Vivat Affleck!

On 15 stycznia 2013 by Justyna Skalska

Siedem nominacji do Oskara i Złoty Glob za reżyserię – to spore wyróżnienie dla przeciętnego hollywoodzkiego aktora, który okazał się nieprzeciętnym reżyserem, kręcącym w dodatku interesujące filmy. O kim mowa? Oczywiście o Benie Afflecku.

Podobno tegoroczne rozdanie Złotych Globów jest wielkim zaskoczeniem. Podobno, bo nie dla mnie. Najlepszym dramatem okazał się nie, jak wszyscy zakładali, „Lincoln”, a właśnie „Operacja Argo”, natomiast Ben Affleck po rozczarowaniu brakiem oscarowej nominacji, może z dumą ściskać Złoty Glob i święcić triumfy jako najlepszy reżyser. A w wyścigu do tej nagrody zdystansował nie byle kogo, bo m.in. Stevena Spielberga, Andy’ego Lee i Quentina Tarantino.
Mam niejasne wrażenie, że film Bena Afflecka wiele, a może wszystko, zawdzięcza przede wszystkim scenariuszowi. Prawdą znaną nie od dziś jest to, że najlepsze scenariusze pisze życie i tak też było w tym przypadku. Dopiero w ostatnich latach CIA odtajniło dokumenty dotyczące operacji jednego ze swoich agentów, Tony’ego Mendesa, który w 1980 roku w niecodzienny sposób ewakuował z ogarniętego islamską rewolucją Iranu szóstkę pracowników amerykańskiej ambasady w Teheranie, ukrywających się w domu kanadyjskiego ambasadora.

źródło: www.filmweb.pl

źródło: www.filmweb.pl

„Gdybyśmy szukali poklasku, pracowalibyśmy w cyrku” – tak oto jeden z bohaterów „Operacji Argo” podsumowuje pracę wywiadowczą. Przypomina tym samym, że praca szpiega to nie tylko tajne misje w egzotycznych krajach, piękne kobiety, efektowne pościgi i liczne strzelaniny, do których przyzwyczaiło nas szpiegowskie kino akcji spod znaku Jamesa Bonda. Przykład Tony’ego Mendesa pokazuje nam, że najlepsi agenci działają bez rozgłosu i dyskretnie, a nagrody za odważną służbę dostają nieoficjalnie na ściśle tajnych spotkaniach i tylko po to, by za chwilę zostały im odebrane (bo jak dowiadujemy się na końcu filmu, operacja „Argo” dla ówczesnego świata w ogóle nie miała mieć nic wspólnego ze Stanami Zjednoczonymi i CIA).

Co więc jest takiego wyjątkowego w najnowszym filmie Bena Afflecka? Przede wszystkim kawał dobrego kina sensacyjnego w starym stylu. Film od samego początku do samego końca trzyma w napięciu, a scena ucieczki, mimo że i tak doskonale zdajemy sobie sprawę jak się skończy, powoduje przyspieszone bicie serca i po prostu wbija w fotel.

Film rewelacyjnie oddaje klimat końcówki lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Takie szczegóły jak szerokie spodnie w męskich garniturach i charakterystyczne zarosty, figurki Dartha Vadera i Indiany Jonesa w dziecinnym pokoju, hollywoodzka moda na filmy spod znaku s-f (z resztą ten motyw staje się kluczowy dla całej historii), muzyka (dzięki przywołaniu Dire Straits i ich kapitalnej piosenki „Sultans of Swing”), sprawiają, że widz może wczuć się w atmosferę tamtych lat.

źródło: www.stopklatka.pl

źródło: www.stopklatka.pl

W tym miejscu pozwolę sobie na kilka słów o muzyce, gdyż w tej dziedzinie „Operacja Argo” dostała aż dwie nominacje do Oscara. Muszę przyznać, że na film wybrałam się przede wszystkim pod wpływem zwiastuna, w którym została wykorzystana piosenka zespołu Aerosmith, oczekując, że film pod względem muzycznym będzie jak zwiastun: dynamiczny, dramatyczny, z przytupem. I chyba tego zabrakło mi w filmie. Alexander Desplat skomponował interesującą ścieżkę dźwiękową, odwołującą się do orientalnego klimatu, która bardzo zyskuje po osobnym przesłuchaniu, jednak zupełnie ginie w filmie. Mimo wszystko na uwagę zasługują co najmniej dwie pozycje: „Spy in Teheran” i arcyciekawy, beatboxowy motyw pod tytułem „Hotel Message”. Czy jednak ścieżka dźwiękowa z „Operacji Argo” zasługuje na nominację w kategorii najlepsza muzyka? Mam poważne wątpliwości.

Jeśli ktoś jeszcze nie miał okazji oglądać „Operacji Argo”, może ze spokojnym sumieniem wydać kilkanaście złotych i udać się w te pędy do kina, by jeszcze załapać się na ostatnie seanse. A mi pozostaje trzymać gorąco kciuki w oczekiwaniu na kolejne nagrody dla tego filmu.

Comments are closed.