Wspólnota wciąż nieodbudowana

On 16 listopada 2012 by Piotr Kaszczyszyn

Warszawa. 11 listopada. Z okazji Dnia Niepodległości przez stolicę przeszły cztery marsze. Dwoma, w moim przekonaniu najważniejszymi z nich, chciałbym zająć się w tym tekście. To, co według mnie świadczy o istocie i wadze narodowego Marszu Niepodległości „Odzyskajmy Polskę” oraz prezydenckiego marszu „Razem dla Niepodległej” to fakt, że nogami ich uczestników przez Warszawę przemaszerowały dwie odmienne wizje polskości i kształtu naszego państwa. Odmienne do tego stopnia iż należy postawić tezę, być może banalną, lecz mimo tego w moim odczuciu wciąż radykalną: Polska nie istnieje jako realna wspólnota polityczna.

fot. Kuba Atys

fot. Kuba Atys

Wspólnota, język, cnoty i dobro wspólne

Spuścizna starożytnych Aten stanowi jeden z filarów cywilizacji zachodniej. Bardzo istotnym fragmentem tegoż dziedzictwa jest klasyczna nauka o polityce. W rozumieniu starożytnych Greków państwo należy rozpatrywać w kategoriach wspólnoty politycznej powołanej do realizacji dobra ogółu obywateli. Myśl ta legła następnie u fundamentów refleksji politycznej Zachodu i oddziałuje na nią do dzisiaj, a jej niebagatelnego wpływu na współczesną demokrację nikt nie neguje. Greckie polis w swej istocie miało charakter inkluzyjny, swoim zasięgiem obejmowało całość obywateli. Dopiero w tak ukonstytuowanej grupie ludzi do głosu dochodził wewnętrzny pluralizm i rozpoczynała się rywalizacja konkurencyjnych politycznych wizji, odnoszących się do wcielania w życie idei dobra wspólnego. Tak stworzony porządek stanowił dla obywateli greckich polis powód do dumy. Był tym, co odróżnia ich od barbaroi, barbarzyńców żyjących poza światem państw-miast.

Platon w jednym ze swoich dialogów pt. „Kriton” zaprezentował nam wizję rozmowy swojego mistrza Sokratesa z Prawami – personifikacją ateńskiego państwa. Prawa, w odpowiedzi na możliwość ucieczki skazanego już na śmierć filozofa, skierowały do niego następujące słowa: „A zatem co masz przeciwko nam i przeciw państwu, że nas chcesz teraz wniwecz obrócić? Czyż nie pierwej myśmy ciebie zrodziły i nie przez nas pojął twoją matkę ojciec twój i spłodził ciebie?(…) Przecież i tyś odebrał wychowanie. Więc niedobrze nakazywały te z nas, które na to są ustanowione, kiedy polecały ojcu twemu, żeby cię w muzyce, w literaturze i gimnastyce kształcił?” Ze słów tych wyłania się obraz państwa jako przestrzeni samodoskonalenia, opartego o prawo i edukację. Paidea – grecki ideał wychowania zakładający doskonalenie się w cnotach, miał być realizowany w ramach, a nie poza państwem.

Jeszcze jednym istotnym aspektem greckiej refleksji politycznej, na który chciałbym zwrócić uwagę jest rola, jaką odgrywa w niej język. Arystoteles umieszcza go w obrębie wspólnoty, z której bierze on swój początek i do której immanentnie przynależy, a następnie przekazywany jest kolejnym pokoleniom. Język jawi się nam nie jako jeden z komponentów wspólnoty politycznej, lecz jej determinanta. Gdyby nie mowa niemożliwym byłaby międzyludzka komunikacja, a tym samym niemożliwym byłoby stworzenie państwa oraz narodziny polityki. To właśnie język ma stać się narzędziem służącym realizacji dobra wspólnego. Jego zadaniem jest dążenie do objaśniania i interpretacji rzeczywistości, w jego naturze leży stawanie się podmiotem episteme, czyli poznania stanowiącego podstawę politycznej debaty i formułowania różnych politycznych propozycji.

Wielki polski partykularyzm

Zastanawiając się nad relacją klasycznego wzorca do obrazu współczesnej polskiej polityki, dochodzę do bardzo ponurych wniosków. Moim zdaniem żadna z części greckiego ideału polityczności nie ma swojego miejsca nad Wisłą.

Język dzisiejszej debaty publicznej został pozbawiony roli wspólnototwórczej oraz poznawczej. Został zawłaszczony przez skonfliktowane strony i poddany swoistej trybalizacji. Tak skonstruowane dyskursy nie służą już dążeniu do dobra wspólnego, lecz są narzędziem, z jednej strony wzmacniania grupowej, partykularnej tożsamości, a z drugiej pełnią rolę przysłowiowej „pałki” służącej do okładania wroga. W konsekwencji, co oczywiste, zdegenerowany język nie może już dłużej umożliwiać zaistnienia realnej i merytorycznej politycznej debaty.

Skoro język ‘wyrodził się’ ze swej pierwotnej funkcji to nie może być również mowy o funkcjonowaniu realnej wspólnoty politycznej. I taka właśnie, moim zdaniem jest sytuacja aktualna w Polsce, o czym napiszę dalej, odnosząc się do marszów.

Swoje miejsce w erozji naszej rodzimej polityczności ma także kwestia relacji cnoty i państwa. Również na tej płaszczyźnie konflikt jest intensywny i wynika z przyjęcia przez dwie strony przeciwstawnych do siebie podejść.

Republika Okrągłego Stołu

W przemówieniu kończącym Marsz Niepodległości, szef Młodzieży Wszechpolskiej Robert Winnicki, użył sformułowania „republika okrągłostołowa”. Twór ten w przekonaniu jego środowiska nie ma nic wspólnego z realnym państwem polskim. Hasło tegorocznego Marszu: „Odzyskajmy Polskę” nie jest przypadkowe i zawiera konkretne, symboliczne przesłanie: niepodległość jest wciąż tym, co trzeba wywalczyć. III RP jest krajem niesuwerennym, który trzeba wyrwać z rąk elity postkomunistycznej i zwrócić obywatelom. Stosując taką retorykę Winnicki wpisuje się w spektrum ideowe środowisk Gazety Polskiej (notabene również obecnych na Marszu). Oni również porównują dzisiejszą Polskę do czasów PRL, samych siebie sytuując w roli ówczesnego opozycyjnego „drugiego obiegu”.

Język używany przez obie strony służy im do wzmacniania własnej tożsamości i zamykania się w autorskiej wizji świata (mocno spolaryzowanej). O dialogu z przeciwnikiem, którego chce się wyeliminować nie ma oczywiście mowy.

Konsekwencją przyjęcia takiego stanowiska ideowego jest dekonstrukcja wspólnoty politycznej u samych jej fundamentów. Skoro nie legitymizujemy utworzonej po obradach III Rzeczypospolitej i wciąż czekamy na odzyskanie suwerenności, to nie może dziwić określanie prezydenta Komorowskiego uzurpatorem.

W mojej opinii zasadniczym pytaniem na które powinni odpowiedzieć sobie przyszli członkowie Ruchu Narodowego jest to czy rzeczywiście właściwą reakcją na bolączki i patologie, faktycznie posiadającej postkomunistyczny charakter, III RP jest jej całkowita delegitymizacja oraz tworzenie hermetycznej organizacji mającej przywrócić jej wciąż nieodzyskaną niepodległość.

Trzeba bowiem postawić sprawę jasno: konsekwentne stosowanie tej czarno-białej logiki prowadzi do sytuacji w której Polska jest krajem suwerennym tylko wtedy gdy rządzić nią będą patrioci z ONR i MW. A w taki wypadku lewicowe oskarżenia o faszyzm zaczną mieć pewne realne podstawy.

Osobno dla Niepodległej

Zarzuty o hermetyczność i degenerację politycznego języka dotyczą także drugiej strony konfliktu, związanej z Platformą Obywatelską. Inicjatywa Bronisława Komorowskiego mająca na celu zmniejszenie skali tego zjawiska poprzez organizację marszu pod patronatem prezydenta RP była z góry skazana na niepowodzenie. W ostatecznym rozrachunku okazał się on być po prostu kolejną odsłoną partykularyzmu. Zbierając pod swoimi skrzydłami głównie wyborców PO, zdecydowanie mniej liczny niż Marsz Niepodległości, w żaden sposób nie pomógł w budowie polskiej wspólnoty politycznej. Niedźwiedzią przysługę prezydentowi udzieliły również media, tworząc stronniczą relację z obu marszy, na korzyść marszu Komorowskiego, zaogniając tylko w ten sposób już intensywny spór. Właściwą decyzją w moim odczuciu byłoby przyłączenie się prezydenta do istniejącego już marszu. Mimo fiaska jego rozmów z organizatorami powinien i tak wziąć w nim udział, niekoniecznie będąc jednym z jego patronów/organizatorów.

Taki krok podjęty przez Komorowskiego mógłby wpłynąć pozytywnie na niwelację sporu istniejącego również na płaszczyźnie aksjologicznej. Środowiskom skupionym wokół Marszu Niepodległości bliżej bowiem do koncepcji państwa jako przestrzeni doskonalenia cnót, natomiast zwolennikom Platformy do nowożytnej koncepcji państwa-Lewiatana, gdzie korzyść pojmowana jest w kategoriach utylitarnych i pragmatycznych, bliższych materii niż duchowi.  Konflikt na tym polu również stanowi przeszkodę w budowie realnej wspólnoty politycznej

Każda wojna kiedyś się kończy

Czy wywoływana i pożądana przeze mnie wspólnota polityczna nie jest jednak tylko mrzonką czy utopią? Czy istniała już wcześniej w przeszłości? Historia w celu jej odnalezienia każe nam zwrócić się do doświadczenia I RP i politycznego narodu Sarmatów gdzie szlachta mimo różnic w narodowości, kulturze, religii czy majątku zdolna była do ukonstytuowania realnej, niepartykularnej wspólnoty politycznej. Podobnie było w okresie II RP, gdzie ten fundamentalny konsensus symbolizowany jest przez porozumienie Dmowskiego i Piłsudskiego.

Znakomitym współczesnym przykładem wyjścia poza aktualną logikę wojny polsko-polskiej jest postać śp. Tomasza Merty, urzędnika państwowego, historyka myśli politycznej i publicysty, który zginął w katastrofie smoleńskiej. Powołany na stanowiska podsekretarza stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Generalnego Konserwatora Zabytków w roku 2005, pozostał na tych stanowiskach również po objęciu władzy przez Donalda Tuska.

Mimo iż jedna jaskółka wiosny nie czyni, wciąż pozostaję optymistą. Każda wojna musi się kiedyś skończyć.

Comments are closed.