„TO, ŻE NIE JESTEŚMY W STREFIE EURO NIE POWINNO BYĆ ŹRÓDŁEM KOMPLEKSÓW” – ROZMOWA Z KRZYSZTOFEM SZCZERSKIM

On 7 października 2013 by Sylwia Nowosińska

Za rok mija dziesięć lat od wejścia Polski do Unii Europejskiej. Jakie korzyści udało nam się do tej pory uzyskać z członkowstwa w UE?

źródło: szczerski.pl

źródło: szczerski.pl

Dzięki temu, że jesteśmy w Unii większość Europejczyków nie kwestionuje już tego, że Polacy są częścią jednej europejskiej rodziny. Żelazna Kurtyna sprawiła, że przez co najmniej dwa pokolenia byliśmy krajem nieznanym i obcym dla społeczeństw zachodnich, które nie przywiązywały dużej wagi do tego, co dzieje się w Polsce. Wszystko zmieniło się na chwilę podczas „karnawału Solidarności”, ale na trwałe nastąpiło dopiero wtedy, gdy staliśmy się państwem członkowskim Unii. Naszym osiągnięciem jest także umiejętność skorzystania z nowych możliwości i adaptacji do nowych warunków. Polacy są zaradni, lubią wyzwania i są przedsiębiorczy. Są też ciekawi i otwarci na świat, korzystają ze zwiększonych możliwości, jakie daje im wspólny rynek, możliwość swobodnego eksportu produktów i kooperacji, a także choćby podróżowanie i studiowanie w różnych miejscach Europy.

A czy możemy czuć się w jakiś sposób dyskryminowani jako kraj członkowski, który do tej pory nie przyjął waluty euro?

Oprócz tych pozytywnych skutków, o których wspomniałem są także ich pewne następstwa negatywne. Każdy blask ma swój cień. Mimo że Europejczycy w coraz większym stopniu wiedzą, że Polska jest częścią ich wspólnej rzeczywistości, to jednak widoczne jest wśród społeczeństw z państw lepiej rozwiniętych, chyba najsilniejsze wśród Niemców, poczucie wyższości i niechęci do dzielenia się swym dobrobytem oraz obawa przed nami. Efekt był taki, że nasi zachodni sąsiedzi utrzymywali nas przez tak długi czas z daleka od swojego rynku pracy. Przyczyniły się do tego również negatywne stereotypy ukazujące Polaków w złym świetle. A więc jest poczucie jedności, ale nie ma poczucia równości i otwartości. I drugi cień: możliwość swobodnego przepływu osób zaowocowała tym, że  bardzo wielu Polaków, częściowo w wyniku przymusu ekonomicznego, udała się na emigrację zarobkową. I tak mamy dziś w Polsce ogromną „wyrwę demograficzną”. Natomiast jeżeli chodzi o strefę euro, to nie powinno  być ona źródłem naszych kompleksów. Odwrotnie, powinniśmy czuć się dumni, że do niej nie należymy, bo strefa euro to nieudany polityczny projekt, którego koszty rosną z każdym rokiem.

Ale kiedyś musimy dołączyć…

Jesteśmy krajem, który teoretycznie musi być w strefie euro, ale z tak zwanym „czasowym wyłączeniem”, które może trwać bardzo długo. Nie ma żadnej wyznaczonej daty.

A jak długo? Za ile lat Polska będzie przygotowana gospodarczo, aby przyjąć euro?

Ja zawsze podkreślam, że nie można traktować tego w kategoriach czasowych. Nie czas jest tutaj istotny, ale stan gospodarki i kształt samej strefy. Wejście do strefy euro będzie dobrym rozwiązaniem tylko i wyłącznie wtedy, kiedy podjęcie tej decyzji leżałoby w naszym interesie. Do tego potrzebne jest spełnienie kilku warunków. Po pierwsze musimy pamiętać, że Euro jest strefą krajów o różnych gospodarkach. De facto liczy się w niej tylko kilka najważniejszych gospodarek i ich potrzeby. Mam tutaj na myśli gospodarki m.in. Niemiec, Francji, może Beneluksu – tak zwanego rdzenia europejskiego. To one narzucają warunki. My możemy dołączyć do strefy euro wtedy, kiedy będziemy dysponowali na tyle dużym potencjałem gospodarczym, że nasze potrzeby też będą brane pod uwagę w decyzjach Europejskiego Banku Centralnego. Gdy będziemy równym uczestnikiem rdzenia. To będzie możliwe, kiedy polski rząd podejmie działania mające na celu realne przygotowanie Polski do wejścia do strefy euro. A to oznacza odbudowę polskiego przemysłu i repolonizację, czy jak kto woli: domestykację, systemu bankowego. Polski potencjał własności w gospodarce to klucz do sukcesu w strefie euro.

Wspominał pan, że Polska należy obecnie do beneficjentów netto, jeżeli chodzi o korzyści z funduszy europejskich. A co wtedy, gdy zaczniemy dokładać do budżetu europejskiego więcej środków, niż stamtąd pobierać? Czy należy się wycofać?

Jesteśmy dzisiaj beneficjentami budżetu europejskiego, ale już niestety nie we wszystkich obszarach. Na przykład w badaniach naukowych wkładamy do budżetu więcej niż z niego otrzymujemy. To my finansujemy uniwersytety za granicą, a nie odwrotnie. Aby sprawdzić, czy osiągamy realną korzyść z funduszy europejskich, należy zbadać na ile te pieniądze „pracują” w Polsce, a na ile przez nią po prostu przepływają. Ta kwestia jest warta zastanowienia, zwłaszcza gdy zauważamy, że w przetargach wygrywają firmy z krajów płatników netto, np. Skanska, Siemens itd. Wtedy zazwyczaj pieniądze przez Polskę przepływają. Zostają u nas tylko produkty, do których niekiedy musimy potem dopłacać, by je konserwować i utrzymać w dobrym stanie. Bez własnej bazy przemysłowej na dłuższą metę nawet fundusze europejskie nie staną się u nas czynnikiem wzrostowym. Musimy też pamiętać, że fundusze unijne i ich wykorzystywanie jest zawsze obwarowane ogromną ilością warunków i że to nie my decydujemy, jakie rodzaje projektów są finansowane, musimy poruszać się w ramach wyznaczonych celów generalnych. Może więc przyjść taki moment, kiedy będzie trzeba się zastanowić, czy warto jeszcze po te pieniądze sięgać. Czy koszt polityczny, gospodarczy i utrata kontroli nad ważnymi sprawami na rzecz instytucji europejskich są warte tych pieniędzy?

źródło: szczerski.pl

źródło: szczerski.pl

A czy polski rząd jest w stanie monitorować to, w jaki sposób fundusze europejskie u nas działają i czy to nam się opłaca?

To jest ogromna zagadka, nad którą głowią się różni mędrcy w Europie – jak realnie oszacować ekonomiczny wpływ funduszy europejskich na gospodarkę poszczególnych państw? To nie jest takie proste do obliczenia. Każdy kraj, aby korzystać z funduszy europejskich, musi mieć wkład własny. Polska wkłada w jego pozyskanie ogromny wysiłek m.in. zaciągając kredyty.  Unia Europejska oferuje nam pieniądze, a my, aby je otrzymać musimy mieć też swój wkład w inwestycje. Przez to na przykład niektóre samorządy zadłużają się ponad miarę. Do tego pojawia się problem sterowania przez instytucje unijne funduszami Polski. Na przykład w kolejnym budżecie pewnie będziemy sporo wydawać na wiatraki, ale nie dlatego, że ich potrzebujemy, tylko dlatego, że takie są warunki sięgnięcia po pieniądze.

 Małopolska i Śląsk dostaną najwięcej pieniędzy z budżetu UE wśród regionów Polski. Czy w takim razie powinniśmy się cieszyć, czy martwić, że jesteśmy najbardziej sterowani przez instytucje unijne?

Wszystko zależy od tego, na ile inteligentnie nimi zarządzimy i czy będziemy mieć pieniądze, które przeznaczymy na wkład własny bez gwałtownego powiększania zadłużenia. Należy się zastanowić, czy gospodarka regionu jest na tyle dojrzała, że będzie on mógł funkcjonować bez wsparcia z funduszy, po tym, jak zostaną one wycofane. Łatwo wydawać pieniądze, które przychodzą z zewnątrz, ale kiedy ich zabraknie, może nas nie być stać na samodzielną działalność. O tym się najczęściej zapomina, dlatego ja uważam, że większość pieniędzy z funduszy europejskich jest po prostu marnowana.

Obecnie zauważalna jest ogromna promocja inwestycji wykonanych z funduszy europejskich. Organizowane są różnego rodzaju pokazy i konkursy typu „sfotografuj się z efektami inwestycji finansowanych z funduszy europejskich”. Z którymi z efektów unijnego finansowania Pan najchętniej by się sfotografował?

Promocja jest częścią obowiązkowego działania instytucji unijnych. Fundusze trzeba pokazywać społeczeństwu, co przybiera momentami formy kuriozalne, takie jak emitowane w TVP teleturnieje (na przykład Jeden z dziesięciu) finansowane z funduszy europejskich. Podobnie wyglądała sprawa z co najmniej jednym z odcinków serialu  Rodzinka.pl.

Czy te programy w jakiś ukryty sposób promują fundusze unijne?

Tak, polega to na tym, że w Jeden z dziesięciu kilka pytań musi dotyczyć tematu funduszy strukturalnych, a w serialu Rodzinka.pl bohaterowie wybrali się w konkretny region Polski, aby podziwiać inwestycje wykonane z funduszy europejskich.

A wracając do pytania, ja chciałbym sfotografować się z takimi inwestycjami, które są Polsce potrzebne, czyli po pierwsze zwiększają bezpieczeństwo, jak na przykład przedsięwzięcia związane z działaniem przeciwpowodziowym. Pochwalam także inwestycje transportowe, oraz te, które dotyczą dziedzictwa kulturowego. Te ostatnie szczególnie pomagają w utrzymaniu polskiej tożsamości.

A teraz pytanie bardziej polityczne – jak Pan ocenia decyzję polskiego Parlamentu, który nazwał rzeź wołyńską czystką etniczną o znamionach ludobójstwa oraz słowa ministra Sikorskiego, który wiązał tę decyzję między innymi z drogą Ukrainy do Unii?

Uważam, że minister Sikorski popełnił bardzo poważny błąd. łącząc dzisiejszą Ukrainę z rzezią wołyńską i twierdząc, że nazwanie tego wydarzenia ludobójstwem może zaszkodzić obecnej Ukrainie. Taka postawa ministra Sikorskiego stwarza wrażenie, że Ukraina obecnie nie jest wstanie rozliczyć się z problemem rzezi wołyńskiej. Uznanie rzezi za ludobójstwo w żaden sposób nie zaszkodziłoby naszemu wschodniemu sąsiadowi, bo w obecnym kształcie polityka Ukrainy nie ma nic wspólnego ze zbrodniami z tamtych czasów. Natomiast minister Sikorski sugeruje coś innego. Polacy oczekują jedynie prawdy o tamtych czasach i przejścia poprzez wspólną pamięć do wspólnej przyszłości. Program Prawa i Sprawiedliwości na obchody rocznicy tej zbrodni był pełny. Moja partia jednocześnie domagała się ustanowienia Dnia Pamięci Ofiar Rzezi Wołyńskiej, nazwania tej zbrodni ludobójstwem i po trzecie odznaczania tak zwanym. Krzyżem Wschodnim osób, które w tym trudnym czasie pomagały Polakom – obywateli Rosji Radzieckiej i Ukraińców. To pozwoliłoby pokazać prawdę o dobrym sąsiedztwie i sąsiadach, którzy pomagali nam, mimo że ich rodacy byli przeciwko nam. To wsparłoby drogę do partnerstwa i przyszłego członkowstwa Ukrainy w Unii.

Do Unii Europejskiej niedawno dołączyła Chorwacja. Wiem, że jest Pan z tym państwem blisko związany. Czy wejście Chorwacji do UE zapowiada bardziej rywalizację z Polską, czy partnerstwo?

Jestem wiceprzewodniczącym polsko-chorwackiej grupy parlamentarnej, więc bardzo się cieszę z członkowstwa Chorwacji w Unii. Uważam, że ten kraj ma ogromny potencjał i może tworzyć wraz z Polską partnerskie relacje w Europie. Mamy wiele wspólnych interesów – na przykład przejście przez naszą część Europy wielkiego energetyczno-transportowego korytarza od Bałtyku do Adriatyku, tak aby przebiegał od Polski poprzez cały kręgosłup środkowej Europy do Chorwacji. Moim zdaniem Polska powinna być o wiele bardziej obecna na Bałkanach. Chorwacja w Unii daje szansę na większą aktywność Polaków w tamtym regionie. Mamy też potencjał społeczny do wspólnego partnerstwa. Polacy i Chorwaci myślą o sobie nawzajem ciepło i pozytywnie. Objawia się to nawet w języku –  Polacy często używają popularnego i niepoprawnego gramatycznie sformułowania: ”jadę na Chorwację”. Takiego określenia używa się tylko w przypadku krajów szczególnie bliskich, podobnie jak „na Litwę, na Węgry i na Ukrainę”. Z drugiej strony mówimy: „do Niemiec, do Francji i do Hiszpanii”. Takie wyrażenia ukształtowały się w naturalny sposób i nie są bez znaczenia.

//Krzysztof Szczerski – poseł na Sejm VII kadencji, były wiceminister spraw zagranicznych, politolog i profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego mówi o pozycji Polski w Unii Europejskiej, funduszach strukturalnych i szansach rozwoju dla naszego kraju.

Wywiad opublikowany na łamach „Pulsu Olkusza”.

Comments are closed.