ZAMROŻONA PRÓBA

On 23 września 2013 by Katarzyna Waligóra

Pierwsze spotkanie reżysera z nowym zespołem to zawsze ważny moment. Tak ważny, że Jérôme Bel uczynił go tematem swojego spektaklu. I jednocześnie ustanowił ciekawy związek pomiędzy odtwarzanym po wielokroć pierwszym spotkaniem a (zawsze pierwszą) konfrontacją aktorów z publicznością. Ten fundament pozwala na stworzenie w przedstawieniu atmosfery intymnej i kameralnej.

źródło: berlinerfestspiele.de

źródło: berlinerfestspiele.de

W kreowaniu odpowiedniego nastroju pomaga prostota użytych środków wyrazu. Nie ma tutaj gry świateł – reflektory równomiernie oświetlają scenę. Za całą scenografię starcza natomiast jedenaście krzeseł ustawionych w kształt podkowy, mikrofon i stanowisko do sterowania dźwiękiem. Obsługuje je młoda dziewczyna, pełniąca też na scenie funkcję tłumacza. Jej obecność jest niezbędna, bo aktorzy Theater HORA, z którymi w spektaklu współpracuje Bel, mówią wyłącznie po niemiecku, czyli w języku, którego nie zna reżyser-Francuz.

Przedstawienie zaczyna się od odtworzenia ćwiczenia, któremu Bel poddał zespół na samym początku współpracy – poprosił, żeby każdy z osobna przez jedną minutę stał przed publicznością. Aktorzy wykonują to zadanie z różnym efektem – niektórzy byli na scenie za długo, inni za krótko. Oglądając przedstawienie widz nie ma pewności, czy to, co robią wykonawcy jest właściwe tylko dla tego jednego pokazu (zaimprowizowane, pomyłkowe?), czy może jest wpisane w porządek powtórzenia, jest przypomnieniem owego odgrywanego pierwszego razu? Czy jeśli Gianni nie wytrzymał na scenie nawet trzydziestu sekund, to dlatego, że tak stało się w czasie pierwszego spotkania z Belem czy dlatego, że akurat tego wieczoru nie miał ochoty sterczeć przed publicznością? Takich momentów niewiedzy w spektaklu jest kilka – reżyser odpowiednio aranżując sytuację stawia więc pytanie o granicę między przypadkowością a działaniem zgodnym z planem, między tym co zagrane a tym co prawdziwe, między scenariuszem a improwizacją. To, co oglądamy to praca nad spektaklem zamrożona na pierwszym etapie, a jednocześnie przecież udoskonalana, opracowana, zapamiętana. Odtworzona tysiąc razy próba przestaje być próbą, ale czy staje się pełnowymiarowym przedstawieniem? Być może Bel tworzy nietypową wariację na temat dzieła typu work in progress. Nigdy zresztą nie możemy mieć pewności, czy to, co oglądamy na pewno jest rekonstrukcją, czy może tylko efektem umowy, zdarzeniem z góry obmyślonym i skomponowanym tak, żeby przypominało rekonstrukcję.

Po pierwszej sekwencji aktorzy pojedynczo wracają na scenę. Tłumaczka przypomina bowiem kolejną prośbę Jérôme Bela skierowaną do zespołu – przedstaw się podając imię, wiek i zawód. Wykonawcy kolejno wypełniają prośbę – kiedy kończą autoprezentację siadają na jednym z jedenastu krzeseł. Powoli poznajemy całą ekipę. W Disabled Theater nacisk położony jest na indywidualny kontakt aktora i widza – każdy ma tutaj czas na solowe popisy, każdy jest pytany o zdanie, każdy pokazuje tę część swojej osobowości, którą chce ujawnić (nie ma w przedstawieniu postaci scenicznych). Autoprezentacji miało też służyć kolejne zadanie powierzone aktorom – każdy miał samodzielnie przygotować układ choreograficzny do wybranej przez siebie muzyki. Spośród jedenastu układów, Bel wybrał siedem, które widzowie będą mogli zobaczyć. Popisy są tak różne, jak wykonawcy. Jedni decydują się na proste rekwizyty (chusta, rękawiczka, krzesło), inni radzą sobie bez nich. Liryczne, odważne, żartobliwe – figury taneczne także są w pełni indywidualne. Muzyka jest bardzo zróżnicowana – od Dancing Queen Abby po Axel F Crazy Frog. Jedna z aktorek, Miranda, zrezygnowała zresztą z dźwięków odtwarzanych z głośników, na rzecz muzyki wykonywanej na żywo przez pozostałych członków zespołu (głównie przy użyciu bębnów, ale także tego, co znajduje się pod ręką – krzeseł, podłogi, własnych dłoni).

To drugi duży temat spektaklu – związek wykonawcy z zespołem. Bel aranżuje sytuację tak, żeby zostawić jak najwięcej miejsca na popis aktorskiej indywidualności – obecni na scenie są dla niego równorzędnymi partnerami, mającymi istotny wpływ na końcowy efekt pokazu. Jednocześnie jednak oglądając przedstawienie oprócz solowych popisów, przez niemal cały czas widzimy zgrany zespół – ludzi, których łączą osobiste sympatie, wspólna praca i wspólny cel. W czasie kiedy jeden aktor tańczy, pozostali siedzą na krzesłach – często wykonują jakieś ruchy, świadczące o zaangażowaniu w to, co oglądają, czasem śpiewają albo klaszczą do rytmu, czasem swoim ruchem dopełniają choreografię. Pozostają w cieniu, ale ich obecność jest ważna. Ważne są też gesty wsparcia – na przykład Matthias podnosi Julię, której brakło sił po odtańczeniu układu, a Tiziana i Remo pomagają jej dojść do siebie.

Siedem popisów tanecznych budzi ożywione reakcje publiczności. Widzowie natychmiast wchodzą w konwencję występów, udziela im się też najwyraźniej sytuacja kameralnego spotkania, bo oklaskami i okrzykami wyrażają uznanie dla działań aktorów. Oglądanie spektaklu to przede wszystkim świetna zabawa – aktorzy zresztą raz za razem „puszczają oko” do publiczności, żeby sprowokować ją do głośnego śmiechu. Wszystkie gesty „pod publiczkę” gładko wkomponowują się w konwencję przedstawienia, czerpiącego trochę z popularnych talent shows.

Po siedmiu popisach przychodzi czas na odtworzenie pytania, które Jérôme Bel zadał swoim aktorom: „co sądzisz na temat tego przedstawienia?” Odpowiedzi są różne, a ich udzielanie staje się okazją do powiedzenia kilku słów od siebie na niemal dowolnie wybrany temat. Julia na przykład prosi o możliwość zaśpiewania piosenki – dostaje więc odpowiedni podkład dźwiękowy i może spełnić swoje życzenie. Matthias natomiast bardzo zdecydowanie wyraża swoje niezadowolenie – mówi, że jest mu przykro, bo jego choreografia nie została wybrana i że jest zły, bo nie może być jednym z siedmiu najlepszych. Kiedy wszyscy kończą wygłaszać swoje sądy, tłumaczka mówi: „po tym, co usłyszał, Jérôme Bel zdecydował się pokazać cztery układy taneczne, których nie wybrał na początku”. Po raz kolejny dostajemy więc dowód na to, że aktor i jego opinia są w spektaklu bardzo ważne, że mamy do czynienia z partnerstwem, nie relacją hierarchiczną. Bel jawi się jako ten, który nie potrzebuje realizować swojej wizji artystycznej, a raczej chce stworzyć odpowiednie warunki do występu. Cztery etiudy budzą zresztą równie duży entuzjazm publiczności, co poprzednie siedem popisów.

Przedstawienie jest skuteczne, ciekawe i oryginalne, bo za pomocą bardzo prostych zabiegów, na różne sposoby tematyzuje i uobecnia sytuację spotkania: odtwarzanego spotkania reżysera i zespołu, spotkania aktorów z publicznością, wzajemnego spotkania wykonawców tworzących drużynę połączoną rozmaitymi więziami… Nawet jeśli wszystko jak zwykle odbywa się na dużej scenie, nawet jeśli zachowany zostaje ścisły podział między aktorami a widzami (naruszony tylko przez niepełne wyciemnienie widowni), to jest coś poruszającego w łatwości, z którą wykonawcy zdobywają sympatię oglądających. Bo sądząc po reakcji w czasie oklasków, Jérôme Bel i jego ekipa przebojem zdobyli serca publiczności Festiwalu Ciało/Umysł.

Jérôme Bel i Theater HORA, Disabled Theater, 2012. Prezentowany na Festiwalu Ciało/Umysł – Warszawa 22.09.2013.

Aha! Wszyscy aktorzy Theater HORA są osobami w różnym stopniu niepełnosprawnymi psychicznie. W jednej ze scen spektaklu mówią nam, na jakie choroby cierpią (większość ma Zespół Downa). Jérôme Bel jest doskonale świadomy, że obecność niepełnosprawnych aktorów (tworzących, co warte podkreślenia, profesjonalny zespół teatralny współpracujący z różnymi reżyserami) może wywołać (bezzasadny) sprzeciw, albo (równie bezzasadną) konsternację. Zawczasu więc, ustami swoich aktorów, wypowiada wszystkie możliwe kontrowersje. Słyszymy na przykład od wykonawców, że oni sami są zadowoleni z udziału w przedstawieniu, ale ich rodziny niekoniecznie. Bel niczego nie cenzuruje – ze sceny padną więc słowa: „moja siostra płakała, powiedziała, że jesteśmy tutaj jak zwierzęta w cyrku”, albo „moi rodzice mają wątpliwości – uważają, że to nowy rodzaj freak show”. Reżyser nie musi się bać mocnych słów, spokojnie może pozwolić na wypowiedzenie wszystkich wątpliwości, bo zdaje sobie sprawę, że praktyka i obraz sceniczny dowiodą czegoś wręcz przeciwnego. Nie ma sensu rozwodzić się nad niepełnosprawnością wykonawców, skoro przez cały spektakl udowadniają nam, że zdrowotne ograniczenia nie są dla nich żadnym problemem. Ożywiona i entuzjastycznie nastawiona publiczność, także nie widzi problemu w decyzjach obsadowych. I właśnie w ten sposób likwiduje się społeczne wykluczenie. W praktyce, nie w teorii. 

Comments are closed.