W POSZUKIWANIU ZAGROŻEŃ DEMOKRACJI

On 2 kwietnia 2016 by DO

Gdyby na nowo powołać instytucję więźnia politycznego, jedną z bardziej brutalnych form tortury mogłoby być przymusowe wielokrotne oglądanie ponad 150 minutowej debaty w Parlamencie Europejskim o zagrożeniach demokracji w Polsce. Podobną karę proponowałbym studentom za niezdany egzamin.

radiozet.pl

radiozet.pl

Słowo debata, trafnie koresponduje ze swoim źródłosłowem, który poza szlachetnym „obradować”, znaczy również „roztrząsać”. To ostatnie wydaje się najbardziej pasować do spotkania premier Beaty Szydło z Parlamentem Europejskim. Roztrząsana sprawa polska, choć jeszcze nie doprowadziła do podjęcia dalszych formalnych kroków, ukazała jak na dłoni problemy polityczne i spory ideowe z jakimi Unia Europejska zmaga się od dłuższego czasu. Sytuacja po debacie wygląda nieco jak rozsypane korale (oczywiście błękitno-złote). Warto więc pozbierać je, przyjrzeć się im i spróbować postawić diagnozę, którą ciężko było usłyszeć 19 stycznia 2015 roku w Brukseli.

Let her speak…

Spotkanie otworzyło przemówienie Beaty Szydło, w którym odniosła się do stawianych na forum kwestii zmian w Trybunale Konstytucyjnym (łącznie z dorobkiem poprzedniej koalicji). Powołując się między innymi na opinię Komisji Weneckiej z roku 1997, premier powiedziała, że „system wyboru sędziów sądu konstytucyjnego winien być nakierowany na zapewnienie bardziej demokratycznej reprezentacji w jego składzie. Zaś partia rządząca nie powinna mieć możliwości obsadzania wszystkich stanowisk wedle swojego wyboru”. Premier przedstawiła również rozwiązanie rządu, mocno akcentując proporcje składu sędziowskiego TK, tak by ośmiu z piętnastu sędziów miało być wskazanych przez opozycję. Postulat orzekania w pełnym składzie argumentowała nawiązując do podobnych rozwiązań zastosowanych w państwach członkowskich UE.
Odnosząc się do nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji, dziś potocznie zwanej małą ustawą medialną, szefowa rządu, zwięzłym opisem sytuacji polskich mediów, poparła postulat „rozdzielenia funkcji regulatora rynku mediów, jakim jest KRRiT, od realizacji właścicielskich kompetencji Skarbu Państwa wyrażających się w mianowaniu zarządów podmiotów operujących na rynku medialnym”. Wywód konstatowała kolejnym odwołaniem do wytycznych Komisji Weneckiej z 2010 roku, przypominając: „Żadne z konstytucyjnie gwarantowanych funkcji Krajowej Rady jako regulatora rynku medialnego nie zostało naruszone i pozostaną niezmienne”. Tutaj wydawać by się mogło, że padnie lawina dociekliwych pytań ze strony zebranej creme de la creme. Niestety, ujmując rzecz kolokwialnie, dano się Beacie Szydło wygadać…

Niemy spór o wartości

Wsłuchując się w wypowiedzi uczestników debaty można odnieść wrażenie, że to grupa ludzi o skrajnie różnych poglądach na organizm polityczny, jakim jest UE. Choć wypowiedziane na początku debaty, to jednak najbardziej esencjalne w tej kwestii były słowa Berta Koendersa, który wartości europejskie zdefiniował jako praworządność, demokracja i prawa podstawowe. Zgoła odmienne diagnozy stawiali konserwatyści, co do których faktycznie można było wyczuć, że przeczytali materiały, jakie na temat „sytuacji w Polsce” wysłano do wszystkich europarlamentarzystów. Trafnie dla swojego stronnictwa wysłowił się Michał Marusik mówiąc, że „potrzebna jest nowa formuła koegzystencji europejskich suwerennych niepodległych państw”. Syed Kamall z Wielkiej Brytanii punktował z kolei podwójne standardy izby, informując o związkach parlamentarzystów z mediami w swoich krajach i puentował: „Skupmy się na faktycznym kryzysie z jakim teraz boryka się UE. Chodzi tutaj o niski wzrost gospodarczy, migracje i strefę euro”. Szerokim echem odbiło się także krótkie, acz treściwe wystąpienie Petra Macha (jego słowa powtórzyła potem Judith Sargentini), który odnosząc się krytycznie do przesłanek, dla których wywołano Polskę do tablicy, wyrzekł w nawiązaniu do Johna Kenedy’ego: „Jestem Polakiem”.
Słów padło wiele i nie starczyłoby miejsca na ich przytoczenie. Jasnym jest jednak, gdzie leży granica sporu państw starej Unii z interesem politycznym krajów takich jak Polska. Ta granica prowadzi do kolejnego, po sporze o wartości, a będącym jego konsekwencją, narzucającego się problemu, jakim są relacje wszystkich państw członkowskich UE.

Wszechwiedza rady starszych

Niczym głos rozsądku dla nowej Unii brzmiała Gabriele Zimmer: „Chciałabym byśmy umieli ze sobą rozmawiać. I by te kraje środkowowschodniej Europy, które w 2004 roku przystąpiły do UE, które mają wiele do nadrobienia i mają też do wniesienia ogromy wkład do UE… Jednak popełniono tutaj wielkie błędy w tym procesie przedakcesyjnym…”. Obawą natomiast napawa puenta wystąpienia Gianni Pitella, nota bene czytanego z kartki: „Polska to wielki kraj. My Polski nie pozostawimy samej sobie. Natomiast prosimy o to, by Pani nie wprowadziła Polski na drogę, która jest sprzeczna z jej tradycją”. Wypowiedzi te mają prawo wprawiać zaznajomionych z realiami międzynarodowymi w stan osłupienia. Oto młoda demokracja winna uczyć się od starszych braci. Nie ujmując nic żadnemu z krajów członkowskich, nie podobna porównywać naszych historii w wymiarze politycznym. Trudno jednak nie oprzeć się pokusie, że forsowany w Niemczech, Włoszech czy Hiszpanii krytycyzm wobec już tylko samego słowa narodowy ma swoje źródło w traumie historycznej i odmiennym postrzeganiu idei państwa narodowego. Tych różnic nie rozumieją lub raczej udają, że nie rozumieją politycy europejscy. Choć gdy przychodzi do podjęcia strategicznych decyzji gospodarczych w swoich krajach, takich jak na przykład Nord Stream czy embargo, słowa jak jedność europejska czy solidarność nie padają zbyt często.

Chroniczna, potencjalnie śmiertelna choroba

Takim mianem profesor Ryszard Legutko określił pobrzmiewający w poprzednim akapicie problem podwójnych standardów. Nawiązując do rozwiązań Platformy odnośnie Trybunału Konstytucyjnego z czerwca 2015 roku i zwolnień w TVP po przegranych przez PiS wyborach, polski europoseł z ramienia tejże partii powiedział: „Gdyby moja partia wstawiła czternastu sędziów do piętnastoosobowego Trybunału Konstytucyjnego, to tutaj rozpętałoby się piekło w tej izbie. A ja tu słyszę, że nic się nie stało, bo to są sprawy personalne. Gdzie byliście państwo jak masowo wyrzucano dziennikarzy z mediów publicznych(…)? Wszystkich z wyjątkiem jednego usunięto. Bardzo szybko. I co? Gdzie? Była jakaś reakcja? Żadnej reakcji nie było…”. Profesor Legutko swoją filipikę zamknął w stwierdzeniu, że „w UE są kraje bardziej równe i mniej równe, partie bardziej równe i mniej równe…”.

Królestwo skłócone

Pewien mądry Człowiek, którego duża część cywilizacji chrześcijańskiej uznaje za Zbawiciela, powiedział zgodnie z Ewangelią wg Św. Łukasza: „Każde królestwo wewnętrznie skłócone pustoszeje i dom na dom się wali”. Owszem, UE potrzebna jest jedność, lecz musi to być jedność wynikająca ze wspólnoty interesów i wspólnoty racji stanu, a tej nie da się zdefiniować, jeżeli stronnictwa europejskie będą udawać, że argumenty drugiej strony nie istnieją, jeżeli państwa o krótszym stażu członkostwa w strukturach będą traktowane paternistycznie. Istnieje jednak uzasadniona obawa, że refleksja w tej mierze przyjdzie za późno i nie będzie ona efektem wewnętrznej decyzji, a jedynie zewnętrznym przymusem – cenę politycznej ignorancji zapłacimy raczej my, aniżeli politycy.

//Łukasz Czartowski

Comments are closed.