The Hobbit, czyli niekończąca się opowieść.

On 4 stycznia 2013 by Lidia Prokopowicz

Hobbit, czyli tam i z powrotem to książka dla dzieci, „próba pióra” przed napisaniem czegoś naprawdę dobrego. Kłaniam się nisko Peterowi Jacksonowi, który uznał ją za dzieło godne trzech osobnych części.

„Po co nam ten hobbit?”

Jest to pytanie, które zadają sobie w czasie akcji filmu The Hobbit: An Unexpected Journey krasnoludy, a przede wszystkim ich dzielny wódz – Thorin Dębowa Tarcza. Po co im w drużynie hobbit – Bilbo Baggins, który ani nie umie walczyć, ani jeździć konno i nawet, mimo zapewnień Gandalfa, nie jest włamywaczem?
Po co nam ten The Hobbit, pytam. Kiedy w końcu przestaniemy udawać, że „Tolkien wielkim pisarzem był”? Owszem, trylogia Władca Pierścieni była wybitna w swoich czasach. Warto spróbować przez nią przebrnąć, bo jest to tzw. „klasyka”, ale nie czarujmy się, reszta twórczości tego autora jest co najmniej niestrawna.Hobbit, czyli tam i z powrotem jest to książka dla dzieci, „próba pióra” przed napisaniem czegoś naprawdę dobrego. Kłaniam się nisko Peterowi Jacksonowi, który uznał ją za dzieło godne trzech osobnych części.

Trzy części.

Na początku nie chciałam uwierzyć. Przecież ta książka ma zaledwie 315 stron, czyli pięćdziesiąt dwie i pół kartki na jeden film. I jak twórcy chcą to rozegrać?
Być może zrobią tak: część pierwsza The Hobbit: An Unexpected Journey (2012) – pół filmu Bilbo się nie spodziewa, drugie pół podróżuje. Następnie The Hobbit: The Desolation of Smaug (2013) cały film smok będzie pustoszył. Swój udział wreszcie mieć będzie Benedict Cumberbatch (podłoży głos pod Smauga, oraz jeśli dobrze pójdzie pod Nekromantę). Ostatnia część The Hobbit: There and Back Again (2014) – bohaterowie będą zabijać gada, a potem Bilbo wróci do domu zahaczając o Rivendell i jaskinię trolli.
No tak wszystko ładnie, pięknie, ale skąd wziąć materiał na trzy filmy po minimum 180 minut każdy? Przecież coś się musi dziać. Powinni się pojawić jacyś antagoniści, arcywrogowie, przeklęte istoty i dodatkowi czarodzieje. No tak, – powiedzą pośledniejsi twórcy nędznych filmów- to żaden problem, wyssiemy ich z palca. Nie- odpowie Peter Jackson – ja znam każde słowo napisane przez Tolkiena, znajdę sobie odpowiednie postaci.

źródło: www.filmthrasher.com

źródło: www.filmthrasher.com

Postaci, o których nikt nie pamiętał.

Tolkien, stworzył niesamowite i wyjątkowo spójne uniwersum. Postaciom może i brak rysu psychologicznego, mają za to swoją historię, mają ją ojcowie bohaterów i ojcowie ojców również. Nie trudno w tym kłębowisku niezwykłych i rozwlekłych opowieści znaleźć materiał na kolejne epizody.
Azog, arcywróg  Thorina Dębowej Tarczy, pojawił się na kartach Hobbita raz. W jednym z polskich tłumaczeń jego imię zostało całkowicie pominięte. Peter Jackson sięgnął również do Dodatków zawartych w trzeciej części Władcy Pierścieni. W ten sposób powołał do życia głównego antagonistę krasnoludów i zagwarantował sobie sensowną akcję w filmie. Z czeluści twórczości Tolkiena reżyser wydobył również czarodzieja Radagasta i Nekromantę z Dol Guldur. Być może za pomocą ostatniej z tych postaci Jackson połączy fabuły HobbitaWładcy Pierścieni.

Ogrodowe krasnale. Majestatyczne krasnoludy. Znikające hobbity.

Wiele wątpliwości wzbudził sposób, w jaki Peter Jackson zamierza przedstawić krasnoludy w ekranizowanej trylogii. Pamiętamy, a wielu fanów nie może wybaczyć iż Gimlii z LotR’a był postacią wyłącznie komiczną, kreowaną po to, by bawić widza mało śmiesznymi żartami o krasnoludzkich kobietach. W The Hobbit krasnoludów jest trzynastu. Nie mogą wszyscy na raz spaść z kucyków, bo akcja ani drgnie. Twórcy stanęli na wysokości zadania, starając się dać każdemu z krasnoludów indywidualny rys psychologiczny.
Stanęło na tym, że wygląd mają niejednolity. Thorin Dębowa Tarcza cierpi targany widmami przeszłości niczym Aragorn. Kili i Fili są tymi młodszymi, przystojnymi z seksownym zarostem. A i tak wszyscy patrzą na Bombura granego przez Stephena Huntera. Gdzieś zginęła, w czasie kolejnych gonitw po planie, majestatyczność tej starej rasy i wątpię czy wróci w kolejnych częściach trylogii.
Mamy krasnoludy, czarodziejów, orki, gobliny, olbrzymy i trolle. Na końcu są hobbity.  Bilbo Baggins, grany przez Martina Freemana, powinien być najważniejszą postacią tej produkcji. Pozory (i tytuły) mogą mylić. Hobbit jest tak mały, że prawie go nie widać, a przecież zagrany jest w tak specyficzny i dziwaczny sposób, powinien się rzucać w oczy. Czasami wyskakuje, mówi coś i nie mamy wątpliwości, że Baggins jest Brytyjczykiem. Ale wychodzę z kina i czuję niedosyt Freemana. Dobrze, że scena z Golumem jest mistrzowska, tak jak powinna być. Przecież to najważniejszy z dialogów, jaki napisał Tolkien kiedykolwiek.
Władca Pierścieni w 3D?

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wszystko co dobre w The Hobbit: An Unexpected Journey, zostało przejęte z Władcy Pierścieni. Czy jest to chęć zagwarantowania sobie sukcesu tanim kosztem, czy raczej ukłon w stronę fanów poprzednich ekranizacji?
Co mamy sądzić o soundtracku autorstwa Howarda Shore’a, gdzie jedynym utworem wyraźnie odznaczającym się świeżością jest Misty Mountains? Ktoś stwierdzi, że ścieżka dźwiękowa jest wtórna i jest to niewybaczalne. Mnie serce podskoczyło z radości, kiedy na ekranie zobaczyłam elfy  i usłyszałam znajomy motyw. Ten sam, który rozbrzmiewał gdy w drugiej części Władcy Pierścieni do Helmowego Jaru przybywa pomoc z Lothlórien.
Kolejnym puszczeniem oka do fanów jest scena, w której drużyna Thorina przybywa do Rivendell i na malutkim dziedzińcu zostają otoczeni przez kompanię Elronda. Obraz zupełnie zbędny i nienaturalny nabiera znaczenia, gdy przypominamy sobie, że tak samo druhowie Éomera witali Aragorna w Rohanie.
Jednakże film Petera Jacksona pełen jest scen dodanych specjalnie po to, by móc widza pogrzebać pod górą efektów specjalnych. Walki skalnych olbrzymów, pościgi po stepach, biegi po kładkach w jaskini Goblinów. Do tego rubaszna piosenka krasnoludów i finałowe starcie. Oczywiście wszystko to w cudownym 3D, które sprawia, że cała akcja się rozmywa i obrazy wirują.
Władca Pierścieni jest przy The Hobbit trylogią elegancką i minimalistyczną, pozbawioną zbędnej efektowności. Ale ostatnia część LotR’a została nakręcona dziewięć lat temu. Być może obecny widz pragnie igrzysk w super jakości. Jednego jestem pewna, sakiewki twórców The Hobbit nie mają dna. Na tych produkcjach zarobią wszyscy i to ogromne pieniądze. A jak się w 2015 wyczerpie źródełko, zawsze można zekranizować Silmarillion. Przecież to też „genialna” książka.

Dodaj komentarz