narodowego Starego Teatru w Krakowie. Chyba nie tak wyobrażali sobie wszyscy słynne „Merdre!” ze skandalicznej premiery Ubu Król w Theatre de l’Oeuvre z 1896 roku. Skandal był to kompletny.

Od dyrektorstwa kontrowersyjnego Jana Klaty mamy do czynienia z „Nowym w Starym”. W ubiegłym sezonie doszło do koprodukcji reżysera z festiwalem muzyki elektronicznej UNSOUND, której efektem był wybitny Król Edyp. W tym roku sytuacja się powtarza, a w ramach sezonu poświęconego Jerzemu Jarockiemu jest to właśnie Król Ubu, do którego w 1991 roku Jarocki napisał libretto według sztuki Alfreda Jarry’ego dla opery Krzysztofa Pendereckiego.

Pełny tytuł sztuki napisanej przez szesnastoletniego Francuza brzmi Ubu król czyli Polacy. Zrozumienie samego dramatu jest kluczowe dla zrozumienia sztuki. Napisana językiem przepełnionym obrzydliwościami, drwiną, prostotą, infantylizmem, zupełnie nie nadaje się na scenę, a już na pewno nie XIX- wieczną Francję. Trochę jeszcze brakowało do pełnej akceptacji Teatru absurdu, groteski i surrealizmu, którego Jarry był przecież prekursorem. Druga część tytułu z naszego punktu widzenia jest na pewno dużo ciekawsza. „Straszliwy paszkwil na Polskę- chodziły słuchy” pisze w przedmowie Tadeusz Boy- Żeleński, ale „chodzące słuchy” to zawsze są największe zmory ludzkości, bo rzecz dotyczy Polski fantazyjnej i wymyślonej, Polski której nie ma. Pewne uniwersum możemy odnieść również do samych postaci, kolei wydarzeń tak archetypicznych, że niełatwo będzie nam znaleźć drugą, równie aktualną sztukę sprzed dwóch wieków. Szkoda, że niektóre narody mogą łatwo podejść do niej z dystansem, a to wciąż, nawet bez specjalnie wybujałej wyobraźni, obraz nas, polskość wieczna, zdaje się mówić reżyser.

Potworny Ubu jest ponoć stylizacją postaci jednego z profesorów autora. Uosabia wszystkie złe cechy, jakie możemy sobie tylko wyobrazić: głupotę, wulgarność, chamstwo, brutalność i chciwość. Swoją żonę Ubicę, równie paskudną postać, wita słowami „Bardzo dziś jesteś brzydka, moja żono. Czy to dlatego że mamy gości?”.  Dzieło jest efektem fantazji i wisielczego humoru, do którego zdolny mógł być tylko zuchwały i cyniczny uczeń, bo kto z taką łatwością pokusi się o połączenie zamachu stanu, morderstwa królewskiej rodziny, historycznych dziejów z tak pospolitym językiem i brutalnymi postaciami? Z groteską mamy tu do czynienia na każdej płaszczyźnie i do dziś trwają spory, czy jest to dzieło na miarę Szekspira, czy zwykła, uczniowska bajka.

Pochwała gupoty

Jan Klata wręcz przekopiował poziom sztuki do swojej inscenizacji. „Plądrowanie ruin”, jak mówi o swoim spektaklu i nie trudno się z nim nie zgodzić. Na środku sceny stoi toaleta zamiast tronu, do złudzenia przypominająca królewskie siedzisko z popularnego serialu Gra o Tron, jednakże zamiast mieczy, toaletę okala sieć kanalizacyjna. Tarczą króla Ubu jest deska klozetowa z wizerunkiem tygrysa, mieczem, ku oczywiście wielkiemu zaskoczeniu, szczotka klozetowa. Korona króla Wacława, o którą pokusi się Ubu jest gumowa, tak samo jak pstrokate miecze (i maczugi) armii, którymi groteskowo w scenie walki tłuczemy Ruskich. Nie mogło zabraknąć nieśmiertelnych skarpetek w sandałach i kiczowatych morsko- różowych, lycrowych strojów sportowych. Autorski pomysł reżysera? Nic z tych rzeczy, sam Jarry we wskazówkach do wystawienia swojego tekstu pisał, aby zastosowano bezczelną i zdemistyfikowaną farsę. W oryginale sceny jazdy konnej symbolizować miała tekturowa głowa konia założona na szyję aktora, tłum ludzi pokazywany był za pomocą jednego aktora („tłumy ludzi śmierdzą i paraliżują intelekt”, jak pisał sam Jarry), zastosowanie karykaturalnych, ponadczasowych masek i strojów to tylko kilka przykładów. Autor chciał, aby to ówczesna premiera i ówczesny l’Oeuvre scentralizowały wszystkie teatralne innowacje, zrywając z tradycją. Nie dziwna jest w tym kontekście atrakcyjność dramatu dla Jana Klaty, który swoimi spektaklami stara się wdrożyć w polską scenę element rozrachunku z narodową mitologizacją. Najwyraźniej zapomniał, lub nie chciał pamiętać, że to, co Jarry zrobił, owszem, szokowało ale w 1896 roku. Sceny kopulacji, postać królowej  Rozamundy, żony Wacława granej przez Błażeja Peszka, stylizowanej na słynną Conchitę Wurst, czy sztuczne łajno orle, które spada na Ubu, aby zaraz na scenie pojawiło się godło z białym ptakiem w koronie, to tylko kilka elementów zdawałoby się przykrywkowej profanacji. Scenografia nowego Ubu to niskobudżetowe wizerunki królów, rusztowanie w głębi sceny, dobrze nam znane, narodowe hasła („Pamiętamy”) i obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, w który głowę wsadza Paulina Puślednik, grająca Ubicę. Oczywiście sztukę można potraktować całkiem poważnie i ogłosić kolejny spektakl demityzujący polskość, brutalnie ukazujący przypadkowość i bezkarność władzy i polityki pod pozorem farsy, bliżej tu jednak do dzieła o charakterze groteski nad groteskami, tępej, bezmyślnej, ludowej fraszki. Tępe i płytkie żarty, które wręcz urągają inteligencji widza i tak bawią. Oczywiście nie wywarzają, choćby przez samego reżysera w dużo bardziej wyrafinowany sposób, już dawno wywarzonych drzwi. Dyrektor teatru wyciąga kwintesencję z groteskowych elementów wszystkich swoich technik i podaje na scenie w 2 godziny. Mamy przerysowane postacie, dużo ruchu, groteskowo przeżywane niebezpieczne przygody, prostą choreografię, anachroniczną muzykę. Zwykle sam Klata dobiera piosenki, które wwiercają się w głowę bardzo głęboko nie tylko (i nie zawsze) dlatego, że są ciekawie przekształcone, ale głównie dlatego że natychmiast uderza nietypowo dobrany repertuar, pozornie niepasujący do okoliczności. Jak to w przypadku zeszłorocznego Króla Edypa za muzykę odpowiedzialny jest już profesjonalny artysta, w tym wypadku James Leyland Kirby. Burzy rytm, tonacje, zwrotkę zamienia z refrenem i hity lat 80. (leitmotiv Archiwum X, Final Countdown, Chariots of Fire) są wciąż znane, ale już całkiem nowe. I choć jest to dobre, mimo wszystko muzyka samego reżysera prezentuje się ciekawiej. Dużym zawodem jest także choreografia, tutaj sprowadzona do szczątkowej wersji, zwykle intrygujący przerywnik spektakli. Samych aktorów oceniać nie sposób, zagrali na tyle, na ile pozwolił tekst i wytyczne estetyki. Kabaretowo.

Genialna, a może żenująca szopka? „Mówić rzeczy zrozumiałe – to obciąża umysł i deformuje pamięć, podczas gdy absurd ćwiczy mózg i pobudza grę pamięci” takim mottem kierował się, nie tylko na płaszczyźnie literackiej, ekscentryk Alfred Jarry. Najwyraźniej Jan Klata wziął je sobie głęboko do serca. W końcu chodzi tu o bezsens.

//Wioletta Brzęcka

 

Comments are closed.