Trotyl na wraku Rzeczpospolitej

On 13 listopada 2012 by Michał Wróblewski

Jarosław Kaczyński: „Zamordowanie 96 osób, w tym prezydenta RP to niesłychana zbrodnia.”

Tomasz Lis: ”Takie myślenie to zamach na rozum.”

Dziennikarze stojący w obronie Gmyza: „Wyrzucenie Czarka jest zamachem na wolność słowa.”

Mijają dwa tygodnie od ukazania się tekstu, który wstrząsnął Polską.

30 października. Noc z poniedziałku na wtorek. Godzina po północy. Pod dom rzecznika rządu, Pawła Grasia, podjeżdża samochód. Wysiada z niego Grzegorz Hajdarowicz, stary znajomy Grasia jeszcze z czasów opozycji. Dziś przedsiębiorca, założyciel prężnie działającej spółki Gremi Media, od ponad roku w całości skupiającej inną, mniejszą spółkę Presspublica. Wydawca jednego z największych dzienników w kraju. Tej nocy śpi słabo. Swoje niepokoje dzieli o godzinie 1:30 z najbliższym współpracownikiem premiera. Rzecznikiem polskiego rządu.

źródło: signs.pl

źródło: signs.pl

Sześć godzin później Paweł Graś jest już na Woronicza. Standard. Dla rzecznika rządu poranny maraton po mediach to chleb powszedni. Tym razem Graś ma wystąpić w programie „Polityka przy kawie”. Zaproszenie od redaktor Małgorzaty Serafin otrzymał dzień wcześniej. Nie wiedział wtedy na jakie pytania przyjdzie mu odpowiadać. Wiedział to po spotkaniu z Hajdarowiczem. ‘Jeśli fakty podane przez gazetę okażą się prawdziwe, a wszystko wskazuje, że tak… Pani redaktor, poczekajmy na informacje od prokuratury.’

W poniedziałek 29 października wydawca „Rzeczpospolitej” odbiera telefon od redaktora naczelnego gazety Tomasza Wróblewskiego: ‘Mamy informacje. Cztery źródła, wszystko sprawdzone. Chodzi o Smoleńsk. Jestem po rozmowie z prokuratorem generalnym. Wracaj jak najszybciej do kraju.’ Hajdarowicz przebywa w tym czasie z rodziną w Barcelonie. Po telefonie od Wróblewskiego pędzi na lotnisko, przebukowuje bilet i pierwszym samolotem wraca do Polski.

Stan racji Rzeczpospolitej

To co usłyszy w Warszawie będzie dla niego szokiem. Informacje, które dotąd pojawiały się wyłącznie w niezależnych od prokuratury kręgach, dezawuujących oficjalne stanowiska śledczych oraz odrzucających praktycznie w całości raport komisji Jerzego Millera mogą okazać się prawdziwe. Na wraku samolotu rządowego z prezydentem na pokładzie, który rozbił się 10 kwietnia 2010 roku na lotnisku Sewiernyj pod Smoleńskiem, znaleziono ślady materiałów wybuchowych wskazujących na trotyl i nitroglicerynę. Te szokujące informacje miały zostać potwierdzone w czterech niezależnych źródłach, a także przejść dodatkową weryfikację przez „podmiot zewnętrzny”. Informacjom tym nie zaprzeczył również prokurator generalny Andrzej Seremet, z którym redaktor naczelny „Rzeczpospolitej” spotkał się dzień przed publikacją. Chodzi o polską rację stanu – przekonywał.

Osoby w redakcji wtajemniczone w proces powstawania tekstu, który stanie się jednym z najważniejszych w historii polskiej prasy ostatnich dwudziestu lat, w momencie wysłania do drukarni warszawskiego wydania „Rzeczpospolitej” już wiedzą: za kilka godzin wywołamy wojnę. Ludzie będą mówić tylko o jednym. To był zamach.

Dziennikarze nie wiedzą jeszcze, że zaledwie w kilka godzin od ukazania się gazety w kioskach będą zmuszeni przeprosić czytelników, polityków, opinię publiczną. A za kilka dni pakować swoje rzeczy. Przez obrońców nazywani rycerzami prawdy, przez przeciwników uznani za cynicznych oszustów. W oparach skandalu opuszczą budynek, w którym mieści się redakcja „Rzepy”. Już nigdy tam nie wrócą.

Gmyz – podpalacz Polski

Z dnia na dzień stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych dziennikarzy w Polsce. Dla jednych najlepszy reporter śledczy w kraju, potrafiący jednym tekstem strącić ze stanowisk najbardziej wpływowych polityków, dla drugich podpalacz Polski i kłamca będący na usługach PiS. Jedni widzą w nim symbol wolnego dziennikarstwa, inni – barbarzyńcę, którego należy poddać medialnej eksterminacji. Cezary Gmyz tekstem „Trotyl na wraku tupolewa” odpalił lont. Sprawił, że Leszek Miller i Janusz Palikot będą mówić głosem Jarosława Kaczyńskiego: Rząd polski powinien podać się do dymisji. Trzeba powołać komisję międzynarodową. To jest niesłychany skandal.

Kilka godzin później okazuje się, że Gmyz nakreślił mapę podziału, która przez lata będzie funkcjonować jako wskaźnik napięć i konfliktów szarpiących polskim społeczeństwem. Jego tekst podzielił świat mediów, doprowadził do „wybuchu” lidera opozycji mówiącego już otwarcie o zamordowaniu 96 osób. Sprawił, iż premier polskiego państwa wyrzuci z siebie słowa, których nigdy wcześniej publicznie by nie wypowiedział: ‘Nie sposób ułożyć sobie życia w jednym państwie z kimś takim, jak Jarosław Kaczyński.’

Kto się musi tłumaczyć

‘Do Smoleńska wraz z prokuratorami pojechali biegli pirotechnicy z Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego oraz Centralnego Biura Śledczego, z nowoczesnym sprzętem. Już pierwsze próbki, zarówno z wnętrza samolotu, jak i poszycia skrzydła maszyny dały wynik pozytywny. Urządzenia wykazały m.in. że aż na 30 fotelach lotniczych znajdują się ślady trotylu oraz nitrogliceryny. Substancje te znaleziono również na śródpłaciu samolotu, w miejscu łączenia kadłuba ze skrzydłem. Było ich tyle, że jedno z urządzeń wyczerpało skalę. Podobne wyniki dało badanie miejsca katastrofy, gdzie odkryto wielkogabarytowe szczątki rozbitego samolotu.’

Kilka zdań. Zero niedopowiedzeń.

Problem w tym, że ten tekst nie miał prawa nigdy się ukazać. Nie z tym tytułem, nie w takiej formie. Mimo, iż informacjom w tekście kategorycznie nie zaprzeczono wiadomość o znalezieniu trotylu na wraku polskiego samolotu TU-154M w kilka godzin po publikacji przedstawiano jako kłamstwo. ‘Nie jest prawdą, że w wyniku przeprowadzonych czynności i badań stwierdzono, że na próbkach zarówno z wnętrza samolotu, jak i poszycia skrzydła znajdują się ślady trotylu i nitrogliceryny’ – oznajmił na konferencji prasowej szef Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie płk. Ireneusz Szeląg. Poinformował, że dopiero za pół roku będzie można ostatecznie stwierdzić co tak naprawdę odkryto na lotnisku w Smoleńsku. Fakt, iż słowa Szeląga potraktowano jako prawdę objawioną, już nie tyle poddającą w wątpliwość, co kategorycznie zaprzeczającą informacjom podanym przez „Rzeczpospolitą” jest dziwny. Wymowność informacji podanych przez prokuraturę każe raczej myśleć inaczej: Gmyz nie kłamał. On po prostu źle sprzedał swój tekst. Ekwilibrystyka językowa prokuratora podszyta niezwykłymi umiejętnościami socjotechnicznymi zdała egzamin. Wykryto coś ważnego, ale w istocie nie wiadomo co. Materiał wybuchowy mógł być, ale nie musiał. Pułkownik Szeląg się nie tłumaczy. Tłumaczy się Gmyz.

Poszukiwanie zamachu

Rozpoczął się publiczny lincz na autorze publikacji. Niezwykle ważne kwestie poruszone w artykule przesłonięte zostały słowem „trotyl”. Tylko nieliczni dopytywali: dlaczego polscy prokuratorzy i specjaliści od pirotechniki w dwa i pół roku po tragedii smoleńskiej pojechali do Rosji badać wrak polskiego samolotu?

Stanowisko prokuratury wojskowej w tej sprawie jest jasne: działania polskich specjalistów w Smoleńsku przebiegają wedle ustalonego wcześniej planu. Dlaczego więc prokurator generalny Andrzej Seremet zaprzeczył w rok po tragedii, gdy plan śledztwa był znany, że ‘zakończono badanie wątku zamachu’? Jego słowa z kwietnia 2011 roku brzmiały jednoznaczne: ‘Śledztwo całkowicie wykluczyło tę wersję(zamachu – red.) Prokuratorzy nie znaleźli na to żadnych dowodów ani nie widzą możliwości kontynuowania tego wątku.’

Czy były to słowa wypowiedziane na wyrost? Świadomość stosowania specyficznej nomenklatury przez polskich śledczych  powinna wykluczyć takie przypuszczenie. Jednak w świetle faktów może zastanawiać. Wiadomym jest, iż polscy prokuratorzy opierali się wyłącznie na jednej ekspertyzie mówiącej, że na lotnisku w Smoleńsku nie znaleziono materiałów wybuchowych. Opinia ta pochodziła od biegłych z Wojskowego Instytutu Chemii i Radiometrii w Warszawie. Śledczy zamówili ją w maju 2010 r. Korzystali z niej również specjaliści z komisji Millera.

Biegłych z Instytutu nie było jednak na miejscu katastrofy. Swoją analizę opierali na badaniach przeprowadzonych na rzeczach osobistych ofiar, takich jak ubrania, parasolki czy książki. Nie mieli możliwości pobrania próbek z wraku samolotu. Polscy specjaliści uczestniczyli w oględzinach wraku tuż po katastrofie oraz we wrześniu ubiegłego roku. Badania na obecność materiałów wybuchowych wykonano do czasu ostatniego wyjazdu polskich specjalistów do Smoleńska tylko raz. Przeprowadzili je Rosjanie. Nie wykryto nic. Nasi śledczy Rosjanom nie wierzą. Twierdzą, że ich ekspertyza oparta jest na wynikach pochodzących z niewystarczającej ilości badanych próbek. Dlatego trzy miesiące temu zwrócili się do naszych sąsiadów o pomoc prawną, umożliwiającą polskim biegłym uzyskać dostęp do wraku. Przez niespełna miesiąc jedenastu specjalistów(w tym fachowców od materiałów wybuchowych i ekspertów od budowy TU-154M) dokładnie oglądało wrak. To były pierwsze tego typu badania przeprowadzone przez stronę polską. Wątek zamachu oficjalnie poddany został szczegółowej weryfikacji.

Wybuch za pół roku

Jerzy Miller, były przewodniczący komisji badającej przyczyny katastrofy smoleńskiej, mówi wprost: ‘Nie było potrzeby badań laboratoryjnych.’

Konkluzje wypracowane przez członków jego komisji, wysoko wykwalifikowanych specjalistów od lotnictwa, są jasne. Rządowy Tupolew uległ zniszczeniu wskutek zderzenia z brzozą, a następnie ziemią. Oględziny wraku już na wstępie wykluczyły tezę, jakoby na pokładzie samolotu mogło dojść do eksplozji. Świadczą o tym również zapisy rejestratorów dźwięku z kabiny pilotów. Także rejestratory parametrów lotu. No i wspomniane już wcześniej analizy biegłych z WICiR, którzy na szczątkach ubrań ofiar katastrofy nie znaleźli śladów materiałów wybuchowych. Zdaniem specjalistów materiały te są bardzo chłonne, a więc niewykrycie ich na przedmiotach należących do ofiar powinno jasno dowodzić, iż takich materiałów nie było. Twierdzenia te nie ułatwiają ustalenia faktycznego powodu konieczności dokładnego przebadania wraku przez polskich pirotechników.

Opinia publiczna w Polsce jest w konfuzji. Z różnych stron otrzymuje wzajemnie wykluczające się, sprzeczne informacje, które w pewnych środowiskach funkcjonują jako aberracje, w innych zaś jako prawdy objawione. Prokuratura, mówiąc eufemistycznie, dość niechętnie dzieli się wiedzą dotyczącą przebiegu śledztwa. Rządowa komisja Millera, która pracę zakończyła przeszło rok temu podważa ustalenia zespołu parlamentarnego kierowanego przez Antoniego Macierewicza, albo w ogóle nie reaguje na jego tezy.

A praca w zespole wre. Regularne zwoływanie posiedzeń, zapraszanie naukowców na konferencje, na których kompetentni specjaliści(m.in. z uczelni amerykańskich) przedstawiają swoje opinie dotyczące przebiegu katastrofy, tworzenie autonomicznych raportów i szukanie własnych, niezależnych źródeł – wszystkie te czynniki wyraźnie potwierdzają, iż PiS Smoleńska nie odpuści.

Publikacja Gmyza o odnalezionych na tupolewie śladów trotylu zbiegła się w czasie z wieloma innymi wydarzeniami, które zaburzały porządek myślenia o Smoleńsku. Zwłaszcza u tych, którzy teorię zamachu nie tyle poddawali w wątpliwość, ile jawnie negowali sens jej funkcjonowania w publicznym obiegu. Nagle pytania o Smoleńsk znów stały się zasadne. Pojawiły się okoliczności, które z obszaru suchych faktów o naukowo-specjalistycznym wydźwięku, pozostających zwykle w sferze ustaleń i badań dostępnych i sprawdzanych wyłącznie przez zaangażowanych w sprawę, przeniknęły tym razem do publicznego informacyjnego krwioobiegu, wlewającego się w żywą społeczną tkankę. Ludzi poruszyła sprawa ekshumacji zwłok kolejnych ofiar katastrofy, determinowana potrzebą i przekonaniem części rodzin, że ciała ich bliskich nie leżą w tych trumnach, w których winny spoczywać. Na to nakładają się błędy urzędników państwowych, tak jak byłego już wiceministra spraw zagranicznych Jacka Najdera, który niewłaściwie zidentyfikował ciało ostatniego prezydenta na uchodźstwie Ryszarda Kaczorowskiego. Ponowny pochówek odbył się kilka dni temu. Na pogrzebie zabrakło najwyższych przedstawicieli polskiego państwa, z prezydentem Komorowskim na czele.

Co ciekawe, prokuratura – nawiązując do informacji płk Szeląga dotyczącej „niestwierdzenia” materiałów wybuchowych w Smoleńsku – stanowczo odcięła się od wypowiadanych głośno domysłów o błędnym pochówku prezydenta Kaczorowskiego. Oto co oznajmiła: ‘Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie stanowczo odżegnuje się od medialnych doniesień, jakoby ustalono, że doszło do nieprawidłowego pochówku śp. Pana Prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego.’ Gdyby porównać to oświadczenie ze stanowiskiem prokuratury wojskowej wyartykułowanym przez płk. Szeląga na konferencji prasowej po publikacji „Rz”, można dostrzec pewne analogie. Jak wiemy, informacje WPO nie potwierdziły się. Oświadczenie NPW dotyczące trotylu  potwierdzenie w faktach znajdzie dopiero wówczas, gdy pobrane na lotnisku w Sewiernyj próbki poddane zostaną analizie. Na razie próbki są w posiadaniu Rosjan.

Suche źródła?

Cezary Gmyz nie wycofuje się z tez zawartych w artykule. Mimo, iż w licznych wywiadach przekonuje, że w pierwotnym założeniu tekst miał być pisany w nieco mniej jednoznacznej formie(inny tytuł, nie precyzowanie nazw materiałów wybuchowych), autor materiału o trotylu przekonany jest, że napisał prawdę. Ba! Dziś twierdzi, że napisałby jeszcze więcej. Choćby o tym, że detektory używane do badania wraku przez polskich specjalistów w Smoleńsku potrafią rozpoznać konkretne rodzaje substancji znajdujących się na TU-154M. Zdaniem Gmyza pobranych próbek nie trzeba poddawać nawet badaniom laboratoryjnym, by stwierdzić, czy pochodzą z  materiałów mogących wskazywać na trotyl czy nitroglicerynę. Na spotkaniu ze swoimi czytelnikami w warszawskim klubie Ronina były dziennikarz „Rzeczpospolitej” jest jeszcze bardziej otwarty: ‘W momencie, w którym polscy prokuratorzy i biegli badali ślady na wraku, na lotnisku w Smoleńsku pojawiła się również rosyjska pirotechniczka, młoda dziewczyna, funkcjonariuszka FSB. Gdy zobaczyła, co pokazują spektrometry Polaków, wpadła w jakiś rodzaj paniki.’ Konkluzja? Gmyz: ‘Rosjanie mają pełną świadomość co na tym lotnisku się znajdowało.’

Nikt nie wie co ostatecznie stwierdzą badania próbek zebranych w Smoleńsku. Możliwości jest kilka, scenariuszy następstw, jakie wywołają fakty – wiele. Dziś jednak, gdy już kurz, a właściwie pył po trotylu powoli opada, możemy stwierdzić z całą pewnością, a jednocześnie ubolewaniem, że Cezary Gmyz popełnił błąd. Jest to o tyle smutne, że wystarczyłoby kilka zabiegów korygujących treść i formę tekstu, a sprawa nie zostałaby wbita w ziemię, poważny dziennik nie stałby się(a zdaniem wielu się stał) tabloidem, a sam Gmyz nie musiałby tłumaczyć się ze swojego tekstu przed ludźmi, którzy mogą mu jedynie czyścić buty. Gdyby treści znajdujące się w tekście zracjonalizowano opiniami ekspertów, zmieniono lead(np. pisząc o tym, że biegli znaleźli na wraku substancje chemiczne, które mogą pochodzić z materiałów wybuchowych), postawiono na inny tytuł, gdyby w publikacji nie pojawiły się niezweryfikowane do końca informacje, jakoby prokuratura była w posiadaniu analizy mówiącej o znalezieniu na wraku tupolewa materiałów wybuchowych(bo takiej analizy nie ma), to dziś tłumaczyć by się musiał pułkownik Szeląg.

Cezary Gmyz nie miał powodów, by nie ufać swoim źródłom. Wskazanie przez Tomasza Wróblewskiego kręgów, z których pochodzą informatorzy autora tekstu o trotylu wydaje się czymś niebywałym. Dziś nietrudno będzie tych informatorów zidentyfikować, zwłaszcza, gdy weźmie się pod uwagę specyfikę środowiska z jakiego się wywodzą. Ale kwestie dotyczące zasadności działań zarówno przed, jak i po publikacji tekstu Gmyza podejmowanych przez panów Wróblewskiego i Hajdarowicza to temat na inną dyskusję.

Moje rozważania dotyczące casusu Gmyza wybiegają poza schemat: napisał prawdę/skłamał. W obliczu niejasności krążących wobec całej tej sprawy nie na miejscu jest osądzanie, czy niewątpliwie jeden z najlepszych dziennikarzy śledczych w tym kraju powinien odejść z zawodu, czy nie. Zwłaszcza, gdy osądu dokonują Ci, którzy swymi piórami bynajmniej nie próbują nawet ukłuć rządzących, nie patrzą im na ręce, nie wychwytują błędów, tylko wbrew powinnościom wynikającym z pełnionego przez nich zawodu pretendują do zajęcia miejsca na orbicie polsko-polskiej wojny.

Cała ta historia jest nieco bardziej skomplikowana. Dziennikarze polityczni, śledczy, newsowi, zmuszeni są działać pod potężną presją. Specyfika ich pracy wymusza popełnianie błędów. Ale jeden błąd nie powinien zaważyć na całej karierze dziennikarza. Zwłaszcza tak dobrego i doświadczonego. To przecież truizm, rzecz oczywista.

Tym razem instynkt Gmyza go zawiódł. Instynkt samozachowawczy jego krytyków zostanie poddany weryfikacji za pół roku. Wówczas dowiemy się, co tak naprawdę śledczy stwierdzili.

 

Dodaj komentarz