WOLONTARIAT W OJCZYŹNIE

On 13 października 2015 by DO

Wypełniając aplikację o udział w programie Birthright Armenia nie spodziewałam się tak niezapomnianej i pouczającej przygody. Ponieważ nigdy wcześniej nie słyszałam o tego typu przedsięwzięciu, postanowiłam rozpocząć swoje poszukiwania na ten temat, a po jakimś czasie wysłałam swoją aplikację.

fot. Raffaella Margaryan

fot. Raffaella Margaryan

Program ten powstał w 2003 roku z inicjatywy Edele Hovhanian, która obecnie zarządza agencją nieruchomości oraz fundacją Hirair and Anna Hovnanian Foundation. Tak samo, jak większość przedstawicieli ponad 10-milionowej diaspory, jej rodzina również cudem ocalała podczas rzezi Ormian na początku XX wieku i została zmuszona do emigracji na Zachód. W latach osiemdziesiątych, jako studentka Uniwersytetu Columbia, Edele przyjechała na roczną wymianę do Erywania. Podczas swojego pobytu uznała, że młodzi Ormianie z zagranicy powinni mieć możliwość rozwoju zawodowego i jednocześnie poznania dziedzictwa kulturowego kraju właśnie poprzez wolontariat. W ten oto sposób, po ukończeniu studiów i przejęciu rodzinnego majątku, na wzór działającej wówczas Birthright Israel, stworzyła własny program, działający na podobnych zasadach.

Wolontariat zgodny z pasją        

Do organizacji mogą dołączyć Ormianie, mieszkający poza ojczyzną, w wieku 20-32 lat. Inne pochodzenie nie dyskwalifikuje jednak do podjęcia pracy, ponieważ równolegle z Birthright Armenia uruchomiono Armenian Volunteer Corps. Dzięki temu, oprócz swoich rodaków, miałam okazję poznać również wolontariuszy z Kanady, Stanów Zjednoczonych, a nawet z Kazachstanu. Po przejściu etapu rekrutacji kandydat, w zależności od wykształcenia, doświadczenia zawodowego oraz zainteresowań, wybiera organizację pozarządową, w której chciałby pracować na czas swojego pobytu. W moim przypadku wybór nie należał do najtrudniejszych. Jako studentka stosunków międzynarodowych i pasjonatka kultury, historii oraz sytuacji politycznej Kaukazu Południowego zdecydowałam się na odbycie praktyk w Instytucie Apella, zajmującym się analizą polityki państwa oraz zachodzących w nim procesów.

Kaukaz znany i nieznany

Oprócz pracy, wolontariusze uczestniczą w szeregu różnych przedsięwzięć: zajęciach języka ormiańskiego czy spotkaniach z przedstawicielami życia społecznego, politycznego i kulturalnego Armenii. Jednak najciekawszym punktem programu stanowią cotygodniowe wycieczki. Największe wrażenie wywarła na mnie wyprawa do Górskiego Karabachu, nazywanego przez Ormian Arcach. Choć oficjalnie należy do Azerbejdżanu i nie został uznany przez żadne państwo, ponad 90 procent terytorium zamieszkuje ludność ormiańska. Mimo, że od zakończenia wojny minęło ponad dwadzieścia lat, a życie mieszkańców toczy się bez większych przeszkód, można było odczuć tam ciągły niepokój. Powodem są regularnie pojawiające się doniesienia o napiętej sytuacji na granicy ormiańsko-azerskiej. Otóż, już od jakiegoś czasu dochodzi tam do wymiany ognia i śmierci żołnierzy po obu stronach. Sytuację pogarszają także publiczne groźby prezydenta Azerbejdżanu, Ilhama Alijewa, o planach przerwania zawieszenia broni i odzyskaniu ,,okupowanych” terenów. Jednym z najciekawszych momentów była wizyta w bazie wojskowej w rejonie Askeran, gdzie razem z innymi wolontariuszami mogliśmy przekonać się, jak wygląda życie w wojsku oraz poznać żołnierzy, pełniących dwuletnią, obowiązkową dla wszystkich mężczyzn służbę. Ku naszemu zdziwieniu, świadomość tego, że w każdym momencie może wybuchnąć kolejny konflikt i pochłonąć tysiące ofiar nie zniechęca ich do służby w Karabachu, co uzasadniają koniecznością spełnienia obowiązku wobec ojczyzny.

Miasto tysiąca i jednego kościoła

Kolejną niezapomnianą podróżą była wyprawa do ,,miasta tysiąca i jednego kościoła” – Ani, leżącego tuż przy granicy, po stronie tureckiej w regionie Kars. Obecnie będące w ruinie, w średniowieczu stanowiło centrum Królestwa Armenii, a lata świetności przypadły na rządy dynastii Bagratydów. W momencie największego rozwoju ludność Ani liczyła 150 tysięcy, porównywalnie do liczby mieszkańców ówczesnego Kairu czy Bagdadu. Niestety, w czasie I wojny światowej Turcja zdobyła region Kars, a Ormianie zdołali jedynie uratować drogocenne artefakty, znajdujące się w klasztorach. Ostatecznie miasto opustoszało, a imponujące ruiny kościołów, bram miasta oraz fortecę możemy podziwiać wyłącznie z daleka, ze względu na zamkniętą granicę.

To, co łączy, równocześnie dzieli

Podczas takich wypraw miałam okazję poznać i zaprzyjaźnić się z Ormianami z niemal każdego kontynentu. Większość z nich przyjeżdża ze Stanów Zjednoczonych, Francji, Rosji i Libanu, jednak miałam też styczność z wolontariuszami z bardziej nietypowych miejsc, takich jak Kuwejt czy Nowa Zelandia. Sama wzbudzałam niemałe zdziwienie wśród pozostałych pracowników, ponieważ byłam pierwszą polską uczestniczką programu. Mimo, że większość z nas potrafi mówić po angielsku, rosyjsku, arabsku lub hiszpańsku, byliśmy zachęcani do korzystania przede wszystkim z języka ormiańskiego. Sęk w tym, że większość przedstawicieli ormiańskiej diaspory posługuje się dialektem zachodnioormiańskim, rozpowszechnionym w obu Amerykach, Europie Zachodniej oraz na Bliskim Wschodzie. Z kolei Ormianie z Iranu oraz potomkowie ,,nowych emigrantów”, czyli tych, którzy wyjechali z kraju w latach dziewięćdziesiątych, zwłaszcza do Rosji i Europy Środkowo-Wschodniej i do których należę również ja – mówią dialektem wschodnioormiańskim, będącym jednocześnie językiem urzędowym Armenii. Trudności w porozumiewaniu się, a także dzieląca nas odległość, mentalność i rodowód – wszystkie te czynniki pokazują smutną prawdę o tym, jak bardzo, mimo przynależności do jednego narodu, jesteśmy między sobą poróżnieni.

Najcenniejsze doświadczenie

Trudno jest mi podsumować dwumiesięczny pobyt w Armenii paroma zdaniami. Do tej pory przyjeżdżałam tutaj jako turysta, oceniając wszystko w sposób powierzchowny. W tym roku zyskałam cenną wiedzę o kraju, zdołałam wyjść ze swojej strefy komfortu i odważyłam się na interakcję z miejscowymi. Zamiast stać z boku i obserwować, sama uczestniczyłam w codziennym życiu. Ponadto zaprzyjaźniłam się z kilkudziesięcioma wolontariuszami z różnych zakątków świata, z którymi mam nadzieję utrzymać kontakt jak najdłużej.

//Raffaella Margaryan

Comments are closed.